O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
Kategorie: Wszystkie | Audiobooki | Czytelnia | Kino domowe | Myśli nieujarzmione | Stare, ale jare | TVManiak | USB Winyle | teatr
RSS
sobota, 25 października 2014
I'm Back! Piąte urodziny bloga i wizyta w teatrze - 'Sive' John B. Keane, Abbey Theatre w trasie.

Dzisiaj mija pięć lat od dnia, kiedy poczyniłam pierwszy wpis na blogu.

Urodziny bloga świętowałam w teatrze, który gościł dzisiaj trupę z Abbey Theatre w Dublinie. Na afiszu sztuka 'Slive' dwudziestowiecznego dramaturga irlandzkiego Johna B. Keane'a.

Poczytałam trochę o niej i wiedziałam, że to coś dla mnie, bo jestem wielką admiratorką teatru klasycznego, może to i paszteciarstwo, ale co poradzę? Oczywiście oglądam spektakle awangardowe, ale nie wzruszam się na nich tak, jak na Szkole żon, Wiśniowym sadzie czy ostatnio spektaklu Teatru Telewizyjnego TVP pt. Brunch.

Nie udało mi się zrobić zdjęć scenografii, nie chcieli tego, więc światła były cały czas przygaszone, nawet podczas przerwy. Sztuka długa, trzy godziny, przerwa zaledwie 15 minut, więc prawie cały ten czas przeznaczony na spektakl.

Scenografia klasyczna, typowe pomieszczenie w irlandzkim domu początku XX wieku. Wielkie palenisko, wysokie, człowiek mógłby tam wejść bez problemu. Na specjalnym podwieszeniu kociołek na zupę, obok duży żeliwny czajnik i garnek do pieczenia chleba. Stara kobieta siedzi blisko ognia, pali fajkę.

Młoda krząta się po kuchni, mąż zaraz wróci z pracy, szykuje posiłek. Pod stołem kuchennym worki z mąką, ziarnami, woda w wiadrach, mleko w kance. Od razu wiadomo, że to farma, irlandzka wieś.

Synowa i teściowa bardzo się nie lubią.

Najpierw do domu wraca ze szkoły młodziutka, przepiękna dziewczyna. Zaaferowana opowiada, że szkolna furmanka znowu straciła koło, że musiała iść z daleka. Jeszcze dziecko, chociaż wygląda już coraz bardziej jak kobieta.

Babka z dziewczyną znikają w czeluściach domu, a na scenie pojawia się mężczyzna, który szybko okazuje się swatem przychodzącym z misją specjalną. Bogaty farmer, strasznie już leciwy, chce żony i Sive wyjątkowo się nadaje i bardzo mu się widzi. Za to zamążpójście rodzina dziewczyny dostanie 200 funtów, a swat 100. Majątek!

No i zaczyna się - festiwal obłudy, pazerności, ale też i trudnej, drastycznej prawdy, na co mogą sobie pozwolić ludzie biedni. A raczej czego absolutnie nie mogą mieć - marzeń i prawa wyboru.

Dziewczyna ma oczywiście ukochanego, który jest biedny, ale robotny.

Uwaga, dla moich znajomych z Dublina i innych miejscowości, gdzie zawita ta sztuka (między innymi Cork, Limerick), jeśli zamierzacie to obejrzeć, nie czytajcie dalej, będzie spoiler. 

Nie chodzi tu o fabułę, bo bardzo łatwo można sobie wyobrazić, że nie kończy się to dobrze, dziewczyna popełnia samobójstwo w przeddzień ślubu.

Głownie fascynujące jest pokazanie, jak dochodzi do całej sytuacji. Rozmowy ciotki i wuja, który na początku jest przeciwny. Kolejne odwiedziny swata i bogatego farmera. Błagania dziewczyny, żeby jej tego nie robili, tłumaczenie ciotki, jakie jest życie i dlaczego kobiety z ich pozycją muszą poddać się losowi. To wszystko przerywane wizytami wędrownych handlowców, którzy przynoszą wiadomości w formie śpiewanej w towarzystwie energicznych uderzeń w irlandzki bęben.

 

Z takimi sztukami jest jak z oglądaniem po raz setny kolejnej inscenizacji Moliera, Czechowa czy Gogola. Niby wiemy, co się stanie, co musi mieć miejsce, bo takie po prostu było życie i już, ale i tak z zapartym tchem śledzimy akcję z nadzieją, że a nuż widelec tym razem będzie inaczej, może oni jednak nie wezmą tych pieniędzy, może ten stary sam się wycofa, albo młody porwie dziewczynę i uda im się wziąć potajemnie ślub? W życiu takich zakończeń raczej nie bywa, więc i tu nie ma. Żadnego słodzenia i schlebiania publice, to nie komedia.

Bardzo dużo emocji, Irlandczycy są zdystansowani na zewnątrz, ale jak widać w czterech ścianach swojego domu w takich razach iskrzy.

Najbardziej podobała mi się żywiołowa reakcja publiczności. Chwilami zachowywali się jak dzieci. Kiedy swat przechwycił list do Sive z rąk jej wuja i otworzył kopertę, z wielu gardeł wyrwało się 'Oł noł'. Potem pokrzykiwali, kiedy mężczyźni walczyli o ten list, mruczeli z dezaprobatą, kiedy go czytali, wreszcie kiedy zdecydowali się go spalić, słychać było oburzenie. Byłam w euforii, w Polsce to się chyba nie zdarza, przynajmniej nigdy nie byłam tego światkiem. Przypomniały mi się spektakle w moim rodzimy teatrze, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i wszyscy krzyczeliśmy, żeby zły czarodziej zostawił królewnę. Aż miałam łzy w oczach.

Spektakl często przerywano oklaskami, z emocji, z uznania dla wyjątkowej sceny. Aktorzy zamierali wtedy na chwilę, wyczekiwali końca, a wyglądało to jak stary obraz. Umieli skubani się ustawić.

Najpiękniej wypadła scena finałowa, kiedy młodzieniec przynosi Sive do domu i kładzie ją na wielkim stole. Mokra, martwa, z włosami spływającymi ku podłodze, ułożona tak, że wyglądała zjawiskowo i malowniczo. Niewinność ujarzmiona, a jednak wolna. Uciekła im. Potem jeszcze była zatrzymana w kadrze poza starej kobiety nad wnuczką, cierpienie, ale i pogodzenie się z tym, że życie po prostu takie jest, ciężkie, raczej przynoszące więcej trosk niż radości.

Przez prawie trzy godziny dużo krzyku, emocji, a na koniec przejmująca cisza i powoli zapadająca ciemność. W tej szarości długo nic.

Piękny wizualnie, przejmujący obrazek.

Bardzo udany wieczór. Tym bardziej, że poprzedzony radosnymi przygotowaniami makijażowo muzycznymi, wizytą w Boots, gdzie odwiedziłam wymarzone perfumy, malutkim, takim tycim zakupkiem :-) urodzinowo blogowym powiedzmy, no i kolacją z dziewczynami, gdzie rozmowom końca nie było (aż dziw, że cokolwiek zdołałyśmy zjeść).

Oby więcej takich chwil.

All photos are from Abbey Theatre Website 

http://www.abbeytheatre.ie/whats_on/media/abbey-theatre-on-tour-sive

poniedziałek, 09 czerwca 2014
Myślałam, że będzie lajtowo. Jakże się pomyliłam!

W niedzielę wieczorem, już po targowo-radiowych emocjach, przy sushi z Zielonki (kto by pomyślał jeszcze niedawno, że japońska kuchnia będzie na stole każdego, kto tego zechce), zeszło ze mnie całe napięcie ostatnich dni. Obie z Agą siedziałyśmy zwinięte trochę jak puste dętki, ona z powodu intensywnej pracy na targach, a ja z powodu intensywnego bywania na tychże, uwierzcie mi, też można się wykończyć.

Zakładałam, że w poniedziałek będzie luzik. Właściwie nic nie miałam w planach poza kilkoma spotkaniami (taki oksymoron sytuacyjny), ale nie miałam pojęcia, kto i kiedy, bo mi po prostu siadła zdolność organizacyjna. Miałam listę ludzi, z którymi chciałam się zobaczyć, ale zgrać to wszystko, nie tak łatwo. Jeden punkt programu był pewny - spotkanie we Wrzeniu Świata w związku z książką pt. 'Czterech' redaktora Grzegorza Chlasty. Aga z Czarnej Owcy nadała, że takowe się odbywa, w smartfona na listę wciągnęliśmy.

No, ale to dopiero o 19-tej. Kupa ciasa, jak mawiał ruski saper.

 

Rano z Agnieszką zjadłyśmy niespiesznie śniadanie. Kawa, rozmowa, ważne. Ale potem jednak musiałyśmy chybcikiem się zebrać, udawać, że się jest poza czasem, można tylko przez chwilę. Załadowałyśmy się do samochodu i w drogę do Warszawy. Nie wiem jak to wymyśliłam, nie potrafię tego teraz w czeluściach pamięci odgrzebać, że odwiedzę Tosię Kozłowską. Miałyśmy się spotkać w mieście, najlepiej w weekend, ale nie dałam rady, a w poniedziałek to była już operacja logistyczna, bo dzieci, bo szkoła, więc wpadło mi do łba, żeby pojechać do niej. Miałam nadzieję, że to na trasie do pracy Agnieszki. Wszystko wspaniale, z tym, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, która godzina. Najpierw miałyśmy jechać do Warszawy dopiero o 12, ale zmieniły nam się plany, o czym ja już zapomniałam.

 

I jak jakiś głupek niewychowany, dzwonię do Tosi i pytam, gdzież ona mieszka? Bo jadę :-)

Wytłumaczyła, okazało się, że to niedaleko punktu docelowego Agnieszki, taksówka zawiozła mnie za grosze na miejsce. Ufff. No, ale była 11. Zgroza mnie wzięła, ale już odwrotu nie było.

Antonina Kozłowska to jest absolutnie niezwykła osóbka, nasze rozmowy to była przyjemność w czystej postaci. Nasze spotkanie, jego jakość, to dowód na to, że ludzie nie mają racji, że znajomości fejsowe są gorsze lub wręcz nic nie warte. Myślę, że wszystko zależy od ludzi.

Oczywiście, jak tylko mogłam, podłączałam się komórką do sieci wifi i właśnie u Tosi połączyłam się z innymi osobami, które miałam na liście 'must see'. Nie miałam roamingu na internet, więc wiadomości odbierałam i nadawałam z doskoku, z centrów handlowych i kafejek na przykład. Wszystko wydawało się proste dopóki za oknem piękne słońce, ale kiedy wyszłam od niej, niebo zaciągnęło się chmurami. Wsiadłam do autobusu wiozącego mnie do centrum, im bliżej celu, tym ciemniej i większe chmury, aż gdy wysiadłam, weszłam wprost w rozszalałą burzę i ulewę. Wpadłam do banku, żeby przeczekać. Aż dziw, ze nie otworzyli do mnie ognia, myśląc, że to napad, bo moje wejście było z gatunku tych 'nagłych' delikatnie mówiąc. Z rozwianym włosem i wytrzeszczem oczu, założę się, bowiem strasznie boję się burzy, której na dodatek końca nie było widać.

Zadzwoniłam do Maniczytania czyli Magdy, że chyba nie uda nam się zobaczyć, bo ja się nigdzie nie mogę ruszyć. Dorota czekała na mnie pod Rotundą, ja pod Mariottem, co się wychylam, coraz gorzej leje. Byłam bez kurtki, bez parasola. Co robić? Jednakże Magda uzmysłowiła mi, że jak tylko uda mi się dopaść do podziemi, to tam znajdę przejście do tramwaju jadącego do Galerii Mokotów, ona tam dobije i wreszcie się zobaczymy.

I tak się stało, znalazłyśmy się z Dorotą, nawet nie musiałyśmy czekać na tramwaj, wyjście było trochę traumatyczne, bo wprost w ulewę, która w ogóle nie traciła na sile. Do Galerii wpadłam już jako miss mokrego podkoszulka. 

Tam kolejne spotkanie z Magdą właścicielką bloga Maniaczytania. I znowu to samo, będę już nudna, mam szczęście do ludzi, do rozmów, do wymiany energii, dobrze, że się człowiek nie naładowuje jakimiś ładunkami, bo w mokrej koszulinie to bym porażenia prądem doznała. Taka sytuacja.

Tam też odebrałam wiadomość o możliwości jeszcze jednego spotkania, tym razem z pisarzem, z mojej listy pt. 'oszalałam, jak tylko przeczytałam'. A mowa o autorze Mr.Pebble i Gruda Mariuszu Ziomeckim (o książce piszę tu), który był tak łaskaw i się nad czytelniczką na skraju histerii pochylił. 

Przeczytałam książkę już jakiś czas temu, a pamiętam, jakby wczoraj, co mi się wcale tak często nie zdarza.  Czytam dużo, ale tylko nieliczne historie zostają ze mną na całe życie. Jest coś takiego, przyznajcie, że człowiek czyta i kurczę czuje każde słowo, każde zdanie, wie, co pisarz chciał powiedzieć. Percepcja wchodzi na zupełnie inny poziom, już nie oko-mózg-emocje, tylko oko-emocje-emocje-emocje-ewentualnie mózg, jeśli się w tę sferę przedrze, czyli przerabiasz to w duszy, w sercu, w każdej komórce zanim się zorientujesz, co się dzieje w ogóle. I tak było z tą opowieścią. Niech Was 900 stron nie przeraża, mogłoby ich być więcej. Po skończeniu książki, mam tak szalenie rzadko, powiedziałam na głos - o ja pierdolę! I zapadłam się w sobie na tydzień. Z żalu, że to już koniec. 

A jak już ktoś taką książkę napisze, to ma mój nie-obiektywizm i czytelniczą miłość na zawsze. Dlatego też chciałam spotkać autora, udało nam się umówić po spotkaniu w Wrzeniu. 

Zasiedziałyśmy się w Galerii Mokotów, wypadłyśmy jak opętane, wyszukałyśmy taksówkę, korki jak cholera, bo ta ulewa zablokowała miasto. Agnieszka napisała, że chyba nie dojedzie, bo gdzieś utknęła, a ja nie przyjmowałam w ogóle do wiadomości, że mogłabym na to spotkanie nie dojechać na czas. Całą drogę taksówkarz nas bawił opowieściami o misjach wojskowych, w których brał udział, o żonie, dzieciach, braterstwie krwi, ani rannych, ani martwych się nie zostawia. No i wykrakał, bo skręcił w małą uliczkę, że niby szybciej i JEB - przywalił w nas inny samochód. I to z mojej strony, byłoby w moje drzwi, ale pan przytomnie uciekł w bok tak jakoś dziwnie i dzięki temu uderzenie poszło na błotnik zaraz za linią drzwi. Byłam w szoku, pocieszona lekko, że jeśli jestem ranna to on mnie nie zostawi, ale Kalina przytomniejsza, wypadła z samochodu, podała facetowi numer telefonu, jakby trzeba było świadczyć, kto w kogo wjechał (to nie była jego wina) i w te pędy puściła się  przed siebie, a my z Dorotą za nią. Dzięki temu dopadłyśmy do metra, potem tramwaju i resztę per pedes - spóźniłyśmy się tylko kilka minut. Przy czym, jak już tam wpadłyśmy,  wyglądałyśmy jak ofiary gwałtu zbiorowego. Nie powiem, wejście miałyśmy wyśmienite, aż jednej babce spadł z kolan laptop. 

Odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi :-)

 

 

Książkę Grzegorza Chlasty dostałam z Czarnej Owcy dla biblioteki przed samym wyjazdem. Niezwykle ciekawy temat. Z opisu - "opowiada o dziewiczych latach powstawania służb specjalnych w nowej, demokratycznej Polsce. Jednymi z ich współtwórców byli czterej bohaterowie książki - ś.p. Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Brochwicz oraz Piotr Niemczyk. Grzegorz Chlasta w wywiadach z bohaterami książki stara się dociec na czym polegał z ich strony ten skok na głęboką wodę - wejście w paszczę dotychczasowego lwa i próba uporządkowania rzeczywistości znanej tylko z twarzy opresyjnych funkcjonariuszy SB. Dotychczasowi anarchiści, pacyfiści, działacze opozycji postanowili uczestniczyć - pod okiem wielkich mistrzów - w tworzeniu struktur niezbędnych w każdym demokratycznym państwie. Dlaczego podjęli taką decyzję? Lektura książki to nie tylko zbiór anegdot. To także obraz epoki, w której większość poruszała się po omacku, a jednocześnie chciała popełnić jak najmniej błędów. Bez poznania atmosfery i wyborów tamtych czasów trudno jest zrozumieć aktualną rzeczywistość".


Nie zdążyłam jej jeszcze przeczytać, chociaż bardzo jestem jej ciekawa. Pana Grzegorza 'znam' z poranków RDC, których czasami słucham szykując się do pracy. Tym bardziej mus było zobaczyć to spotkanie i dowiedzieć się, 'co autor miał na myśli', zanim zacznę lekturę. Cieszę się, że tam dotarłam, bo było niezwykle ciekawie, emocjonująco, najbardziej dzięki dyskusji. Nie wiem, dlaczego prowadzący skończył spotkanie w umówionym czasie, bo było jeszcze kilka osób, które chciały coś powiedzieć. Czy to mus? Czy tylko tyle może ono trwać, ile umówione z gospodarzem, w tym wypadku Wrzeniem Świata? Nie wiem, ale pozostawiło mnie to z niedosytem. 

Siedziałam bokiem na okiennym parapecie z poduszkami, widziałam salę doskonale, również słuchaczy. Jeden z nich był ubrany w czarny garnitur i wyglądał trochę, może to sugestia tematem, na kogoś ze służb specjalnych. Kiedy jedna z babeczek wstała i powiedziała, że była wzruszona lekturą, bo miała wrażenie, że byliśmy w dobrych rękach i to ją niezwykle właśnie poruszyło, ten człowiek, wyglądał na twardziela, służby czy nie, miał łzy w oczach. To z kolei mnie niezwykle wzruszyło. Kto wie, może to właśnie było jedyne podziękowanie, przecież oni niczego na świeczniku nie robią i nie mają okazji do braw i fanfar, jedynie uścisk dłoni szefa. No i maślane spojrzenie jego sekretarki. 

 

Potem to spotkanie z Mariuszem Ziomeckim, czyli mam szczęście do ludzi i oczywiście było niezwykle interesująco, niby nic nowego, ale jestem zawsze wdzięczna za takie chwile w życiu, niczego nie biorę za pewnik, że mi się należy, bo to, że ktoś poświęca swój czas nieznajomemu, albo znajomemu ledwo, bo z sieci, jest zawsze dla mnie wzruszające. Nic więcej nie powiem. 

Jak u Hitchcocka, zaczęło się wcale nie tak spokojnie, a potem już było coraz bardziej emocjonująco. Ciekawa byłam, kiedy mi z tych wrażeń odbierze rozum po prostu.  

piątek, 06 czerwca 2014
Byłam tam, gdzie było to, o co chodzi

Piszecie, że mieliście zadyszkę oczu czytając poprzedni wpis. Kochani, to jeszcze było spokojne targowanie. Niedziela i poniedziałek to była dopiero jazda. 

Zacznę od tego, że wysiadł mi żołądek. A wszystko przez to, co miało się dopiero zadziać we wtorek, dlatego zjechałam do Warszawy, targi, chociaż chciałabym, żeby były głównym powodem przyjazdu, niestety były tylko fantastycznym dodatkiem. Taki bonus za cały ten stres, co mnie czekał. 

W takich razach prawie zawsze mam objawy psychosomatyczne, różne, tym razem po prostu straszne bóle żołądka. Narastały od soboty, w niedzielę się nasiliły.

A piszę to wszystko, żeby wam uświadomić, jak targi i wszystkie spotkania były dla mnie wielką radością, gigantycznym kopem endorfin, skoro mimo wszystko, miałam naprawdę ubaw i pokonywałam tę niedogodność. Ale też nie sama, i tu pewnie mój anioł stróż zadziałał. Nie mógł mi pomóc w sposób namacalny, to mi zesłał Kazaszę, wspaniałą kobietę, którą poznałam w sieci za sprawą jej bloga o Kazachstanie. Przyszła na targi w niedzielę podpisać książkę, dosięgła mnie wiadomością na FB i udało nam się umówić. Zastała mnie na płycie głównej, siedzącą przy kubku herbaty, i tu mała dygresja - czy te kawy i herbaty na targach musiały być takie wstrętne? Woda to, czy gatunek produktu podstawowego, nie wiem. No więc siedzę nad tą udającą herbatę cieczą i mnie aż telepie, bo mi ten żołądek dokucza. Upał też, bo nie zwyczajna jestem, a w Warszawie w tym czasie średnio 30 stopni. Na zewnątrz gorąco, ja z dreszczami, musiałam włączyć cały zespół motywacyjno-optymistyczny, jakim dysponowałam, zeby się nie rozpłakać. Do tego słabo mi było. 

Na to wszystko przychodzi Dorota i mi po kilku minutach rozmowy serwuje listek leku na moje dolegliwości. No powiedzcie sami, ile osób nosi w torebce tabletki akurat na to?

Anioł nie kobieta. 

Do tego piękna, interesująca, wspaniała rozmówczyni. Oj, ja to mam szczęście do ludzi. 

Niestety musiała uciekać, nie nagadałam się, będę odczuwać niedosyt już zawsze. 

I tak mi się pięknie-nie pięknie zaczął ten dzień, który okazał się jednak bardzo, ale to bardzo udany.

W niedzielę nie byłam na targach za długo, a wszystko przez to, że wybierałyśmy się na spotkanie z cyklu Bagaże kultury do Teatru Żydowskiego. Zaczynało się to o 15, więc odpowiednio wcześniej trzeba było się przemieścić. Zdążyłam tylko pomachać z daleka kilku osobom, odwiedzić Agnieszkę na stoisku Europress Polska, gdzie niezmiennie byłam zadziwiona ilością tytułów prasy zagranicznej (w językach obcych), a najbardziej tym, że można kupić magazyn kulinarny Jamiego Oliviera na bieżąco, pojedyncze numery, a u nas tylko prenumerata. No, ale ja to wszystko mam u siebie pod ręką na co dzień, najważniejsze były znowu rozmowy, spotkania i świetne dziewczyny, które z 'moją' Agnieszką w te targi pracowały. Nigdy mi nie dosyć fajnych ludzi wokół.

 

Zajrzałyśmy to tu, to tam i pognałyśmy z Kaliną na plac Grzybowski. Nigdy nie zapomnę tej drogi, bo dojechałyśmy tramwajem do Nowego Światu, a potem cięłyśmy przez Świętokrzyską w remoncie, stąd kluczyłyśmy między blaszanymi płotami, musiałyśmy się cofać, bo nie raz wylądowałyśmy w 'ślepej uliczce' tego labiryntu. Upał-nagrzana blacha-żołądek-słabość ciała to była straszna mieszanka. Kiedy już dotarłyśmy do teatru, czułam się jakby to był jakiś cud świata klimatyzowany. No i mogłam wreszcie usiąść. 

Ale wcześniej zachwyciłam się piękną kamienicą vis a vis teatru. Czy na zdjęciu widać, że tam są portrety na budynku?

 

 

Powiększyłam zdjęcie kosztem jakości, żebyście dojrzeli. 

 

Spotkanie bardzo ciekawe, bezczelnie zapożyczę zdjęcie od Kaliny z jej bloga, bo nie mam takiego fajnego 

 

 

Tyrmand to dla mnie niezwykle ciekawa postać. Wiele się o nim ostatnio mówi i pisze, ale tym razem było trochę inaczej, gdyż obecna na scenie była Barbara Hoff, sama w sobie ciekawa postać, a tu na dodatek żona Tyrmanda i o tej części swojego życiorysu, o nim właśnie, mówiła niezwykle ciekawie. Próbowała obalić niektóre mity z nim związane, trochę krytykowała Urbanka za jego książkę o Tyrmandzie, nie czytałam jeszcze, więc nie wiem, czy to po prostu żałość na to, że on dotknął czegoś kontrowersyjnego, co przez bliskich jest postrzegane inaczej, czy faktycznie Urbanek się tam nie popisał. Muszę to skonfrontować. 

Polecam wam ten cykl spotkań, było ich już 10, a w nowym sezonie będą następne. Prowadzi je zawsze pieczołowicie przygotowany Remigiusz Grzela. 

Nie miałam czasu podyskutować o tym spotkaniu z Kaliną i jej mamą, która się z nami wybrała, bo już musiałam biec do Polskiego Radia RDC na spotkanie z Teresą Drozdą w audycji Strefa Kultury, którą prowadzi w każdą sobotę i niedzielę. 

Bałam się, że nie przedrę się na czas przez miasto, bo w okolicach 18, tak jak moje wejście na antenę, miał się skończyć mecz na stadionie Legii. Spodziewano się zablokowanych ulic, tłumu kibiców, wolałam nie ryzykować niedotarcia do studia. 

Podawałam link do podcastu, czyli nagrania tej audycji, które jest do odsłuchania na stronie internetowej, na Facebooku, ale podam i tu, bo wiem, że mam czytelniczki bloga, które nie zaglądają w ogóle na portale społecznościowe. 

http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-hrabal-wolek-teatr-w-barach-mlecznych-i-ciekawe-lektury/

z list trzeba wybrać suwaczek drugi od dołu. 

Zaproszenie do tej audycji to dla mnie wielka radość, bo bardzo sobie ją cenię i słucham co tydzień, jeśli to tylko możliwe. A jak nie na żywo, to zawsze odsłuchuję nagranych rozmów. 

Z powodu wcześniejszego przybycia miałam czas odetchnąć, posiedzieć z kawą w pięknistym, słonecznym w kolorach, pokoju do tego przeznaczonym

 

 

Sama audycja - co tu dużo mówić, siebie oceniać jest trudno, ale rozmowa z Teresą to zawsze sama przyjemność, kiedy rozmówca nie pozostaje obojętny, nie jest rozkojarzony, kiedy rezonuje podczas wymiany zdań, to wszystko idzie gładko. Miłe doświadczenie, świetna atmosfera. 

No i siedziałam w tym samym fotelu, co Jan Wołek. Może metodą kropelkową, dotykową, siedzeniową czy jakkolwiek, przyswoiłam trochę jego wrażliwości i mądrości :-)

 

Z Myśliwieckiej (Papryczko! tam jest stoisko Trójkowe w korytarzu, cóż za gadżety) odebrała mnie Agnieszka, wracała z targów i mnie zgarnęła, żeby zabrać mnie do siebie, do Wołomina. A tam znowu rozmowy, pyszne sushi (pierwszy raz jadłam je nie z surową rybą, a w tempurze).  Jednym zdaniem to, co pamięta się całe życie, takie spotkania są bezcenne. 

A w poniedziałek to się dopiero działo :-)

poniedziałek, 02 czerwca 2014
I co dalej? I co dalej?



To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy  z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.

Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.

Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.

Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.

Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.

Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.

I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)

 

Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.

 

 

Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.

Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.

Na dodatek mądry i utalentowany.

Monopolista.

Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.

Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.

I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.

No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.

 

Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.

A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.

Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)

 

 

Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.

Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.

I dużo wody, bo tam był niestety upał.

Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.

 

Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.

Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.

Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.

Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.

Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.

Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji  - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.

W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.

Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.

 

Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.

Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.

Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział.  Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.

Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.

 

 

 

No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.

poniedziałek, 30 grudnia 2013
Marzenia się spełniają, ale za tym zawsze stoją ludzie

Od lat miałam marzenie o wygodnym fotelu do czytania. Miałam taki kiedyś, w kratkę, z przeważającym kolorem czerwonym, wysokie oparcie, wygodnie podłokietniki - siedząc w nim słuchałam listy programu trzeciego, czytałam Anię z Zielonego Wzgórza, potem powieści o miłości i czekałam na telefon od chłopaka. Potem karmiłam Michalinę, pierwsze dziecko. Przepadł, jak wiele rzeczy czy mebli z mojej młodości. Żal mi było, tęskniłam za czymś podobnym, przede wszystkim do czytania.

Dlaczego nie kupiłam wcześniej? Jak to w życiu, powodów wiele, a to pieniądze były potrzebne na coś innego albo w ogóle było ich niewiele, a to miejsca nie było, albo nie mogłam znaleźć właściwego mebla. Ostatnio nawet jeśli widziałam gdzieś w katalogu, cena była zaporowa i wiedziałam, że tak czy inaczej nie da się kupić online, bo najpierw musiałabym usiąść, spróbować, zbyt wielkie miałam wymagania co do formy mojego wymarzonego fotela.

Aż pewnego dnia natknęłam się na  NIEGO - usiadłam w show roomie, umościłam się i już wiedziałam, że kiedyś muszę GO mieć. I ten kolor! Prawie taki, jak mój z młodości.

Ale kasy akurat było za mało, żeby wygospodarować na taki wydatek, w końcu egoistyczny, bo tylko dla mnie. Nawet jeśli to była połowa ceny innych foteli, i tak dużo jak dla mnie.

 

Przed świętami członkinie komitetu rodzicielskiego naszej polskiej szkoły, gdzie prowadzę bibliotekę, wręczyły mi podarunek od wszystkich rodziców. Wprawdzie bibliotekę prowadzę bez wynagrodzenia, ale uwielbiam to robić, przecież książki, rozmowa o nich i 'wciskanie' świetnych powieści innym to moja pasja, niczego w zamian nie oczekuję, ale nie ukrywam, że było mi niezwykle miło, że rodzice pomyśleli o mnie przy święcie i wręczyli mi pieniądze, na cokolwiek tam chcę.

 

Dwa raz nie musiałam myśleć, od razu wiedziałam, że to ostatnia jedyna szansa na zrealizowanie marzenia bez wyrzutów sumienia, ze 'odbieram rodzinie od ust'.

 

Jedyny problem polegał na tym, że nie wiedziałam, kiedy będę w stanie sobie GO kupić, bo IKEA jest w Irlandii jedna i do tego 4 godziny jazdy samochodem od nas, po nie najlepszych drogach niestety.

Druga jest w Irlandii Północnej w Belfaście, ale nie wiem, gdzie, a to i tak nie jest wiele bliżej, może z pół godziny jazdy mniej. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w piątek poświąteczny mąż spytał, czy jestem gotowa na wyjazd do IKEI po fotel. Myślałam, że sobie ze mnie dworuje, więc nie bardzo poważnie do tego podeszłam, ale okazało się, że plan jest jak najbardziej poważny i jedziemy w sobotę, wstajemy o 6tej i o 7mej mamy już być w trasie. Jak powiedział, tak się stało. Dojechaliśmy tam na jedenastą, zjedliśmy na górze w kafejce irlandzkie śniadanie (kolejny treat, bo uwielbiamy, a pozwalamy sobie na nie niezwykle rzadko, jednak to bomba kaloryczna, ale ile energii po nim, resztę dnia nie jedliśmy, aż do powrotu do domu). Okazało się, że wprawdzie strona internetowa wskazywała, że jest tych foteli 4 na stanie, ale jak dotarliśmy do półki, stał tam ostatni karton. Podnóżek, prezent od męża, też w tym kolorze był jeden. Aż mi włosy dęba stanęły, kiedy pomyślałam, że mogło się tak stac, że po tak długiej drodze złapałabym tylko powietrze na półce.

 

No i teraz stoi u mnie w książkowym kąciku. W zimie mąż mi dołożył skórę pod plecy. Poduszka, poszewka własciwie, nie pasuje za bardzo, ale nie było innych, z czasem zmienię, a szerokość poduszki idealnie konweniuje z fotelem. Musiałam ją dokupić :-)

 

Po relację z zakupów w Ikei zapraszam na Z babskiej perspektywy. Tutaj już tylko zdjęcie fotela

 

wtorek, 24 grudnia 2013
What a wonderful świąt Wam życzę

Kochani - wspaniałych książek pod choinką Wam życzę, makowca, który da się jeść podczas czytania i dużo czasu wolnego w pakiecie (na to czytanie oczywiście :-)

czwartek, 05 grudnia 2013
Jestem bohaterem w swoim własnym domu

Niedawno byliśmy z mężem w gminie na jego badaniach. On po znieczuleniu nie mógł jechać, a ja nie bardzo mogłam w danej chwili prowadzić, więc wybraliśmy się pochodzić po sklepach i padło na takie z elementami do dekoracji wnętrz. Od dawna nie bywam w tego typu przybytkach, bo wszystko bym chciała, a to wydatek i w sumie zbieracze kurzu, takie durnostojki i obrazki.

Sklepy zawalone świątecznymi ozdobami, nie mogłam się kilku oprzeć, tym bardziej, że był czarny czwartek tzw. i wszystko 20% taniej. A to kaczki ubrane na świątecznie, a to koń na biegunach, a tam robin czyli nasz rudzik bodajże, ubrany w czapkę i szalik. Wszędzie kokardy, wieńce, jakieś obrusy i serwety, talerze i kubki. A na samej górze, co sobie winszuję, że wypatrzyłam, bo łatwo było ominąć wzrokiem, gdyż wisiały też pod sufitem choinki (takie jak dawniej, do góry nogami u powały) - zahaczony o półeczkę łazienkową, wisiał wieszak na papier toaletowy.

Cóż on ma wspólnego z książkami, spytacie? Dlaczego ona na blogu czytelniczym o tym pisze?

 

 

Otóż wieszak ma półeczkę. U normalnych ludzi pewnie na ręczniczek taki na jeden raz, co się gościom serwuje. Ale tu normalni ludzie nie mieszkają. Od razu oczami wyobraźni zobaczyłam tam książkę :-)

Bo ja czytam wszędzie.

I tak mam wspaniały wieszak spełniający wszystkie potrzeby mola książkowego.

 

 

Kindle się mieści, książka nawet duża i gruba też.

 

 

I tak zostałam bohaterem w swoim własnym domu :-)

Wielka radość ma rozmiary małych rzeczy.

wtorek, 03 grudnia 2013
Sekretna lista dla Mikołaja, która ma to do siebie, że się nie spełni

Tradycyjnie, jak co roku, robię sobie przyjemność grzebaniem w książkach, które mi się wymarzyły, ale ich na razie nie będę miała, z wielu względów, przeważnie prozaicznych. Moja rodzina nie robi zakupów w Polsce, jestem jedyną osobą, która może sobie coś zamówić, przecież nie będę sama sobie robić prezentu. Taka lista ma tę dobrą cechę, że jej komponowanie to już prawie jak posiadanie tytułu, czyli radość choinkowa jest, a potem wiem, co to ja chciałam i nie mam.

Uwielbiam popijanie kawy z kubka świątecznego i grzebanie w schowkach. Tak mnie to nakręca, że mi starcza, chociaż finału w postaci posiadania nie ma.

Nie jest to post żebraczy, żeby się nikt nie czuł głupio, że ja tu jakieś płacze uskuteczniam. Nic w tym stylu, po prostu czuję się jakbym była w Polsce i buszowała w księgarni :-)

Uwaga, startuję.

 

Po pierwsze pozycja, której szukam bezskutecznie od lat wielu, na Allegro bywa podobno, ale nigdy nie widziałam. Nie jest to więc kwestia ceny, a po prostu braku możliwości zakupu. Kto wie, może moim świątecznym cudem będzie ukazanie się jej na tej platformie zakupowej i będę mogła triumfalnie kliknąć KUP TERAZ :-)

 

 

2. Drugi tom Dziennika Pilcha, tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Miłość po prostu.

 

 

3. Nie znam tego jeszcze, wstyd i hańba

 

4. Przeczytałam Obławę, kolej na Kryptonim 'Liryka'

 

 

5. A jak już w tym temacie, mam na liście jeszcze i to:

 

 

 

 

6. Ciągle się na to czaję :-)

 

 

7. Jak zobaczyłam ten tytuł, wiedziałam, że muszę kiedyś go posiąść

 

 

8. Wznowiona 'Nikt nie woła'. Jak to nie woła, jak woła - ta powieść do mnie.

 

 

9. Żadne Boże Narodzenie z moich dziecięcych lat nie mogło się obyć bez Kabaretu Starszych Panów, poczytałabym chętnie

 

 

10. Ten tytuł wisi mi na liście od zeszłego roku, jakoś nie udało mi się go kupić, ale nadal pożądam

 

 

11. Petra Hulova, chwalona, w kręgu moich zainteresowań, a ja do tej pory nic nie mam i nie znam. Trzeba koniecznie nadrobić

 

 

12. Niedawno się  ukazała i chętnie bym poczytała

 

 

 

13. Kino przedwojenne mnie kiedyś fascynowało, te dwie pozycje mnie nęcą

 

 

 

 

 

14. jak ja mogłam zapomnieć o tym?

 

 

15. I o tym (nie piję, to sobie chociaż poczytam, haha)

 

 

16. Blogerka Szepty w metrze dzisiaj napisała, że jakiś czas temu nikt nie przyszedł na spotkanie ze Zbigniewem Wodeckim związane z promocją jego książki w gdańskim empiku. Dziwne. Żeby tak nikt zupełnie? On ma niesamowite poczucie humoru i dystans do siebie, może być ciekawie.  

 

 

 

17. Po angielsku też mam marzenia :-)

 

 

i do tego przypadkiem znalazłam box z filmami na podstawie jej powieści

 

Uff, ale się zmęczyłam tym zbieraniem moich marzeń na jedną stronę bloga. Przydałby się jakiś superowy fotel do czytania i odpoczynku. A ło taki

 

Ciekawa jestem Waszych listów do Mikołaja, macie jakieś książkowe marzenia?

poniedziałek, 11 listopada 2013
Zaglądałam, zaglądałam... czyli jak zobaczyłam dno garnca z miodem :-)

A tak naprawdę biję rekord Guinessa na najdłużej pisaną relację na blogach :-)

Obiecuję, jak bum cyk cyk, że to już ostatnia część. Za kilka dni ruszam z kopyta z opisywaniem książek, bo listę mam długą jak rolka papieru toaletowego. Ale jeszcze kilka minut pozostanę w październikowym klimacie.
A dni były piękne tego roku....
Pogoda sprzyjała dobremu nastrojowi, ale jednak mnie trochę stres wziął, kiedy po dyskusjach dopadłam hotelu i zorientowałam się, że czasu niewiele, czeka mnie jeszcze nagranie rozmowy dla radia RDC, gala, ja w proszku, nagrody na górze, głodna, muszę się kawy napić, a winda nie działa. A ja te pęcherze, nowe buty itp, nie wiem czy pamiętacie. Mój pokój na wysokim trzecim piętrze, co oznaczało mniej więcej tyle, że jak już miałam mroczki (i nie mam na myśli braci) przed oczami, oddech skrócony i grzywkę przylepioną do czoła jak Michnikowski, to byłam dopiero na pierwszym piętrze. Na trzecim już miałam takie niedotlenienie, że nie wiedziałam jak rozpoznać numery pokojów. Do tego męczył mnie od kilku dni szczekający kaszel, miałam wrażenie, że koniec końców wyjdę stamtąd nogami do przodu jak nic.
Odrobina przesadyzacji nie zawadzi :-)
Przebrałam się, pozbierałam nagrody, dyplomy, wszystko, co tam będzie mi potrzebne, bo wracać przez mękę nie miałam zamiaru. W planach była przekąska i czarne złoto w filiżance, jednakże adrenalina mi po prostu na to nie pozwoliła. Weszłam do restauracji, zakręciłam się na pięcie i wyszłam. Nie dałam rady ustać na miejscu. Zamiast tego ruszyłam na spacer, żeby te emocje 'wychodzić', nawet mimo pęcherzy.
Na dwie godziny przed galą wręczania nagród miałyśmy z Anią zaplanowaną rozmowę na żywo z Teresą Drozdą w audycji polskiego radia RDC - Strefa Kultury.

Linki do rozmów znajdują się na tej stronie, a nasza rozmowa znajduje się trzecim miejscu od góry.

Bywałam wcześniej gościem w radiu, ale nigdy nie w stanie nieustannego kaszlu, takiego, że aż gały wychodzą na wierzch. Kiedy weszłam do zaimprowizowanego studia, zaczęła się walka z tą przypadłością, jakże mało radiową i audio-przyjazną. Stąd moje wyważone wypowiedzi, które byłyby pełniejsze emocji, ale nie mogły takie być, bo trzymałam gardło na wodzy. Wykaszliwałam się w przerwach na muzykę, wydoiłam cały dzbanek wody, proponując ostatkiem woli ostatnie krople Ani, a o prowadzącą już w ogóle nie dbałam, bo jak profesjonalistka to zawsze da radę, nawet na sucho. A tu panie w gardle gore na zmianę z gilgocze i diabeł piórkiem smyra po migdałach.
Nie dalimy się, zresztą można to ocenić, bo cała rozmowa do odsłuchania. Nie kaszlnęłam ani razu.

Gala to już luzik. Nie wiem, co ja mam, ale im więcej ludzi, tym mniejsze nerwy. Jednego tylko nie wzięłam pod uwagę, bo na scenie nie bywam, że światło będzie walić w oczy i na samej scenie, kiedy już się tam z Anią, w celu wręczenia nagród blogerek zagranicznych znalazłyśmy, nie będę widzieć nic. NIC. Mówiłam do siebie. Mimo tej światłości, mogłabym powiedzieć - ciemność widzę.
Ale ludzie na sali byli, oto dowód


Oczywiście, jak to bywa w takich razach, mimo przygotowywania się do wręczania, segregowania toreb itd, zawsze coś idzie nie tak i pomieszałyśmy co nie co, lekko się miotałyśmy i już nie wiedziałam, gdzie idę, co daję komu, ale w efekcie nie było tragicznie.

Prezentacja naszych nominacji wyglądała tak


Potem były spotkania w foire centrum kultury, oprócz rozmów z pisarkami i uczestnikami, miałam okazję wyściskać znane mi z mojego 'poprzedniego życia' osoby - Krzysztofa sekretarza redakcji Tygodnika Siedleckiego, który zastartował mnie jako felietonistkę, pana Tadeusza, który prowadzi klub teatralny przy uczelni siedleckiej i woził mnie i innych do stolicy na kolejne premiery, nadal zresztą jeżdżą, tylko beze mnie (chlip) i kilka innych osób. Tak się miotałam między ludźmi, tak się zagadałam, że jak dotarłam do restauracji hotelu 'Janusz' na bankiet, prawie nie było już gdzie usiąść. Na szczęście przemili ludzie nas zagarnęli do siebie, siedlczanie wspierający festiwal to byli, i oczywiście po kilku toastach, chluśniem bo uśniem, przepijemy babci domek mały, okazało się, że mamy wspólnych znajomych, że znają nawet mojego męża i w ogóle nasze drogi nie raz się przecięły, jeno zabrakło tego szczegółu, że tak to określę, czół zderzenia. Zaraz się okazało, że jesteśmy jak bracia, jak siostry, ziomale czyli, nawet Ania, Polka z USA, co nigdy na Podlasiu nie była, też ziomal. Kocham to normalnie.
Tylko jeden problem, przyjechałam tam spotkać się z ludźmi piszącymi, a tu - przepijemy domek i fruwa moja marynara, trzeba było jakoś odserfować w innym kierunku. Na horyzoncie widziałam Vincenta Severskiego, 'wstrząśniętego-nie-zmieszanego', wysokiego i niezwykle przystojnego, ale był otoczony takim szczelnym kordonem pań, że zabrakło mi już odwagi, żeby do niego dopaść i w hołdach się zgiąć. Trudno, będzie jeszcze okazja. Za to miałam okazję porozmawiać z innymi, jakaż to wspaniała okazja mieć w zasięgu wzroku i głosu tyle pisarek i pisarzy w jednym miejscu i czasie - podobno ktoś policzył i było ich ponad 30.
Do późnej godziny trwały rozmowy, potem śniadanie i mój wyjazd do przyjaciół na niedzielę.
A na drugi dzień powrót do Warszawy, mimo pewnego oporu Doroty, nie chcem ale muszem, zaciągnęłam ją, ostatnim rzutem na taśmę, do kina na Wałęsę.
Nie wiem, co o tym filmie mówi się w Polsce i prawdę mówiąc nic mnie to nie obchodzi, dla mnie Wałęsa to jest wielka postać i ten film mi się podobał. Więckiewicz w głównej roli jest po prostu świetny, Grochowska ma trochę za dużą klasę, nie do ukrycia pod fartuchem w kropki czy kwiatki, teraz pani Danuta może faktycznie tak wygląda, ale na początku miała jednak sznyt kobiety ze wsi, a Agnieszka Grochowska jakby się nie starała, nie dało się z niej takiej babki zrobić. Oczywiście niemożliwe było w te dwie godziny filmu wszystkiego wsadzić, ale początki Solidarności pokazane były, jak dla mnie świetna muzyka, wplecione zdjęcia archiwalne, nie wiedziałam, kiedy film się skończył. Gdyby nie reisefieber przed wylotem, byłabym w siódmym niebie.
Dotarłyśmy do Doroty, walizka już w korytarzu, kotlety na patelni i nagle... wiadomość o śmierci Joanny Chmielewskiej. Ponad 40 lat razem, ja czytelniczka i ona pisarka, ramię w ramię, a raczej okładką w rękę, a teraz koniec. Gdyby mi nie było głupio, bo u ludzi byłam, to bym się chyba spłakała. Bo już za dużo tego było, dobrego, ale niezwykle emocjonującego, na koniec taka wiadomość. Radość wymieszała się ze smutkiem. Życie.
poniedziałek, 04 listopada 2013
Opowieść rzeka, końca nie widać :-)

Postanowiłam resztę relacji umieścić na obu blogach po kawałku. Fragmenty bardziej osobiste, jak się walałam po pokoju hotelowym w majtkach w poszukiwaniu plastra na pęcherze na piętach, jak również o przepaści przy fotelu dentystycznym, zamieszczam na swoim co-dzienniku, bo jednak na blogu o książkach to przesada :-)

Tutaj chciałabym się skupić na samym festiwalu. O ile w ogóle uda mi się skupić i nie latać po myślach i dygresjach jak Żyd po pustym sklepie. Emocje jeszcze we mnie są, bo nie miałam czasu ich przerobić, zostawił sobie to na później i takie tego efekty :-)

 

Zastartowaliśmy w piątek późnym południem. Najpierw obiad, pierwsze rozmowy, dla mnie jednak stres, bo wiele z tych osób, które miałam spotkać na festiwalu, znałam już w sieci, ale stara jestem i wiem, nie mam złudzeń czyli, że w sieci to jedno, a w realu inna bajka. Zdarzyło mi się kiedyś, że osoba, która dyskutuje ze mną na fejsie, minęła mnie na korytarzu PKiN podczas targów bez słowa. A moje zdjęcie nie jest podrobione, jaka gruba jestem, taka na zdjęciu pozostaję, więc co jest? Powiedziano mi, że to powszechny problem, że ludzie się nie poznają poza siecią, trochę mnie to uspokoiło, bo już myślałam, że ową osobę czymś uraziłam.

No, więc idę na obiad do restauracji hotelowej i wrzody mi się otwierają oraz kompleksy leją zimnym potem po plecach.

Spotkanie oczywiście zaprzeczyło czarnym wizjom, ale jednak jakiegoś rodzaju macanie zwiadowcze, w przenośni oczywiście, odchodziło. Może to tylko moja wyobraźnia. Jakby nie było, wejść solo do pomieszczenia pełnego znajomych nieznajomych jest trudno.

Zaraz po obiedzie mają miejsce dwa spotkania w bibliotekach, to, na które docieram, przypadkiem okazuje się być na osiedlu, gdzie wiele lat temu do szkoły chodziła moja córka, wracając zahaczam wzrokiem o przedszkole, gdzie prowadzałam syna. Wspomnienia, wspomnienia, bonus nie do kupienia nawet z Mastercard.

Często wyobrażałam sobie, jak wyglądają takie spotkania? Nigdy wcześniej nie byłam. Nie wiem, dlaczego. Czyżby kiedyś ich nie było? Atmosfera polskiej osiedlowej biblioteki, takiej w starym stylu, nie jakieś piętra, stal i komputery, przypomniała mi o mojej pierwszej, siłą rzeczy najukochańszej, na Buczka w Koszalinie. Mieściła się w starym domu jednorodzinnym, miała oszkloną werandę, która służyła za czytelnię. Spędziłam tam wiele godzin. Układ regałów w tej siedleckiej był bardzo podobny, wróciły wspomnienia, przeniosłam się w czasie. To było bardzo komfortowe uczucie, jakbym w puchu siedziała. Na spotkaniu, potem na drugim, a jeszcze później na kolacji wśród prawie wszystkich zaproszonych pisarek, miałam poczucie bycia w raju, bezkarne rozmowy o książkach do upadłego, bez zniecierpliwionych spojrzeń rozmówców, nie zdarza mi się to często.

 

Sobota zaczęła się dla mnie bardzo wcześnie. Już o ósmej zasiadłam na fotelu dentystycznym. Pewnie dlatego (bo komu by się chciało tak rano?) Mariola Zaczyńska, organizatorka festiwalu, pisarka i świetna dziennikarka siedlecka, postanowiła mnie wysłać na spotkanie z ekipą warszawskiego regionalnego ośrodka telewizyjnego. Miałam się wywnętrzyć podczas prognozy pogody. Mam widocznie słabą wyobraźnię, stąd absolutny brak tremy związanej z jakimikolwiek występami, bo ani nie wyobrażam sobie, jak fatalnie wyglądam gdziekolwiek by to nie było, czy w TV czy na scenie, ani nie mam poczucia, do ilu osób mówię, na przykład w radio. A, że jestem gaduła z bezkresnych i bezludnych plaż, to jak tylko mam okazję, ozorem mielę.

Zaraz z fotela boleściwego, wyskoczyłam na trasę i w kilka minut dotarłam na ławeczkę z Żeromskim zastygłym w brązie, czy czym tam, na głównej ulicy Siedlec. Tam już czekała ekipa, przemili ludzie na czele z chłopakiem prowadzącym tę prognozę pogody. O Bogu, marzenie teściowej mówię Wam. Młody, strzelisty, przystojny jak cholera, a do tego miły, rezolutny, bystry i jakiś taki komfortowy w obyciu. Człowiek go nie zna, a jakby znał wieki. Ekipa też cudna, ale z tymi zwierzami telewizyjnymi to różnie bywa, mógł być na przykład nafonflony.

Druty do mnie przyczepili, ustaliliśmy, o czym będziemy mówić, potem dubel, pan 'marzenie teściowej' bez uprzedzenia zmienił tok rozmowy, ale nie z nami te numery Bruner, proszę bardzo, o tym też mogę pogadać (nie wiedzieli z kim mają do czynienia, trzeba mi przywalić, żebym się zamknęła, nie na odwrót), potem zakończenie tej części wejścia z Siedlec i do domu. Jak to? Dopiero się rozkręciłam :-)

No nic, pognałam do hotelu zjeść śniadanko. Pyyysznościowe. Śniadanie, jako starter w kolejny dzień, jest moim ulubionym posiłkiem. Do tego lubię jeść wolno, więc taki układ, że jest dłuuugi stół i zawsze ktoś dochodzi, kiedy odszedł ktoś, jest dla mnie spełnieniem marzeń. A jeśli tematem głównym są książki, wydawnictwa i wszystko, co wokół tego, to w ogóle jestem w niebie (kolejny raz, aż dziw, że chodziłam po ziemi, a nie pływałam w chmurach stylem motylkowym).

 

Od jedenastej kołowrót, najpierw bicie rekordu w czytaniu. Ponad 500 osób w jednym miejscu czytało w pięknych okolicznościach przyrody. Rekord pobity!

 

 

Poniżej Dorota w oczekiwaniu na sygnał do startu czytania, z Ofiarą Polikseny w jednej ręce i aparatem w akcji w drugiej. Jej zapał do uwiecznienia tych chwil na fotografiach uratował mnie od nieposiadania ani jednego zdjęcia. Z emocji zapominałam wziąć z sobą aparat.

 

 

Zaraz potem zaczęły się panele dyskusyjne. Pierwszy o literaturze kobiecej, prowadziła go Anna Dziewit Meller.

 

 

I z oddali, żeby Wam pokazać, że sala pękała w szwach, czego wcześniej nie widziałam, bo najpierw siedziałam tyłem, a potem, w drugiej części spotkania, sami rozumiecie - pomroczność jasna :-)

 

 

 

Dyskusja jurorów i pisarzy (ta pierwsza) była niezwykle ciekawa, burzliwa, emocjonująca, co odczuliśmy na sali, i widać było, że przy stole dyskusyjnym też zawrzało. Tym bardziej mnie stres chwycił, kiedy przyszło mi poprowadzić drugą dyskusję, tym razem o blogach. Zaraz po takiej osobowości telewizyjnej, ja?  Czułam się, jakby mnie ktoś trzymał za nogę głową w dół, zwisającą z balkonu. Z drugiej strony pomyślałam, że bez przesady, to tylko spotkanie, a nie operacja na otwartym sercu (zawsze mam rozdwojenie jaźni w takich sytuacjach, panikara contra siła spokoju). Chociaż emocje drugiej dyskusji też wielkie i był moment, że serce mi stanęło z poczucia bezsilności. A wszystko dlatego, że prowadzę bloga nie z chęci zarobku, nie z chęci otrzymywania darmowych egzemplarzy, chociaż to jest miłe (nie dostaję ich zresztą wiele, głownie żebrzę dla polskiej biblioteki, dla rodaków mieszkających w moim regionie, więc nie mam wyrzutów sumienia, bo wszystko tam zanoszę, a nawet i więcej, bo kupione przez siebie również), nie dlatego, że wiem lepiej, a z pasji i żądzy obcowania z ludźmi mi podobnymi, kochającymi książki i uwielbiającymi o nich rozprawiać (bo takich wokół mam za mało). Podczas tej dyskusji zdziwiona dowiedziałam się, że są tacy, którzy w drugim tygodniu prowadzenia bloga już piszą maile z prośbami o książki, że ich notki roją się od błędów stylistycznych, ortograficznych i merytorycznych, które mogą świadczyć o tym, że książki nie czytali. Autorki obecne na sali miały wiele do zarzucenia blogom.

Stąd bezsilność, bo poczułam się ustawiona w jednym szeregu z tymi krytykowanymi i co miałabym zrobić? Udowadniać, że nie jestem wielbłądem? A może jestem? Może piszę równie gówniane wpisy i tylko wydaje mi się, że ta pasja wystarczy, żeby rozprawiać o przeczytanych pozycjach? W dyskusji brały udział inne blogerki - Agnieszka TateraMaja Sieńkowska  i Katarzyna Czajka  - dzielnie odpierały zarzuty, ale momentami gorąco było.

 

 

 

Dla dyskusji, jej atrakcyjności, temperatura akurat dobra, ale nic nie poradzę na to, że przeżyłam swoistego rodzaju szok, kiedy dowiedziałam się, że książkowa blogosfera to nie sam mniód (chociaż bywa gorzko, jak się jakieś kłótnie wdadzą, ale cóż to za swary w porównaniu do innych grup blogowych?). A myślałam, że jednak tak, o naiwności siostro moja. Czytam tylko wybrane blogi i może to stąd? Jedno jest pewne, odkąd czytuję tych i owych, wymieniać nie będę, bo jeszcze o kimś zapomnę, mój świat około-książkowy zyskał nową jakość, zawarłam wspaniałe znajomości, mam okazję czytać ciekawe, mądre wpisy o pozycjach, które chcę poznać lub nie znałam i nie wiedziałam, ze są wydane lub o takich, które również podziwiam/nie lubię i można sobie o tym pogadać. Bezcenne.

A pisarki, o czym powiedziałam na spotkaniu, powinny też wziąć pod uwagę, że czytam ich powieści i o nich piszemy, z miłości do pisarzy właśnie i nie jest to tak, że koniecznie chcemy komuś dokopać. No, ale jak coś jest słabe, to jest słabe i cóż począć? Nic nie mówić? Tylko i wyłącznie chwalić? I tak uważam, że fakt, że coś mi się nie podoba o niczym nie świadczy, tylko o moich preferencjach, bo i tak każdy pisarz ma swój 'elektorat', czytelniczki, które po prostu aż piszczą na widok nowości danego autora.

Jest też inny aspekt, brak nagród i pochwał krytyków zawodowych, często nie ma w ogóle przełożenia na czytelników, niezależnie od tego, co iksiński napisze w Polityce czy gdzie tam, fani walą do księgarń w poszukiwaniu nowego tytułu i już. Nie ma więc sensu wpadać we frustrację, trzeba robić swoje po prostu.

Wiem, każdy chciałby być doceniany, nagradzany, stanąć w szranki i wylądować na pudle (ja też), ale wygrany jest tylko jeden, czasem za wygraną nic więcej nie idzie, jednorazowa nagroda i tyle. Czytelnicy, ich wybory i fascynacje, zawsze będą, również dla mnie, wielka niewiadomą, dlaczego kupują jednych, ignorując innych równie dobrych, jeśli nie lepszych? Uważam, że najgorszy jest taki scenariusz, kiedy setkami, ba, setkami tysięcy sprzedają książki pisarze, którzy obiektywnie rzecz biorąc są po prostu słabi jak herbata babci klozetowej. I co? Rzucić piórem i pójść sprzedawać półtusze wołowe w pasku z firanki na głowie?

 

Na dzisiaj tyle. Mam wrażenie, że nigdy tej relacji nie skończę. To jeden z tych tekstów pt. "im bardziej tam zaglądał, tym bardziej go tam nie było".

 

poniedziałek, 21 października 2013
Na Kowno, tfu tfu, na 6. Piętro! Ale wcześniej na Zapiecek

 

 
Przeczytałam szybciutko tekst poprzedni, co by się nie powtarzać i wiedzieć, cóżem ja  wymodziła nocą bladą, i tak sobie myślę, że jeszcze kilka słów o Wrzeniu świata będzie, bo jest duże zainteresowanie tym miejscem.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię, kiedy obsługa, gdziekolwiek by to nie było, jest anonimowa i jak w dawnych czasach było z dziećmi - nie ma jej być widać, a słychać tylko wtedy, kiedy pytają. To się jeszcze spotęgowało odkąd mieszkam na mojej prowincji Europy, czyli w Donegalu. Tutaj wszyscy od razu są bliskimi przyjaciółmi z ekspedientką czy kelnerką, a z barmanem to już mus, żeby to był nawet pierwszy i ostatni pobyt w danej jednostce piwo-dajnej.  Kilkanaście lat tu już mieszkam, całkiem naturalne jest dla mnie więc, swobodne rozmawianie z obsługą kawiarni, ale nie tylko, z ludźmi wokół też. Druga natura (nie)stety. Tym razem ofiarą padła Pani za ladą we 'Wrzeniu świata' właśnie, jak również przypadkowy biedak przy stoliku obok (nie Wojciech Tochman, mowa o stoliku po drugiej stronie mojego). Tam wygodnie rozłożył się z gazetą i kawą pewien - zakładam zawsze, że miły - pan.
Pisałam już wcześniej, że byłam w amoku, a wiadomo, że taki stan potęguje wrodzone gadulstwo, u mnie już i tak z cugli spuszczone przez irlandzkie zwyczaje. Kiedy się rozkładałyśmy przy stoliku, a to jednym, a to drugim, bo nie mogłam się zdecydować gdzie nam będzie wygodniej, zakładając, że Ania do nas dojdzie, tokowałam swobodnie do Pani przy ekspresie, do pana przy kawie, do półki z książkami (nie przeszkadzają mi nieożywieni słuchacze), jak również do drugiego pana za ladą. Pani okazała się nie tylko prześliczna, o zniewalającym uśmiechu, ale cierpliwa i jakby to ująć - interaktywna. Odpowiadała czyli na to, co ja tam zagajałam. Pan z kawą za to, nadal zakładam, że miły, był chyba głuchoniemy, bo nie mogłam z niego wymusić żadnej werbalnej interakcji. Nawet był moment, że poczyniłam uwagę, że chyba jednak usadzimy się oddalone nieco od tego pana, bo my będziemy rozmawiać, a on pewnie chce w spokoju gazetę poczytać. To taki można powiedzieć oksymoron życzeniowy, bo przy babie w amoku spokoju już nie ma, to chyba jasne. Już mógł coś powiedzieć wtedy, Irlandczyk dawno odpuścił by sobie tę gazetę, połączył stoliki i gadka byłaby w większym gronie. No, ale w Polsce byłam, nie wymagałam aż takiej odmiany mentalności, ale jakiś uśmiech jednak, mrugnięcie okiem, nóż w plecy, co-kol-wiek, by się przydały. NIC. To mnie trochę wytrąciło z równowagi, ale trzeba być twardym nie miętkim, Pani oraz dziewczyny musiały mi wystarczyć. Drugi Pan za ladą, który przygotowywał wielce intrygujące napoje (niech ktoś się tam uda i mi powie, co to było?), wlewając do szklanki miodu i coś tam jeszcze zielonego pływało, był wzruszająco, po hipstersku nabzdyczony. Taka pani z baru mlecznego z Misia, ale w wydaniu niezwykle przystojnie męskim, do tego świetnie ubranym. Miał mi ściągnąć książkę z wysokiej półki, co się przedtem nawzdychał to jego, niezwykle zajęty był przy tych napojach, poważnie, jak bum cyk cyk, więc mu kością, a raczej upierdliwym gościem w gardle stałam. Potem się z Dorotą bałyśmy tej książki nie kupić, bo wiecie, podał - proszszsz - a jak na darmo ten trud, to opieprz jak nic. Ryzyko było wielkie :-)
Jednak odłożyłam, bo ta 'Czerwona księżniczka' ciężka, a ja jednak tylko podręczny bagaż miałam.
Niech Was ten opis sytuacji nie zmyli (kurczę, słowa są czasem bezsilne, nie chcę, zeby mi ktoś zarzucił, ze krytykuję i odradzam), tam jest świetna atmosfera, a podobno częste wizyty panów właścicieli, to, że się tam kręcą i nadają energii, jest bonusem nie do przecenienia, czego i ja doświadczyłam. Nawet jest takie wrażenie, że jak oni się tam tak swobodnie czują, wchodzą za ladę, do stolika, witają kogoś, żegnają, telefony dzwonią, ktoś w szybę puka, cmok cmok, zajrzyj znowu, to jest wrażenie, jakby się człowiek jakimś cudem, przez przypadek, im do domu zaplątał i na chwilę został. Polecam.




No, ale miało być o dalszych losach Kasi na warszawskich dróżkach, a raczej trotuarach.
Podczas kupowania Gazety Wyborczej z Dużym Formatem, bo to czwartek był i cudem tylko nie zapomniałam o jej kupieniu (kto by myślał o tym, jaki dzień tygodnia, na urlopie), a przypomniało mi się tylko dlatego, że Mariusz Szczygieł wziął od kogoś DF na chwilę i na moich oczach rozłożył do czytania, czyli znowu Wrzenie (dlaczego tam nie można GW ani żadnej innej gazety kupić?), wpadłam na diabelski pomysł, że można by do jakiegoś teatru skoczyć. Diabelski, bo ja niesiona adrenaliną, ale Dorota pewnie była bliska zejścia z powodu moich pomysłów. Rzuciłam torby na jakieś krzesła stojące przed kawiarnią na chodniku i niecierpliwie zaczęłam szukać, co grają na deskach warszawskich. Z GW, a potem okazało się, że z innych też, mogłoby się wydawać, że nic nie grają, że stolica straciła wszystkie teatry, bo nic o nich i spektaklach w gazecie nie było. Pędem z powrotem do Empiku, tam przegląd prasy na stojąco, zmiotłam przy okazji jakieś gumy i inne żujki, nic nie ma, wymiotło, nieczynne? Pytam pani za ladą, ale tam taki mniej więcej poziom interakcji werbalnej jak u tego pana przy stoliku obok wcześniej, czyli zero. Dorota przejęta dzwoni do syna, niech nam w sieci sprawdzi, muzyka w tym Empiku gra, ochroniarz wydziera się do mikrofonu na cyckach, że jakaś czekolada rozdeptana leży na półpiętrze, czy ona kradziona i w części skonsumowana czy kupiona? - a my na środku tego - mnie się wydawało, pandemonium - zapytowywujemy o spektakl. Chciałam do Polonii, ale tam coś grali nie tak, więc jak tylko usłyszałam, że w PKiN grają 'Fredrę dla dorosłych - mężów i żon', zakrzyknęłam, niech się chłop więcej nie męczy (wiadomo, jak matka o coś prosi, to można sobie w łeb strzelić, taki to trud, mam w domu syna, to wiem), BINGO! No, ale my o suchym pysku od kilku godzin jesteśmy, więc kiedy po skomplikowanych obliczeniach, bo mi się pomerdało, czy ja mam czas polski, czy irlandzki i która właściwie jest godzina, wyszło, że możemy tylko gdzieś po drodze zasiąść na jedzenie, na jakieś kluczenie po mieście czasu nie ma. Padło na 'Zapiecek', bo jak zobaczyłam pierogi i barszcz, to się we mnie Polak mały, kto Ty jesteś, obudził.
Tam mi się znowu gaduła włączyła, ale lekko, bo jednak na swoich błędach się uczę. Panie przemiłe, młodziutkie (gdzie się ludzie 40+ w handlu i gastronomii podziali?), jedzenie pyszne (ruskie orkiszowe cudne), książki nam robiły za dekoracje, więc dalej w klimacie, ale miseczka barszczu z czterema uszkami mię trochę zeźliła. Ze 300 ml tam tej czerwonej wody, uszka 4, nie pamiętam ceny, ale bez przesady, za wodę dychę czy nawet więcej to jednak przegięcie. Zapytałam kelnerkę, czy to norma, czy coś uwagę, jakiś przebiegający szczur na przykład, kucharki odwróciło i dała tylko część uszek? Pani powiedziała, ze powinno być 6 i poszła. Oświadczam wcale nie uroczyście, ale stanowczo za to, są mi winni 2 uszka.
Na koniec zgrzyt, bo okazało się, że nie możemy zapłacić oddzielnie. Nie, bo nie. Trzeba by wołać managera, ale jest zbyt wielki ruch i nie. Wydaje mi się, że takie coś w centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, gdzie pełno obcokrajowców, nie powinno mieć miejsca. Zagranicą bardzo często chodzi się jadać dużą grupą, a płaci się oddzielnie.
Jak tylko wyszłyśmy, z siatami, z obłędem ponaglenia czasowego w oczach, pognałyśmy w kierunku autobusu w stronę teatru. Trzeba Wam wiedzieć, że moja durnota osiągnęła wyżyny w dzień wyjazdu do Polski, kiedy to z powodu mizerii mojej walizki, postanowiłam jechać w nowych butach i nie brać żadnych innych. Kilkanaście godzin dnia poprzedniego, potem cały kolejny dzień na nogach, zaowocowało pęcherzami, co spowodowało taki oto obrazek, że kiedy rzuciłam hasło - na Kowno! - tułów pognał do przodu, nogi zostały w tyle, bo jednak enough is enough, czyli będzie tego.
Musiałam jakoś dać radę, autobus pomógł, a potem to już zęby zacisnęłam i na to Kowno pognałam. Biletów nie miałyśmy. Wpadam Ci ja krakowianka jedna to kasy i dysząc oraz jęcząc, bo te buty..., proszę o 2 bilety na teraz. Pani w kasie odpowiada - u nas nie ma, ale zapraszamy do teatru. Zdębiałam. Jak to nie ma, o Boże, ja z tak daleka. Pani na to, że nic nie poradzi, nawet nie wie, czy jeszcze czynny, a one tutaj zapraszają do teatru. Po raz drugi zgłupiałam, jak to nie ma, nieczynny, ale zapraszają??? Okazało się, że panie myślały, że proszę o bilety na taras, a nie na teraz. Cud się stał pewnego dnia, dostałyśmy dwa bilety i dotarłyśmy na nasze miejsca na całe 5 minut przed czasem. Po czym czekaliśmy jeszcze na jakąś grupę ludzi, którzy się spóźniali.
Ku mojemu zaskoczeniu sala pełna. Tyle to już grają, czwartek, no no.
Sztuka świetna, zasłużenie tak chwalona i z dobrymi recenzjami. Zaskoczenie, bo tekst fredrowski, ale scenografia, kostiumy, zachowanie na wskroś współczesne. A tekst nadal aktualny, niebywałe.
Fraszyńska, Żebrowski, Darocha i Książkiewicz grali, dobrze, że zamiast tej ostatniej nie było Liszowskiej (grała chyba wcześniej ona), bo bym nie zdzierżyła, a tak nic mi nie przeszkadzało, a pan Darocha, którego w ogóle nie znam, miło zaskoczył.
Sztuka jest o związkach, tutaj oczywiście dużo zamieszania, mąż ma kochankę, żona ma kochanka, kochanek jest też kochankiem kochanki, wyszedł oknem, wrócił drzwiami, jak to w teatrze. Męża żona mierzi i w ogóle nie pociąga, nudzi poza tym, służka to co innego. Żona znajduje sobie inny obiekt westchnień, mąż jej do niczego niepotrzebny. Nic nie jest takie, jakim się zdaje, oczywiście w którymś momencie musi się wydać. Dużo śmiechu, farsa to przecież. I tak się wszyscy zaśmiewaliśmy, aż przychodzi ostatnia scena, mąż z żoną zostają sami, wszelkie gierki i mistyfikacje zakończone, on ogląda telewizję, ona coś tam w sieci szuka, on przełącza kanały, nie to, nie to, wyłącza odbiornik i zapodaje muzykę, a tam jak na złość Celine Dion o miłości śpiewa, jak tylko ona potrafi. Mąż podejmuje decyzję, podchodzi do żony i jakoś tak niezdarnie ją do tańca prosi. Potem jeszcze bardziej niezdarnie próbuje z nią tańczyć, nie potrafią być blisko. Śmieszne te ich próby, ale ja już się nie śmieję, bo widzę, jak im ciężko idzie to zbliżenie, muszą się siebie uczyć, bo człowiek przecież bez miłości żyć nie umie, a mają tylko siebie. Powoli, powoli udaje im się jakoś chwilę objąć, potem mocniej i ... koniec spektaklu. Wszyscy wokół się śmieją, a ja płaczę. Tak się wzruszyłam, bo to takie prawdziwe było. Ileż jest takich małżeństw dookoła. Na szczęście nie moje, pomyślałam w duchu. Zanim światło zapalili musiałam jakoś łzy z powrotem do oczu wcisnąć, bo głupio tak.
Ukłony, kosze kwiatów, okazało się, że to był 300. spektakl. Dodatkowo zapisze się w moje pamięci.
Co za noc, co za wspaniały dzień :-)

O Bogu, jaki długi wpis, ktoś tu dotarł?
piątek, 18 października 2013
Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał

Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej. 

No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było. 

Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę. 

 

Wyróżnione zostały:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'

Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'

Aneta Borowiec za 'Wilczyce'

Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'

Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali. 

 

Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje. 

 

Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba. 

Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'. 

Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.

Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. 

Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce? 

W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę

 

 

O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach. 

poniedziałek, 22 lipca 2013
Dzień, w którym uśmierciłam Pilcha

Przeglądałam dzisiaj zdjęcia z ostatniego czasu, ściągnęłam z komórki, bo sobie jakieś coś pstrykałam i zapomniałam (zwykle komórki do tego nie używam, staroświecka jestem, Insagramów nie używam). 

No i dobrze, bo mi się przypomniało, że ja Pilcha pewnej soboty uśmierciłam i Wam o tym nie doniosłam. 

A było to tak.

Jadę ja sobie do rodziny z miejsca A do miejsca B autobusem prywatnym odjeżdżającym z dworca PKS. Sobota jest, a więc Wyborcza z Obcasami. Długo, miesiącami, jak nie latami, wyczekiwany moment, że sobie jak człowiek kupię papierową gazetę i poczytam, a nie jak jakiś głupek z ekranu komputera fragmenty, bo kupować e-wydania nie będę, skoro już czytanie tych fragmentów na ekranie mnie wkurza.

Zmierzam w kierunku jakiejś takiej dziwnej dziupli, co ni kiosk, ni sklep, okna ma, ale wygląda jak batyskaf wyrzucony na chodnik przez kosmitów. Albo jak ten nurek, co go helikopter gaszący pożar lasu nabrał wraz z wodą do zbiornika i zrzucił na ten las, a potem nie mogli dojść, skąd nurek w pełnym oprzyrządowaniu i piance, w środku zgaszonego lasu, daaaaleko od wody. 

Dygresja taka mała.

Idę i już z daleka widzę to

 

 

Pusta ulica, ja i to okno w gazetę ubrane i ta okładka. 

Nie wytrzymałam nerwowo, bo już i tak moje nerwy na postronkach miałam i w krzyk - No nie mogę, jeszcze i to? Mało się chrzani, jeszcze Pilch umarł. I w lament. Ludzie się zatrzymują, a ja stoję i palcem dzióbię w środek czoła Pilcha, pokazując ludziom stojącym wokół, że ktoś bliski mi zmarł. 

Oni nic. Jeden pan tylko sobie w nosie zaczął dłubać.

No mię ta znieczulica społeczna wkurzyła i do siebie tak, ale żeby słyszeli, że taki człowiek odchodzi, a oni stoją i nic. Panie Michale, larum grają i w ten deseń, ale już bardziej do siebie, bo jednak domy bez klamek mi niemiłe. 

Wchodzę do tej puszki nagrzanej, kupuję gazetę, otwieram łapczywie i co? Wywiad z Pilchem. 

Wywiad z żyjącym Pilchem ze zbyt żywotną ręką, która mi się w tamtym momencie wydała okazem żywotności wielce pożądanym. 

Powiedzieć, że się ucieszyłam, to nic nie powiedzieć. 

poniedziałek, 01 lipca 2013
Trudne powroty, ale w walizce jak zwykle słodki ciężar

Niestety już tak jest, że moje wyjazdy i powroty są trudne. Ciągnąć tego wątku nie będę, jest tak i już. Tym razem wyjechana byłam jedynie z bagażem podręcznym, więc od razu wiedziałam, że marne szanse na jakiekolwiek zakupy. Zresztą nie miałam też i nastroju na buszowanie po regałach. No, ale nastrój to jedno, a druga natura człowieka to co innego. Oczywiście weszłam do kilku księgarń, żeby się trochę uspokoić, myśli zebrać, w okładkach ukojenia szukać. 

Byłam w empiku, dwóch Matrasach i jednej takiej małej księgarence, o której napiszę oddzielnie. 

Empik jak to Empik, chociaż ten inny jakiś, bo mały. W centrum Koszalina, niedaleko Domku Kata, na skraju zieloności parkowej miasta, można by sobie od razu na ławeczce z książką przysiąść, jeśli taka wola i czas pozwala. I menele, bo jak ci się w jakimś kątku zadomowią, to już po ptakach. Nie wiem, czy ja tego wcześniej nie widziałam, czy faktycznie jest ich więcej, ale wydawało mi się, że opanowali miasto. W upał ubrani w wełniane czapki lub takie z daszkiem jakieś zeszmelcowane, w kurtkach, z reklamówkami, wszędzie gdzie okiem nie rzucić. Więc lepiej nie rzucać :-)

Wracając do Empiku - obsługa młoda, przemiła i do tego niezwykle dowcipny chłopak, który mnie wkręcił, że za reklamówkę muszę zapłacić 7 zł. Na czole mam chyba wypisane, że naiwniak spoza Polski. Wzięłam to na poważnie i aż mi szczęka opadła, ale zaraz zaczął się śmiać, więc się zorientowałam. Tym razem nie było pana z ochrony, który z oddechem na karku podąża za kupującymi. Czy to za wcześnie, czy nie było potrzeby? 

Zaraz obok mieści się księgarnia Matras. Nie wiem, co tam jest nie tak, ale mieści się w miejscu, gdzie odkąd pamiętam były książki sprzedawane i wtedy lubiłam to miejsce, a teraz wchodzi się tam i jakieś napięcie dziwne. Niby niczego konkretnie złego nie można się doszukać, ale jakaś taka niechęć do asortymentu tam panuje. Panie stoją za ladą, jak coś zapytać, to ugrzecznione, ale serca to one do tego fachu księgarskiego nie mają. Równie dobrze mogłyby tam być buty czy krawaty, może nawet by wolały. A może jakieś kłopoty firma przechodzi, dostały złą wiadomość, obcięli pensje? Nie wiem, ale byłam tam rok temu, dwa lata temu i też tak sztywno i jakoś niezręcznie było. 

Za to w Matrasie w centrum handlowym Atrium wręcz przeciwnie - babki świetne. Bystre oko mola zaraz wyczuło 'swojego'. Od razu poczułam się 'jak w domu', nie było nikogo innego, można było pogawędzić o książkach. Gdyby nie moje ograniczenie bagażowe, pewnie bym tam dużo pieniędzy zostawiła. Wrócę na pewno. O trzeciej napiszę oddzielnie, bo to dłuższa opowieść o jednej z ostatnich, wprawdzie w sieci, ale jakby niezależnych księgarni. 

Zakupów miało nie być, ale właśnie w tej ostatniej się nie oparłam tej oto książce

 

 

Jakże bym mogła? Przeczytałam kilka pierwszych zdań i nie było takiej siły, żebym jej ze sobą do domu nie zabrała.

Wiedziałam, że na wsi u rodziny męża czekają na mnie dwie książki, szykowałam na nie miejsce

 

 

Kochana Paula odsprzedała mi pierwszy tom Mojego życia z książką Rabskiej. Tak trudno mi było dokupić początek do drugiego, który już od prawie dwóch lat stoi na półce. Wreszcie mam. 

A do tego wydawnictwo Bukowy Las wysłało dla mnie swoją nowość wydawniczą - książkę o Przybyszewskiej. Na FB poprosiłam i jest :-) Już podczytałam w autobusie, wygląda na to, że hit!

 

 

I to miał być już koniec. Przecież miejsca nie miałam. Ale przyjaciel jak zwykle obdarował mnie dwoma książkami. Marku wybacz, ale Katarzynę Wielką już posiadam, więc mi wymieniono na Kobiet Władzy PRL. Towarzyszka panienka to było moje marzenie, odłożyłam, bo wiadomo.  Ale i tak mnie znalazła :-) Już przeczytana, niedługo o niej napiszę.

 

 

U mamy podczas porządków znalazłam dwie książki ukochanej przeze mnie i mamę Stefanii Grodzieńskiej. Kupiłam je kiedyś na urodziny mamie, ale ona już nie poczyta, bo straciła zdolność do tego (to musi być straszne), nie miałaby też cierpliwości, żeby słuchać czytanej książki, więc je zabrałam ze sobą. Jakby co (nadzieja zawsze umiera ostatnia) zawiozę z powrotem

 

 

Już w tym momencie nie wiedziałam zupełnie, jak ja się spakuję? Tym bardziej, że miałam już kupioną 'Panią', gdzie był wywiad z Janem Jakubem Kolskim, 'Twój Styl', bo widziałam, że tam wiele ciekawych artykułów i wywiad z Pilchem, do tego 'Wysokie Obcasy Extra', bo cały ciekawy numer (felieton prof.Mikołejki i o Dorocie Wellman) i nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Zawsze sobie obiecuję, a potem jak jakaś przemytniczka mięsa z okupowanej Warszawy, jadę wyładowana książkami w kieszeniach kurtki. Niosę ją pod pacha i palę głupa jak mój pies Franek, że to nie ja.

Przed samym wyjazdem pobiegłam jeszcze do kiosku po Wyborczą z Dużym Formatem i co widzę od wejścia? 

 

 

 

Zacukałam się, bo nie znam tej powieści Fleszarowej-Muskat. Zrobiłam dzióbka i uruchomiłam proces myślowy, jak to możliwe, przecież mam wszystkie... i nagle mnie olśniło - niżej w tym różowym kółku przecież napisane, że to Biografia pisarki. Odwaliłam indiański taniec w tym kioseczku, napchanym rajstopami, pieluchami, gazetami, proszkami do prania, kołami dmuchanymi i czym tam jeszcze, sami sobie dopowiedzcie. Oczywiście zanabyłam drogą kupna i taka byłam rozemocjonowana, że dopiero w domu, za późno, zorientowałam się, że nie kupiłam Wyborczej z upragnionym DF. Ale skucha. 

Spakowałam to wszystko i tylko się zastanawiałam, jak sobie poradzę, kiedy zważą ten bagaż? Jechałam dwie godziny na lotnisko i zaklinałam rzeczywistość. 

Mole czasem mają szczęście, przeszłam, ale tyle nerwów mnie to kosztowało, że cały lot przespałam. W Dublinie czekały na mnie jeszcze dwie książeczki, daaaawno kupione na Allegro, przywiezione przez przyjaciółkę córki, dwie z czterech w serii (ukochane klimaty)

 

 

A w domu czekała przesłana przez autorkę dla polskiej biblioteki powieść - dziękujemy

 

 

 

 Najpierw musiałam odreagować pobyt, stres, trochę wylizać rany, ale po dwóch dniach rozłożyłam się ze stosikiem na łóżku i z godzinę przeglądałam, podczytywałam, cieszyłam się po prostu. Tak oto postanowienia nie kupowania wyglądają w praktyce. Wprawdzie kupiona jedna, ale przytargane kilka.

 

 

A że nie samym i książkami człowiek żyje, przywiozłam też film, przyjaciele mi sprezentowali, bo jęczałam, że nie widziałam. Teraz leży obok telewizora, a ja się boję go obejrzeć. Zawsze tak mam ze Smarzowskim, trudna miłość :-)

 

 

To by było na tyle. Mam dużo książek do opisania, postaram się nie opuszczać w blogowaniu. Miałam blokadę po wyjeździe, nie miałam w sobie słów, a tam nic nie czytałam, nie mogłam jakoś. Starałam się być na bieżąco z prasą. Zazdroszczę Polakom dzienników, prasy w ogóle. Wyborcza niezwykle ciekawa, a już sobotnia z Wysokimi Obcasami szczególnie. Czwartkowego wydania nie udało mi się kupić, raz za późno poszłam do sklepu, a drugi czwartek opisałam wyżej. Jeden miałam tylko problem, nie wzięłam okularów i pierwszy raz w życiu miałam problem (do tej pory mogłam i bez tego od biedy), litery malutkie, szare, a w magazynach takich jak np. Papermint czy WO Extra druk na obrazkach, częściowo 'zaburzony' jakimiś cudami na kiju, do tego szary, czcionka zmieniana, raz pochyła, raz inna, nie dało rady. Pierwszy raz mi przyszło do głowy, że przyjdzie mi się przeprosić z wersjami na Kindla i będę musiała z czasem kupować takie. Żal, bo lubię papier, zapach druku i nie będzie już to samo, jakkolwiek by mi ktoś nie imputował, że chodzi głównie o treść. Może teraz młodzi tak na to patrzą, ale ja mam jeszcze nawyki - kawa, rogalik, i gazeta w rękach, a nie tablet, nie Kindle. Ech, westchnęła i oddaliła się w stronę zachodzącego słońca...



poniedziałek, 22 kwietnia 2013
O kant tyłka potłuc akcje, kiedy znikąd pomocy

Czytanie pod chmurką, pięć minut dla książki, cała Polska czyta dzieciom - to nic nie da.

Taka prawda. Dziwimy się, że czytelnictwo spada, że więcej niż połowa Polaków nie miała w ręku książki w zeszłym roku, a z pozostałej połowy może mieli jedną - 50 twarzy Greya jak znam życie. I w tym roku będą mieli dwie, czyli dwieście procent normy - kolejne dwa tomy o twarzowym kochasiu trzeba przecież doczytać.
Szukamy winnych, że dom, że szkoła, że lektury do niczego, że za drogie książki. Sraty-taty. Książki są w bibliotekach, jak ktoś jest molem książkowym, to sobie butów odmówi, a książkę kupi. W końcu nie ma takiej biedy, jak to bywało kiedyś, a wtedy czytało się więcej.
Jest telewizja, jest internet - powiecie, młodzież woli kulturę obrazkowa, nie ma cierpliwości skupić się na dłuższym tekście... No to cała Polska czyta dzieciom, to ma coś zmienić.
Pewnie, te wszystkie 'ruchy w rajstopach' pozwalają jakoś książce utrzymywać nos ponad powierzchnią wody, ale i tak czarno to widzą eksperci od tego sektora.

Od jakiegoś czasu, mając na uwadze te wszystkie argumenty prowadzę 'badania w terenie', czyli tropię ślady książki w mediach i albo Siuks ze mnie marny, albo marnie z tymi śladami.
Od razu pomijam programy typu Xięgarnia, Hala Odlotów, Sztuka czytania, Hurtownia książek - one są dla niszowej grupy robione, albo nocą puszczane, ale kiedy nikogo nie ma w domu, albo mówią tam takim językiem, że może ze 2 procent ludzi to rozumie. Taka prawda. Robi się tam z książki i czytelnictwa zajęcie dla wybranych, nielicznych, inteligencji, ale też takiej z podziemia. Marynarki tweedowe, swetry na drutach półsłupami, albo pulowerki w serki i spróbujmy użyć jak najwięcej wyrazów ze słownika Kopalińskiego w jednym zdaniu. I wszyscy w okularach, oczy 'zjedli' czytając.
Żeby było jasne - nie krytykuję, próbuję na to spojrzeć oczami statystycznego Kowalskiego czy Kwiatkowskiej. Uwielbiam Halę Odlotów, oglądam z nabożeństwem każdy odcinek (nie tylko o książkach tam mówią), zresztą każdy program o literaturze śledzę. Po ciekawym odcinku staram się zachęcać do obejrzenia powtórki, mozolnie lajkuję, udostępniam i rozpowiadam, ale wiem, że to i tak interesuje nielicznych.
Telewizja ma moc. Może wypromować piosenkarza bez poczucia rytmu to książki by nie dała rady? A lokowanie produktu, wiem płacą za reklamę, ale skoro tak się wszyscy martwią poziomem czytelnictwa, nie można by za darmo, pro publico bono, lokować książki w programach telewizyjnych i serialach?
Wspomniane 'badania w terenie' obejmowały śledzenie uważne różnych produkcji i wyławianie obecności książki, jako czegoś zwykłego, używanego codziennie do czytania (podkreślam, bo można by jako podpórki lub podkładki pod garnek). Nie ma. Gdyby to łowienie dotyczyło ryb na obiad, z głodu bym zdechła w imię kultury.
Ani 'Klan', ani 'Barwy szczęścia', 'M jak Miłość', 'Na Wspólnej' (kilka gdzieś tam w tle między wazonikami) 'Przyjaciółki', 'Ojciec Mateusz' (poza brewiarzem), 'Komisarz Alex', Agata co ma prawo, Lekarze, Na dobre i na złe, wszystko co tam w programie teraz jest - z lupą oglądałam i nigdzie żadnej biblioteczki, bohatera odpoczywającego przy książce, czytającego w kawiarni w oczekiwaniu na koleżankę czy chłopaka, ludzi w autobusie z książką, na ławce z książką, u żadnej dziewczyny w torebce książki - nie ma. Książka została wyrugowana z codzienności telewizyjnej. W serialu Przepis na życie było, o 'W poszukiwaniu straconego czasu' i 'Ulissesie', ale potem się okazało, że to taki kawał, facet sobie z jednej babki jaja robił, a ona durna czytała to wszystko, żeby mu zaimponować. No pewnie, co za pomysł przeczytać książkę! Do garów! Ewentualnie podziwiać faceta.
A jak Magda Gessler wylądowała kiedyś w restauracji, gdzie książki stanowiły tło dla serwowanych dań, nie mogła opanować wyrazu niesmaku na taki wystrój, natychmiast skrytykowała.
Raz przeczytałam w prasie, że będzie serial o młodych ludziach, którzy otworzyli razem księgarnię. Napaliłam się jak budowlaniec Radomskich, a jak przyszło co do czego, to o książkach i księgarni tam najmniej było, głównie ekspres do kawy pokazywali, poza tym oczywiście 'o życiu, a rano zrobimy jajecznicę' - szybko zdjęli z anteny. Dobrze im tak, ludzi tak w konia robić.
Programy poranne - czasem, przy okazji promocji książki, można zobaczyć pisarza. Raz w tygodniu Anna Dziewit Meller opowiada o nowościach w Dzień Dobry TVN, ale na kanapę nie zaproszą pisarza. Modelki, piosenkarzy, aktorów zapraszają. Sportowcy proszę bardzo, z fanfarami. Panie robiące na drutach i szyjące poduszki, fryzjerzy, kreatorzy mody oczywiście. Prezenterów radiowych ewentualnie też. Byli i obecni mężowie, porzucone żony, niekochane córki - wszyscy mają zawody dalekie od pisania. Czasami dziennikarka jest. A dlaczego pisarka czy pisarz nie mogliby przyjść i pogadać o swoim dzieciństwie, o wyborze samochodu, o chodzeniu na obcasach, nawet dwa razy w tygodniu. I nie w koło Macieju Grochola i Kalicińska, skądinąd świetne babki, ale przecież nie jedyne pisarki, ale więcej i z różnej półki. Dla jednych prof. Mikołejko i Pilch, dla innych Zaczyńska, Ulatowska czy wspomniana Grochola. A może Miłoszewski i Wroński. A jak o Paryżu w lecie to może Gutowską-Adamczyk z Martą Orzeszyną zaprosić, a nie tancerza, co tam właśnie brylował. Mamy wielu pisarzy w Polsce, w innych krajach się ich hołubi, zaprasza, wypytuje, w radio chociażby telefonicznie, a u nas rajdowiec, hodowca koni, skrzywdzony prezenter, porzucona żona Ibisza są gwiazdami. Wiecznie ci sami do tego.
Czasem zapraszana gwiazda przyznaje, że napisała książkę i wtedy jest to tak dziwne, jakby puściła bąka w towarzystwie. Do tego się kryguje, że może nie jakiś cud miód, ale za to szczerze. Jakby to wstydliwa przypadłość była.
Prasa o książkach trudna do kupienia, sama tego doświadczam, kiedy spędzam tydzień w Polsce i chcę wszystko na raz skompletować. Albo proszę kogoś o zakup w kraju i dostaję doniesienia z placu boju - byłam w empiku, Matrasie i nie ma, ale jeszcze lecę na dworzec, bo tam podobno dobry kiosk i pan Kazimierz ma wszystko. Nawet raz dzwoniłam do Agory, żeby mi Pani z działu dystrybucji powiedziała, gdzie kupić w takiej jednej małej miejscowości, bo koleżanki matka z balkonikiem po mieście posuwa i nigdzie nie ma, a wrócić do domu z pustymi rękami nie chce, bo się podjęła zakupu. Mission impossible cholera.
Kochani, chodzi mi o to, żeby książka nie była dla wybranych, tylko dla mądrych, tylko dla uczonych, żeby zauważyć, że są też panie kucharki, które zaczytują się w Sadze Ludzi Lodu, stolarze, którzy lubią Cobena, kierowcy zachwyceni nowym Krajewskim, zwykłe kobiety, które czytają powieści obyczajowe i żeby nie wpędzać tych ludzi w poczucie winy i że są czytelniczymi diskopolowcami. Żeby pisarze byli obecni w naszym życiu, książki równie często pokazywane jak kolejne modele komórek. Niech serialowe domy zostaną wyposażone w biblioteczki, Mostowiakowa poleca sklepowej nową powieść Michalak, niech facet wspomni, że nowy Pilch wymiata, niech ktoś się zachwyci biografią Kaliny Jędrusik, a dziecko idzie z ojcem za rękę i ma pod pachą bajki pana Perraulta. Przywróćcie książkę polskiej codzienności, wy - twórcy seriali, filmów, programów i reklam. Czytanie jak na razie zeszło do podziemia i to tak głęboko, że tylko blogerzy się podniecają kolejnymi wydawnictwami. Blogerzy - wyśmiewani przez prawdziwych krytyków, ale to oni właśnie dostają gorączki na wieść o Kronosie Gombrowicza, skrzykują się na targi, spotykają się przy wymiankach, zawzięcie dyskutują mailowo.
Ludziom czasem trzeba wskazać, jak żyć. Jeśli telewizja wywaliła ze swojej świadomości czytanie i książki, to jak można się spodziewać, że kolejne pokolenia będą po nie sięgać?
O i tak sobie pomstuję z okazji Międzynarodowego Dnia Książki.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!