O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
piątek, 20 lipca 2012
Wielka niespodziewanka - Pan Aleksander Minkowski do nas napisał

 

Chciałabym móc powiedzieć, że do mnie i tylko do mnie, ale niestety muszę się wykazać uczciwością i przyznać, że do nas - czyli tych, którzy czytali i komentowali mój wpis na tym blogu poczyniony przy okazji odsłuchania Krzysztofa, jego autorstwa.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka

 Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.


Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.

Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.

 


Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).

 



Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować. 

czwartek, 09 lutego 2012
Zofia Woźnicka - niezapomniana czarodziejka moich młodych lat

Wprawdzie wzmiankowałam już raz o jej powieściach TU, przy okazji innego wpisu, ale po dzisiejszej rozmowie facebookowej z Martą postanowiłam przybliżyć jeszcze raz postać Zofii Woźnickiej, bo uważam, że ciekawie pisała dla młodzieży. Pewnie nie jednemu ją tylko przypomnę, a innym przedstawię. Jeszcze się wahałam, czy w ogóle warto pisać taką notkę, ale po przeczytaniu nowego wpisu u przewodnikapokrakowie (przypadkiem tez o powieści tej autorki), pomyślałam - a niech tam.
Poza tym nie gniewajcie się, ale trochę mam dość ostatnio jednolitych wpisów na blogach (piszę ogólnie, bo oczywiście zdarzają się rodzynki) - stosików i opisywania kilku książek na krzyż. Ja bym chciała poznać Wasze myśli okołoksiążkowe, fascynacje sprzed lat, nie tylko te nowe, najmilsze wspomnienia z  różnych lektur i czasem mnie już mdli od 'dziewczynek z delfinami' (w sensie zjawiska powtarzalności, nie tytułu) w prawie każdym wpisie. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest krytyka, raczej zauważenie nieuchronnego zjawiska, bo przecież blogi to odzwierciedlenie rzeczywistości, a często jest tak, że wszyscy czytają to samo, bo jest o jakiejś książce głośno.  Pewnie, czasem sama się wpisuję w ten nurt masowego czytania jednej i tej samej książki, stąd taka 'ucieczka z peletonu', stąd chęć wypadnięcia z trasy'.

Siostry Woźnickie (właściwe Wicher), Zofia i Ludwika, były bliźniaczkami. Z powodu pochodzenia żydowskiego (mama była Żydówką), w czasie wojny uwięzione były w Gettcie Warszawskim, a potem w wieku 16 lat zabrała je do siebie i ukryła dr Felicja Felhorska. Zostały wywiezione do Niemiec, skąd Zofia wróciła rok po zakończeniu wojny. Była tłumaczką z języka francuskiego, krytykiem literackim i pisarką dla dzieci i młodzieży. Jej siostra też pisała dla dzieci, tłumaczyła z angielskiego. Obie przyjaźniły się z matką braci Kaczyńskich i były matkami chrzestnymi chłopców. Obie popełniły samobójstwo, Zofia w 1983 roku, a siostra trzy lata później.

 



Cecha wspólna  powieści Zofii Woźnickiej (tych, które znam) to miejsce akcji, bohaterki zawsze wyjeżdżają do Francji. Ania ze Skalistej Krainy Katalonii jedzie tam po nieudanych egzaminach na medycynę. Wanda z Zaproszenia odwiedzić rodzinę, a bohaterka Paryskiego Stypendium Joanna, na naukę do Akademii Sztuk pięknych. Dużo się dzieje, sam wyjazd to, szczególnie w tamtych czasach, duże wyzwanie, a do tego poznawanie nowych realiów, uczenie się życia, dojrzewanie, galeria ciekawych postaci. Nie mam pamięci fabularnej, nie jestem pewna teraz treści, tak żeby dokładnie zreferować, która o czym i ich ze sobą nie pomylić, ale każda z nich wywarła na mnie wyjątkowe wrażenie i do tej pory czuję niezwykłe ciepło, kiedy je biorę do ręki. Postanowiłam, ze sobie je powtórzę i wtedy może opiszę dokładniej.

Edytuję, bo wczoraj w nocy pisałam i zapomniałam o tym, że te powieści, dla dziecka chowanego w komunie, były oknem na świat. Obce języki wplatane w dialogi, opisy Paryża i innych krajów, podróże zagraniczne, inne życie, wolność - dla mnie wtedy to była bajka, która się ziściła, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Nie żałowałam swojego życia, ale jak każdy młody człowiek chciałam też wiedzieć i widzieć też coś innego, poza moim własnym podwórkiem.  

W każdym razie, kiedy będziecie w bibliotece, a macie już dosyć gorących nowości, może sięgniecie po którąś z powieści Woźnickiej? Są młodzieżowe, ale takie dla starszej, licealnej młodzieży, więc i na progu dorosłości można sobie zapodać. A na starość, hihi, przypomnieć. 

sobota, 05 lutego 2011
Ocalić od zapomnienia

Każdy ma takie książki, które są jak kamienie milowe w jego przygodzie z czytaniem. Niekoniecznie muszą być one dziełami, wybitnymi pozycjami w historii literatury, ale niosą ze sobą wspomnienia, pierwsze zachwyty, nieprzespane noce spędzone na lekturze.
I ja takie mam. Więcej niż te, które tu zaprezentuję, ale te na zdjęciach poniżej są mi bardzo bliskie i chciałabym je ocalić od zapomnienia. Ot, chociażby tą notką. Jestem pewna, że niejedna z Was się uśmiechnie z politowaniem, bo jesteście młodsze ode mnie. Są też i takie blogowiczki, które czytelniczo załapały się już na nowsze wydawnictwa i będą zdziwione, jak marnie były wydawane kiedyś książki. Oj tak, papier chropowaty, okładki miękkie naprawdę miękkie, a strony nie szyte, a klejone i to tak marnie, że się rozpadały po pierwszym, góra drugim czytaniu. Posklejane, wychuchane, stoją u mnie na półkach. Niektóre niestety przepadły przy przeprowadzkach, po nich jestem w nieustajacej żałobie.

Pierwsze to ulubione powieści mojej młodości. Czytałam je po kilka razy i strzegłam jak oka w głowie. Było ich znacznie więcej, te nie są jedyne, podkreślam, żeby mi ktoś nie zarzucił mizeroty wyboru, a pokazuję je, bo są mniej znane. Wiadomo, wszyscy piszą o Siesickiej, Musierowicz, Lindgren, Niziurskim, a nigdy nie slyszałam, żeby ktoś wspominał Zofię Woźnicką, a napisała ona moje ulubione powieści - 'Paryskie stypendium', którego zdjęcia nie mam, bo nie należała do mnie, 'Skalistą krainę Katalonii' i 'Zaproszenie'. Wszystkie opisują podróże odbyte przez młode osoby, czy to na stypendium artystyczne, czy po nieudanych egzaminach na studia do Hiszpanii, czy też do Francji do rodziny. W ten nurt wpisuje się jeszcze powieść Anny Glińskiej 'Gdzie mój dom' (tam dziewczyna podrózuje statkiem). Mam tę powieść, ale bez okładki, kupiłam w antykwariacie już tak 'oprawioną' jak wieprz. Pamiętam jeszcze, że z tych mniej znanych uwielbiałam 'Po prostu Lucynka P' Marii Kruger.
'Słoneczniki' Snopkiewiczowej to książka dla mnie legendarna. Kupiłam ją na obozie harcerskim. Rzucili do sklepu w miasteczku, a my stacjonowaliśmy z namiotami w Mikorzynie, w lesie. Do miasta szło się drogą krzyżową przez ten las, nigdy tego nie zapomnę. Kiedy udaliśmy się tam na zakupy, wpadliśmy calą drużyną do księgarni (tak, tak, takie były czasy, że czytało się tłumnie) i wykupiliśmy wszystkie egzemplarze. Potem się wpisywaliśmy sobie nawzajem do książek, taki byl zwyczaj. Ja, na czas obozu, korzystając, że nikt mnie tam nie znał, wymyśliłam, że mam na imię Majka. Tak mi sie to imię podobało. Mistyfikacja się powiodła, przez 3 tygodnie tak mnie nazywali i tak wpisali mi się do książki. Kiedy ją po latach otworzyłam, myślałam, że ją komuś ukradłam, bo wszędzie 'dla Majki' było napisane. Ta powieść opiera się upływowi czasu, nada się ją dobrze czyta. Opisuje dzieje pewnej zbuntowanej i wielce inteligentnej Lilki, zaraz po wojnie.
Kolejne książki obok 'Słoneczników' to 'Ostatnia przeszkoda' Sieglinde Dick, o miłości dziewczyny do koni i innych jej perypetiach. Czytałam ją chyba ze sto razy, kiedyś też jeździłam konno i zajmowałam się zwierzętami w stajni, była mi bliska ta historia. 'Wychodne dla Ewy' to była pierwsza 'dorosła literatura', opowiadała o perypetiach dziewczyny pracującej jako pomoc domowa, o ile pamiętam u Amerykanów, ale mieszkajacych we Francji.

Graham Green został przeze mnie wynaleziony w maminej bibliotece i natychmiast go pokochałam.

Nie pytajcie mnie dlaczego, po prostu pasuje mi jego styl, a 'Nasz człowiek w Hawanie' to moja ulubiona jego powieść. Opisuje historię mężczyzny, który zostaje zwerbowany do szpiegowania, ale się do tego nie nadaje, nie chce, wiec żeby się odczepili, wysyła im plany odkurzaczy, mówiąc, że to wojskowe. I zostaje doceniony jako szczegółnie użyteczny. Co dalej nie powiem.
'Strachy' Marii Ukniewskiej to świetna powieść o teatrzykach i girlsach z czasów międzywojennych. Połknęłam jednym tchem, specjalnie wcześniej rano wstawałam, zeby zdążyć przed szkołą przeczytac jeszcze kilka kartek.
Na koniec, ostatnie, ale nie najgorsze, to fantastyczny zbiór opowiadań Sartra pt 'Mur'.

I znowu, czytałam kilka razy, za każdym razem z zachwytem; świetna, ale mam wrażenie, że zapomniana zupełnie. Znam tylko jedną osobę, która ją też czytała, moją przyjaciółkę Kaję.
Peter Jaros swoją 'Tysiącletnią pszczołą', powieścią, ale i filmem (szkoda, że nie mam na dvd), wprowadził mnie w czeski (czechosłowacki właściwie) realizm magiczny. Nigdy się z tego nie wyleczyłam.

Pewnie spytacie, dlaczego o tych starociach piszę? Ano dlatego, zeby sobie i wam przypomnieć, że poza pięknie wydanymi, pachnącymi nowościami, którymi się zachwycamy na blogach, jest wiele książek, które kiedyś były niezwykle pożądane, a teraz stoją zapomniane na półkach i marnieją niekochane i niedopieszczone. Takie Słoneczniki na przykład są jak pierwszoplanowa gwiazda filmowa, kiedyś w blasku fleszy, każdy chciał mieć, a teraz tylko opiekunka o nich pamięta. No, i też dlatego, że kiedyś te ksiażki obudziły we mnie głód do czytania, wprowadziły w piękny świat wykreowany przez pisarzy, zaczarowały i już się nigdy spod ich uroku nie wydostałam. A i głód czytelniczy pozostał. Za to im tym wpisem dziękuję

niedziela, 08 sierpnia 2010
Moskiewska Saga - trzytomowa saga Wasilija Aksionowa + serial telewizyjny oparty na tej powieści

Moskiewska Saga Wasilija Aksionowa została w Polsce wydana już jakiś czas temu, ja przeczytałam ją trzy lata temu, a zaraz potem obejrzałam w TVP1 serial oparty na tej sadze. I jedno, i drugie mnie zachwyciło. Przypomniałam sobie o niej za sprawą wyzwania czytelniczego zaproponowanego przez prowincjonalna nauczcielkę - Rosja w literaturze. Programowo nie przystępuję do wyzwań, co nie znaczy, że nie napiszę tu czasem o moich rosyjskich fascynacjach.

Nie pisałam o tej serii wcześniej, bo myślałam, że wszyscy znają tę pozycję, ale przekonałam się niedawno, ze jednak nie, wiele nadal nie wie, że ona byla u nas wydana. O serialu też nie. No cóż, był on puszczany w okresie letnim, dosyć późno wieczorem. Dziwne, moim zadniem był tak dobry, że nadawałby się raczej na prime time, żeby podnosić oglądalnośc.

Aksionow napisał sagę przez duże S, sagę co się zowie. Jedni zarzucają mu, że za bardzo jest ona pop, inni, że za dużo sprzedał tajemnic rodzinnych, jeszcze inni, że za amerykański. Hmmm, ja nie jestem krytykiem literackim po kilku fakultetach, więc moge pisać, co mi się podoba, a nie co wypada, a w tym wypadku akurat powiem wam, że jestem nią zachwycona. Tam jest wszystko - rodzina, jak to w takich sagach, tajemnice, polityka, sensacja, miłość, a wszystko to na tle trudnych i bolesnych dziejów historii Rosji - tom pierwszy przed wojną, tom drugi wojna, tom trzeci po wojnie.

Poznajemy rodzinę Gradowów, seniora rodu, wspaniałego i uznanego w środowisku lekarza, ich dzieci - sztywnego wojskowego Nikitę, pnącego się po szczeblach kariery aż na szczyt do stopnia marszałkowskiego i jego piękną zonę, Kiryła, wiecznie szukajacego swojej drogi, rewolucjonistę, który z werwą wprowadza nowy ład, oraz Ninę - felietonistkę, wolnomyślicielkę. Prawda, że mieszanka wybuchowa? - urodzeni w bogatym, burżuazyjnym domu, mają za ojca człowieka wielkiego formatu, z zasadami i łagodną matkę uwielbiającą poezję, dzieci idą różnymi drogami i z tego rodzi się wiele arcyciekawych subhistorii. Tak więc jest główny nurt, rozgałęziający się na wiele pod-nurtów narracyjnych, a wszystko to jest napisane gładko, wręcz filmowo. Nic dziwnego więc, że to nakręcono, i to jak!

Uwielbiam tę historię i będe do niej wracać, bo to jest jedna z tych, które nigdy sie nie nudzą. Szkoda, ze Aksionow już nie żyje, zostawił po sobie zaledwie kilka powieści, na pewno napisałby jeszcze coś ciekawego.

A na koniec wklejam piękny walc przewodni z filmu, ma łatwe do przyswojenia słowa, więc nie raz puszczam go sobie w komputerze i śpiewam na głos, kiedy się ubieram do wyjścia. Czasem nawet tańczę.

 

środa, 20 stycznia 2010
Stenogramy Anny Jambor

Pierwsze wydanie tej serii ukazało się w Polsce nakładem wydawnictwa Iskry w roku 1959. To był prawdziwy bestseller, ale jak to w tamtych czasach, zupełnie jakby nie chceli zarobić, wydali ile wydali i nie było wznowień, a ludzie pożądali tej pozycji jak diamentów. Była ona, jak wiele w tamtych latach, typowym przykladem powieści o któej wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział, zupełnie jak fałszywy banknot  50 euro dzis.

Wydawnictwo Iskry wznowiło całą serię, 6 tomów, powyżej widzicie okładkę pierwszego, w 1997 roku zaczynając, a ostatni tom ukazał się w 1998 roku. Nie wiem, czy to był sukces wydawniczy, bo ludzie, którzy uwielbiali te pozycje i sobie ją z rąk wyrywali, nawet Joanna Chmielewska wspominała o niej kilka razy w swoich wywiadach, dawno już czytali inne rzeczy, a młodzież nie była niczym zainteresowana w tamtym czasie oprócz Ludluma i Alistaira McLeana. W każdym razie nie widziałam, zeby na półkach zalegała, a i w późniejszym czasie nie zawalała antykwariatów, więc może i tym razem była meteorem, co pojawia się i znika, a jego części zostały rozebrane przez ludzi w mig?

Ja uwielbiam historie z okresu międzywojennego. Kocham Dołęgę-Mostowicza, mam na półce i często do niego wracam.  Stenogramy Anny Jambor skompletowałam skwapliwie i przeczytałam z prawdziwą przyjemnościa.  Jest to opowieść dziewczyny, która jak na tamte czasy, była wyjątkowa. Zupełnie nie przystawała do modelu kobiety z tamtego okresu, takiej troche efemerycznej, o cielęcym spojrzeniu, nie interesującej się biznesami, które właściwe były męzczyznom. Ona była ambitna właśnie na męski sposób, od razu wiedziała, od wczesnej młodości, że chce być bogata, miec wysoką pozycję społeczną, ale nie tylko przez za mąż pójście, ale też z powodu swoich własnych działań i decyzji. Poza tym uwielbiała korzystać z uroków życia, pławic się w luksusie, bywać w najciekawszych miejscach, tworząc wokół siebie aurę tajemniczości i grając przy tym femme fatale (z pełna świadomościa).

Te stenogramy są niby prawdziwe, znalezione gdzieś tam w walizce w niemieckiej willi, powierzone opiece niejakiej Kazimierze Różyc, która pracowała dla Niemców w biurze chyba, w 1944 roku została poproszona przez szefową Niemkę o zaopiekowanie się domem (tamta wzięła nogi za pas, bo zbliżał się front) i ewentualnie, jeżeli wkroczą Rosjanie, tą walizką. Potem niby Pani Kazimiera przeczytała te stenogramy zawarte w starannie ponumerowanych i odatowanych bloczkach stenograficznych i przetłumaczyła dla potomnych.  Nie zostało to nigdy udowodnione, w żadną stronę, czy to prawdziwe, czy tylko taki zamysł literacki. Jest wokół tych stenogramów jakaś aura tajemniczości, a fakt, że nie były pisane jako biografia do wydania, tylko sekretny pamiętnik szyfrowany stenograficznie, jeszcze to uczucie potęguje. I niech tak zostanie, czyż nie po to czytamy książki, żeby w sobie to uczucie zaglądania do czyjejś duszy, odnajdywania czyichś śladów pielęgnować?

Polecam po stokroć.

wtorek, 15 grudnia 2009
"Taryfa Księżycowa" - Ildiko von Kurthy

Ildiko von Kurthy poleciła mi dziennikowa koleżanka blueberry i to był strzał w dziesiątkę.  Dawno się tak nie uśmiałam czytając współczesną powieść.

Bohaterką Taryfy księżycowej jest kobieta trzydzieści i trochę. Jest sobotni wieczór, a ona siedzi w domu i czeka na telefon od pewnego przystojnego lekarza, bardzo liczy na to, że zadzwoni. Jednocześnie czuje się jak looserka, bo wszystkie laski w sobotni wieczór szaleją 'na mieście' w klubach, a ona czeka i się zastanawia, czy facet do niej zechce się odezwać. A dlaczego właściwie ona nie miałaby do niego zadzwonić, przecież jest nowoczesną dziewczyną i to nie wstyd. A może jednak to nie wypada? Akcja dzieje się w ciągu kilku godzin oczekiwania, jej przemyślenia na temat związków damsko-męskich, swojego życia, podejścia do pewnych spraw mogłyby być nudne, gdyby nie to, że Ildiko von Kurthy jest świetną pisarką, była dziennikarką, jej język jest żywy i niezwykle, naprawdę nieeeezwykle dowcipny i inteligentny, a jej sposób widzenia świata, opisywania rzeczywistości spostrzegawczy i zadziorny. Uwielbiam ją za to ostre a jednocześnie śmieszne widzenie świata. Nie raz uśmiałam się do łez w pełnym tego słowa znaczeniu. Polecam ją całym sercem, sprawdziłam, że jest dostępna na Allegro za małe pieniądze, więc warto jej dać szansę, jeżeli jej jeszcze nie znacie.

niedziela, 13 grudnia 2009
Medicus - Noah Gordon

Było już kilka wydań tej powieści w Polsce, więc i okładki mogą być różne. Ta pochodzi ze strony Merlina, gdzie tak wydana widnieje w ofercie sprzedaży. Jest kilka książek, które pomagały mi w radzeniu sobie w trudnych chwilach, kiedy byłam smutna, czy w jak wypadku tej książki, tęskniłam za męzem, który wyjechał do Irlandii, a ja sama zostałam, i to przed świetami, z dwójką dzieci i było mi bardzo, ale to bardzo smutno. Wtedy dużo czytałam, żeby nie myśleć i nie desperować.

Kiedy przychodzi ten czas, początek grudnia i mroźne dni, mnie się to kojarzy z "Medicusem" mojego ukochanego pisarza - Noaha Gordona. I z zapachem krojonych jabłek, bo sobie przygotowywałam talerze całe tychże właśnie i zajadałam czytając historię o młodzieńcu, który chciał zostać dobrym lekarzem.

A był to wiek XI, gdzie więcej było szalbierstwa i niewiedzy w tej dziedzinie, gdzie upuszczało się krew, czy trzeba, czy nie, a rany przypalało żelazem, co akurat nie było takie głupie.  Młody człowiek, sierota, towarzyszy medykowi w średniowiecznej Anglii. W pewnym momencie orientuje się, że ma dar, może wyczuć, kogo można uleczyć, a kto już szans nie ma. Ale nie potrafi tego robić i wie, że niestety medyk, jego opiekun, też nie ma pojęcia jak to się robi. Słyszał młodzieńiec, że jest w Persji słynny lekarz Awicenna i szkoła medyczna, gdzie można zgłębić tajniki tej wiedzy, ale dostęp do niej mają tylko Arabowie i Żydzi. Postanawia udawać Żyda, co grozi w każdej chwili śmiercią i udać się w podróż do Persji. My czytelnicy mu w tym towarzyszymy. Dzieje się wiele, nie ma miejsca na nudę.

Noah Gordon sam jest lekarzem i większość jego powieści jest o ludziach zajmujących się tą profesją. Jest też Żydem, więc wie o czym mówi. Napisał kilka zajmujacych i przejmujących powieści, które tutaj po kolei, co jakiś czas, bedę prezentować. Wiem, że jesteście dziewczyny oczytane i zapewne je znacie, ale jak sie przekonałam, że zawsze najdzie się ktoś, kto jeszcze o tych pozycjach nie słyszał, więc może warto jednak wspomnieć. Bo o nowościach to bez łaski, każdy słyszy i czyta w sieci, ale starsze, jednakowoż nadal wznawiane, muszą być czasem wywlekane na światło dzienne.

Kocham tę powieść jak przyjaciółke, która wyciąga z doła, a czas z nią spędzony wspominam, jako jeden z najpiękniejszych.

czwartek, 12 listopada 2009
Pokonani - Irina Gołowkina

rok wydania 1996 Czytelnik, rok wydania 1996

Z tą powieścią wiąże się historia rodzinna, a mianowicie została ona wydana w roku, kiedy urodził się mój syn, mąż właśnie otworzył nowy biznes i w ogóle nie mieliśmy pieniędzy. Nigdy przedtem, ani potem, nie było tak źle.  Zobaczyłam ją na półce w zaprzyjażnionej księgarni na Tatarkiewicza w Koszalinie i zapałałam miłością od pierwszego spojrzenia, ale kiedy ma się do wyboru jedzenie dla dzieci, odżywki dla nowonarodzonego i pieluchy, rachunki, a książka, to wiadomo, co trzeba wybrać. Jestem wariatką na punkcie czytania i kupowania książek, ale bez przesady, dzieciom od ust nie odejmę. Chodziłam 'odwiedzać' "Pokonanych" do księgarni, gdzie pani kierowniczka była świetną kobietą, godziny przegadałyśmy o różnych autorach i ich dziełach, a był to czas, kiedy nie mieliśmy internetu i komputera w każdym niemal domu, więc te rozmowy potrzebne nam były jak powietrze, poza tym nie raz pożyczała mi książki, szczególnie starsze wydawnictwa, które były trudne do dostania (jak na przykład 'Męża z ogłoszenia" Stulgińskiej). Odwiedzałam więc książkę na półce, pani kierowniczka (jakże mi żal, że nie pamiętam jej imienia, z Torunia się wywodziła) wysyłała uczennicę z Wojtkiem w wózku na spacer, a my sobie gawędziłyśmy. Któregoś dnia, widząc moją rozpacz i straszną chętkę na "Pokonanych" zaproponawała mi jej pożyczenie, bo i tak miała sobie kupic na właśność. I ja tę książkę przeczytałam z zapartym tchem. Oddałam i tyle ją widziałam.  Kiedy mi się polepszyło finansowo, chciałam kupić, ale nakład był wyczerpany, a w antykwariatach ani widu, ani słychu (przypominam o Allegro nikt jeszcze nie słyszał).  Szukałam jej całe lata, kiedy zaczęły się aukcje, wypływała czasami gdzieś w sieci, ale albo zniszczona, albo horendalnie droga. Poza tym mieszkając zagranicą, nie wiem dlaczego, nie mogę kupować na Allegro, nie daje mi się zalogować. Chodziłam, jęczałam, gadałam, aż moja koleżanka powiedziała, że ma taką jedną obeznaną z aukcjami w Polsce i poprosi ją o licytowanie, kiedy będzie okazja. Od innej koleżanki dostałam smsa z Polski, ze jest dostępna i powinnam zacząć licytowac. No to ja w te pedy do tej pierwszej, ta do koleżanki, tamta na licytację i mi ją kupiła - za bagatela 100 złotych. Ale co tam, pomyślałam, nie mogę przecież całe życie uganiać się za ksiażką, mało ich na rynku, tańsza pewnie nie będzie. Pozostało jeszcze cierpliwie czekać na transport z Polski i mam, stoi dumnie na półce i mnie cieszy. Nie szkodzi, że czytałam, zrobię to jeszcze raz, moja córka, w międzyczasie dorosła do takich powieści, mąż przeczyta, bo wtedy nie dał rady, nie zgnije.

Cóż to jest za powieść, że mi tak sen z powiek przez bez mała 13 lat spędzała?
Napisała ją wnuczka Rimskiego-Korsakowa, zarzekała się, że nic w niej nie jest zmyślone, a dotyczy jej rodziny i znajomych. Dzieje się w Rosji po rewolucji pażdziernikowej, traktuje o arystokracji i jej sytuacji w nowej rzeczywistości politycznej. Ci, którzy nie wyjechali z Rosji, z różnych powodów, skazali się na życie w poniżeniu (o ile je w ogóle zachowali), upodleniu, na skraju nędzy. Książka ma 870 stron, była bardzo długo na cenzurowanym w Rosji, przepisywali ją wtedy ręcznie i w takiej formie pożyczali sobie do czytania. Napisana w latach 50tych, w ukryciu przed bezpieką, ujrzała światło dzienne w Rosji w 1992 roku, już po śmierci autorki.

Powieść jest przejmująca. Porównoują ją do 'Przeminęło z wiatrem", nie wiem, czy słusznie, bo jak to niby zmierzyć? Mnie się kojarzy raczej z Doktorem Żiwago, ale pewnie z powodu umiejscowienia akcji.

Kiedy mam gorsze dni, miewam sny, ze jest wojna, ja uciekam z dziećmi w tłumie uchodzców, tracimy dom, majątek, nawet walizki muszę zostawić na drodze, bo nie mam siły nieść młodszego dziecka i targać dobytku.  W tej powieści wszystkie moje strachy ujrzały światło dzienne. Jest starsza kobieta, której do domu wprowadza się hołota, zostawiając jej małą służbówkę, w której może pomieścić tylko małą część dobytku, reszta przechodzi na własność ludu. Kobieta dumnie znosi tę odmianę w życiu, stara się zachować godność i nauczyć tego swoją wnuczkę, która dopiero wchodzi w życie. Jednocześnie przekazuje jej wartości wyniesione z domu, z arystokracji, ale i dostrzega konieczność przystosowania się dla zachowania życia. Trudne wybory. Czułam całym sercem to, co ona czuje, kiedy sprawy przybierały fatalny obrót, namacalnie czułam zagrożenie, ich niemoc, a jednocześnie zwierzęcą wręcz siłę do walki o przetrwanie. Mąż mnie kiedyś znalazł w wannie z tą książką, płakałam tak, że zagroził, że mi ją odbierze i nigdy nie odda.  Rzadko miewam tak emocjonalne podejście do powieści, ale ta zapadła mi głęboko w serce i poruszyła do żywego.

Polecam ją wszystkim rusofilom jako absolutne 'must-read', a całej reszcie jako niezapomnianą przygodę z poznawaniem świata i czasów, których już dawno nie ma.

wtorek, 10 listopada 2009
Opętanie - Possession A.S. Byatt

okładka filmowa Booker Price 1990

Jak widzicie nie jest to gorąca nowość, dlatego umieszczam w dziale Stare, ale jare. Zauważyłam jednak, że nadal wiele jest osób, które nie słyszały nigdy o tej powieści, ani o filmie na jej podstawie, a ponieważ uważam, że jest ona warta uwagi, napiszę tutaj kilka słow.  Mam nadzieję, że niczego nie pomieszam, jeżeli tak, wybaczcie, ale już dawno czytałam, oglądałam też ze 2 lata temu, ostatnio kupiłam na DVD na play.com za jedyne 3.99 euro, wiem, że do tej historii wrócę nie raz.

Jest to romans, bo jakże inaczej nazwać powieść o miłości?  Ale romans z ambicjami, a nie jakiś dziadowska historyjka, nie bójcie się.  Dzieje się w dwóch przestrzeniach czasowych jednocześnie - współcześnie, w środowisku akademickim i w czasach wiktoriańskich.

Współcześnie poznajemy badacza twórczości i życia pisarza Randolpha Asha i biografkę poetki,  zdeklarowanej starej panny, Christabel La Motte. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak im się wydawało, kochający małżonek i pisarz okazuje się mieć romans z rzeczoną ekscentryczną poetką (która wprawdzie nie jest zamężna, ale do starej panny jej daleko) - i to właśnie odkrywa ta para badaczy literatury (nie lamentujcie, wszystkiego wam nie zdradziłam).  Badają trop i ta historia opiera się oczywiście na tym, jak dochodza do prawdy, co się między nimi dzieje, kiedy spędzają czas razem grzebiąc w przeszłości i tak dalej.  Jednocześnie prowadzona jest fabuła w przeszłości, poznajemy bliżej parę kochanków wiktoriańskich, ich motywy (czyli tę wielka bezwarunkową namiętność opierającą się wszelkiej logice i rozsądkowi), tajemnice poetki, których ma więcej, a przy okazji czasy, w których żyli.

Książka jest fascynująca, jeżeli lubi się historie o odkrywaniu meandrów literatury, grzebaniu w przeszłosci i w starych rękopisach.  Ale nie myślcie, że jest nudno, bo ta powieść to też niezły thriller, więc nie będziecie przysypiać nad opisami natury i wielkiej miłości kochanków retro.

Do filmu zasiadłam bez przekonania, przyznam się, że obejrzałam przed przeczytaniem książki, bo tej nigdzie nie mogłam zdobyć (nakład w Prószyńskim wyczerpany, więc szukajcie na Allegro lub w antykwariatach). Moje 'bez przekonania' prysnęło jak bańka mydlana po kilku minutach i zapewniam was, że gdyby wtedy ktoś mi przeszkodził w dokończeniu seansu domowego, zatłukłabym jak psa i każdy sąd by mnie uniewinnił (jak to wszystkie zbrodnie czynione w uzasadnionym afekcie).

Ta historia tak się we mnie zakorzeniła, że bardzo często, kiedy gotuję i siekam warzywa na przykład, a przy tym nie trzeba być szczegółnie skupionym i moje myśli dryfują w kierunku różnych opowieści, które mi było dane przeczytać - baaardzo często jest to właśnie Possession.  Prawdopodobnie urzekła mnie ona też z innego powodu, a mianowicie tak jak para badaczy literatury, miałabym ochotę poświęcić życie na grzebanie w bibliotece, w starych rękopisach czy listach, o czym przypomniała mi padma swoimi wpisami w Mieście Książek, a co stało się jedną z tych rzeczy, których niezrobienia będę żałować do końca życia (nawiasem mówiąc, jaka szkoła przeważa obecnie - imiesłowy razem czy osobno?).

'Opętanie' A.S. Byatt to powieść, która jest dowodem na to, że nie trzeba być jakimś udziwnionym i przeintelektualizowanym pisarzem, żeby być nagradzanym.

Obejrzałam ten trailer jeszcze raz i teraz się boję, że pomyślicie, że ja tak w kółko o miłości i kostiumowo, a do tego tylko w kręgu anglosaskim. Otóż dementuję. Następnym razem wysmaruję jakiś krwawy tekst, haha.

 

 

niedziela, 01 listopada 2009
"Wszystko przez tancerza" Deirdre Purcell, tytuł oryginalny Falling for a Dancer

odkładka filmu dvd okładka polskiego wydania powieści

Pierwsza okładka filmowa, i ta adekwatna do treści i bardzo irlandzka, a druga to niestety polskie wydanie z Prószyńskiego, które sugeruje, że jest to romansidło i to z gatunku, których ja nie trawię.  Nigdy bym w Polsce po tę książkę nie sięgnęła.  Na szczęście dla mnie, zaraz po przyjeździe do Irlandii, serialowa wersja tego filmu była nadawana w telewizji.  Jak przystało na irlandzką opowieść jest tam wszystko - i miłość młodzieńcza, i tragedia, i namiętność, i piękne widoki (w książce opisane, w filmie na wyciągnięcie ręki), i surowa natura oraz równie surowi, ale też i serdeczni ludzie.  Ta historia sięga aż do lat 30-tych ubiegłego stulecia.  Dziewczyna spotyka aktora występującego w małym miasteczku, daje mu się uwieść i, że przytoczę irlandzkie powiedzenie - shit hits the fan, czyli gówno uderza w wiatrak (przepraszam za język, ale dotyczy równie drastycznego zdarzenia w życiu, więc łagodzić tu nie ma sensu) - dziewczyna niedoświadczona i nieuświadomiona (bo niby przez kogo, temat tabu w tamtych czasach) zachodzi w ciążę.  Tu już historia nie jest taka oczywista, bo dla Irlandczyków byłoby jasne, że ona trafi do 'pralni sióstr Magdalenek', ale w tym wypadku rodzice wykazali się swego rodzaju litością i wydają zhańbioną córkę za starszego od niej wdowca z gromadką dzieci. Kto tu mieszka lub był chociaż raz i zna klimat oraz wyobraża sobie życie w tamtych czasach, o co nietrudno, bo natura tutaj nadal wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu, wie, że czasami jest tak

ale częściej bywa tak (zdjęcie zrobione w południe)

(autorka zdjęć Michalina Hordyniec)

a dziewczyna ląduje na prowincji (Irlandia składa się z samych prowincji) i musi się jakoś pozbierać, chociaż pora jest deszczowa i dziw, że sobie z fuzji męża nie strzela w łeb.  Samochodów nie było, centralnego ogrzewania też nie, a ona w ciąży, gromadka pasierbów czeka na jedzenie, trzeba nanieść torfu, rozgrzać w piecach, wilgoć i w sumie bieda. Masakra. I znikąd pomocy. No cóż, ale krew nie woda, gdzieś tam w zmaltretowanej codziennością mężatce czai się namiętność.  Wszystko staje na głowie po jednym tańcu z pewnym facetem.

Kochani, co ja wam będę mówić, jestem zakochana w Irlandii, tutajeszej historii, kulturze i nawet klimacie. Kiedy idę na spacer z moim Frankiem - pieskiem Jack Russel terrierem,

czuję się, jakbym chodziła śladami bohaterów powieści Maeve Binchy, czy właśnie Deirdre Purcell.  Wdycham powietrze pełne jodu, czasami się wzdrygam z zimna na wietrze, a kiedy brnę przez pola pomiędzy kamieniami, wyobrażam sobie, że idę na zabawę, lepsze buty trzymam w torbie na ramieniu, owijam się głęboko szalem i niecierpliwie czekam na moment, kiedy się przekonam - czy on też przyszedł?

Irlandczycy to bajarze, 'story teller' to jest pisarz, który pisze właśnie takie opowieści, obyczajowe raczej, nie romanse.  Boli mnie to, że w Polsce wydawane są w takich seriach: Z Różą, Namiętności, Romans w stylu retro itp.  Deirdre Purcell to bardzo mądra i fajna babka, a nie jakaś wyfiokowana, wyróżowiona autorka romansów.

Nie wiem, co w tej historii jest takiego, ale po 7 latach wciąż myślę o tej dziewczynie i jej historii.  Ostatnio kupiłam na ebay film, ciesze się, ze będę miała okazję obejrzeć go znowu, tym bardziej, że grają tam świetni aktorzy - Elizabeth Dermot Walsh, Liam Cunningham i młody Colin Farrell.

Polecam i powieść, i film (moim zdaniem jedna z najbardziej udanych ekranizacji prozy irlandzkiej), na zimowe wieczory przy lampce wina idealne.

(Ulu - dziękuję za śliczne zdjęcie Franka)

 

 

 

 

 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!