O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
piątek, 18 października 2013
Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał

Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej. 

No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było. 

Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę. 

 

Wyróżnione zostały:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'

Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'

Aneta Borowiec za 'Wilczyce'

Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'

Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali. 

 

Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje. 

 

Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba. 

Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'. 

Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.

Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. 

Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce? 

W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę

 

 

O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach. 

wtorek, 01 października 2013
Telefony do przyjaciela, czyli podręczny wehikuł czasu

Lubię czasem przenieść się w czasie do lat młodzieńczych. Prawie fizycznie czuję, że nie jestem wcale tu i teraz, a siedzę w fotelu w czasie, który nazywa się 'kiedyś'. Nie wiem, dlaczego zawsze to jest zimowy czas około-stan-wojenny, albo plaża w Mielnie czy Łebie koniec lat osiemdziesiątych.

A dlaczego tak?

Dzieją się te cuda, kiedy decyduję się na przeczytanie książki młodzieżowej. Teraz rzadziej, ale kiedy córka była młodsza, czytałyśmy te same książki (no prawie, bo wampiry i fantasy o smokach mnie ominęły), siłą rzeczy częściej przenosiłam się w czasie.

Kiedyś czytanie było daleko ważniejszą czynnością dla nas, niż teraz dla młodych, nic dziwnego, bo komputer, internet, sto programów telewizyjnych, u nas dodatkowo wszystko podwojone, bo w dwóch językach oferta, to wszystko rozprasza, a czasu tyle samo.

 

Dostałam do biblioteki książkę Anny Łaciny 'Telefony do przyjaciela' i nie mogłam się jej oprzeć. Okładka mnie przyciągała, ma w sobie nowoczesność połączoną ze stylem vintage.

 

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, gdyż nie czytałam wcześniej recenzji, ani nawet nie zerknęłam na notkę z tyłu. Dałam się więc zaskoczyć, że to jest historia rodzinna z niepełnosprawnością w tle. A raczej z wieloma rodzajami niepełnosprawności, bo czyż nie jest tak, ze ludzie z pozoru sprawni, nie wpędzają się w różne ograniczenia?

Główne bohaterki to Ania i Marzena. Ania mniej przebojowa, zapalona i dobra szachistka, zna się na komputerach, nie bardzo lubi ruch i duże wydatkowanie energii. Marzena odwrotnie, typ sportowy, uwielbia żeglować, energiczna, śmiała, ale też i starsza, przez to bardziej dojrzała, wie, co ważne.

Obie wpadają w zawirowania uczuciowe, najgorsze, że w tych meandrach miłości / lubienia / czy raczej kto-wie-co-się-z-tego-wykluje, z czasem okazuje się, że uczucie może dotyczyć tego samego chłopaka.

Nie, to nie jest spoiler, dzieje się tam o wiele więcej, nic nie jest takie oczywiste, a dochodzenie metodą prób i błędów do jako takiej pewności właściwie obranej drogi (czy kiedykolwiek można być tego naprawdę pewnym?) przedstawione jest ciekawie i emocjonująco.  Nic więcej nie powiem, tylko tyle, że niecierpliwie przewracałam kartki, w każdej wolnej chwili podczytywałam chociaż stroniczkę, żeby wiedzieć, co dalej? I te zwroty akcji!

No i znajome pierwiastki podkręciły jeszcze moje uwielbienie dla tej powieści, bo znam Smocze Pole, znam hodowlę wspaniałych piesków rasy Pomeranian, a jedna z postaci szczyciła się właśnie jednym z nich. Poza tym podobała mi się rodzina, dziadkowie konkretnie. Atmosfera tego domu, ich charaktery, cóż z tego, że nie zdarza się to zbyt często, w każdym razie nie było  moim udziałem, ale mam nadzieję stworzyć kiedyś taką babciowo-dziadkową przystań dla swoich wnuków. Uczę się z książek :-)

Polecam nie tylko młodzieży. Po prostu nie można się oderwać.

czwartek, 26 września 2013
Niech jaskółki krytykują spółki, ale czasem spróbować warto. Wszystko gra!

 

Ociągałam się trochę z czytaniem tej powieści, bo nie bardzo wierzę w spółki pisarskie. Każdy twórca to indywidualista, czy ktoś widział jeden obraz malowany przez dwóch malarzy? Albo utwór muzyczny, symfoniczny pisany przez dwóch kompozytorów? A książki jednak takie powstają i czasem są nierówne. Skłamałabym, że gołym okiem widzę wszystkie szwy, ale bywa, że coś zgrzyta i już.

Wolę nie ryzykować.
No, ale dla Manuli Kalickiej, nawet żeby pisała z zastępem harcerskim, wyjątek zrobię zawsze. 
I tak sięgnęłam po Tutto bene 

Zbigniew Zawadzki - co-autor książki - wprowadził zapewne pierwiastek męski do książki, bo też i narracja jest raz w rękach kobiet, raz mężczyzn, co dodaje dynamiki powieści. 
Wszystko zaczyna się, jak to w kryminale, od morderstwa i tajemnic, które w miarę rozgryzania tematu, wychodzą na światło dzienne, ale najpierw mnożą się niemożebnie. I to jest to, czego spodziewać się można po tym gatunku.
Natomiast, co dostaniemy wraz z tym 'ogryzkiem', czyli samym centrum powieści, to już inna sprawa. Jest i obraz miasta, trochę z życia różnych grup społecznych, również przybyszy zza wschodniej granicy, jest też historia powstania pewnej miłości. Smakowite kąski, chociaż ukraiński wątek trochę stereotypowy, ale co ja tam wiem, nie mieszkam w Warszawie i nie spotykam się z opisywanymi zjawiskami.
Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmowy, szczególnie od połowy książka jakby zmienia charakter, wprowadzane są kolejne postaci, nie bardzo wiemy, po co oni się tam znaleźli, to się okaże, ale kiedy? Ciągle coś nowego, sceny przybywają jedna po drugiej, dziewczyna jedzie samochodem-klik-ktoś puka do drzwi, otwiera...-klik policjant schyla się pod stół i widzi...- klik - zmyślam te sceny, ale tak to mniej więcej jest, szybko, ciekawie, ale przyznam też, że następuje w pewnej chwili zmęczenie materiału, już wcale człowiek nie ma ochoty tak pędzić.
Tylko, że w takiej historii nieważne, na co mamy ochotę, dzieje się i tyle.
Podobała mi się ta powieść, wręcz entuzjastycznie ją przyjęłam, aż się sama zdziwiłam, bo jednak wiele tam schematycznych bohaterów, jakoś niespecjalnie do zapamiętania nawet, dobry kucharz, zagubiona Zosia, ci Ukraińcy z szerokimi karkami, drugi kucharz pije, manager gogusiowaty, właścicielka się nie interesuje - nihil novi, bądźmy szczerzy. A jednak ręka mi szła do książki i cieszyłam się na każdą chwilę czytania.
Jest to raczej lekki kryminał, nie spodziewajcie się mrocznych podwórek i zapoconych, przepitych policjantów w depresji. Wręcz przeciwnie, komisarz Górzyański ma całkiem normalną rodzinę, jest poukładany, ma świetne dzieciaki, psa lekko zwichrowanego (jak mój Franciszek, więc czuję więź) - tutto bene.
Czyli co, dobra ona, czy niedobra? - pewnie spytacie, bo tu coś modzę, a to, że entuzjazm, ale jednak schemat i tak w koło Macieju.
Trudno mi określić, bo słowo dobra, to nie jest dobre słowo, ona może nie jest jakaś wyjątkowa, ale uwodzi czytelnika, przyciąga, jak się już zacznie, człowiek wręcz się cieszy na myśl, że ona tam gdzieś leży i czeka, żeby kontynuować czytanie. W dobrym stylu napisana, świetne połączenie kryminału z literaturą obyczajową, monstrualnie się nie zdziwicie, ale ubaw po pachy.

Film o powstaniu książki, rozmowa z autorami TU   Z jakiegoś powodu nie mogę go tu wkleić, nie znajduje mi się w wyszukiwarce YT do włączenia na stronę. 



poniedziałek, 16 września 2013
Ale jazda!

 

O-ja-cie. O-ja-cie, ale mi pooooszło po nerach.
Wzięłam sobie do ręki, myślę, taka bajeczka dla dorosłych fajowska, poczytam o rycerzach, księżniczkach może, koniach i krukach, to się będzie działo.
Mam wszystkie cztery tomy, bo córka wielką fanką autora jest, małżon również też.
Pomyślałam, że powieść o facecie nafaszerowanym magią i różnymi gadżetami nie z tej ziemi, albo raczej nie z tego czasu, będzie po prostu fantastyczna (nomen omen) na koniec wakacji.
Vuko Drakkainen brzmi jakoś tak swojsko, chociaż nie po naszemu. Główny bohater wysłany zostaje z misją na planetę Midgaard, gdzie mieszkają istoty podobne ludziom, do tego inne jakieś takie mniej, ale tego jeszcze nie wiedziałam na początku.
Chociaż powinnam się domyślać, że skoro go wysyłają do miejsca, gdzie poprzednie ekspedycje przepadły i trzeba odnaleźć ludzi i sprowadzić ich z powrotem do domu, nie będzie łatwo ani baśniowo.
Gdybym była bardziej zaznajomiona z fantasy, pewnie bym się tak nie rozsiadała z herbatką, rozluźniona, jedną ręką przytrzymywałam kartki, drugą drapałam psa za uchem, a tu nagle jeb w łeb.
Moja wyobraźnia jest czasem dobrodziejstwem, ale w takich wypadkach bywa przekleństwem, gdyż przywodzi obrazy dla mnie, która wszelkie filmy poza romansami i psychologicznymi, ogląda z zamkniętymi oczami (na Gladiatorze facet z fotela obok powiedział, że to nie jest słuchowisko i szkoda było za bilet płacić, skoro nie oglądam), czasem nie do zniesienia. Ludzie zaklęci w drzewa, mordercze bluszcze, niby świat taki sam, ale inny, ciągle trzeba mieć się na baczności. I główny bohater musi, i czytelnik też.
Równoległą opowieścią jest historia syna cesarza Amitrajów. Właściwie trzech synów na początku. Ciekawe, trochę jak mitologia.
Jest też część retrospektywna z młodości Vuko.
Wszystko zgrabnie połączone, chociaż na razie nie wiadomo, co robi syn cesarza w tej historii. Pewnie kolejne tomy przyniosą odpowiedź.
Nie mam wielkiego doświadczenia z tego typu powieściami, tym bardziej na wszystko reaguję, taka nadwrażliwość nowicjusza.
Ciekawa jestem co dalej, chociaż aż się boję zaglądać do drugiego tomu.
Muszę się jakoś przygotować, ale na pewno będę kontynuować, bo mnie Grzędowicz kupił i ciekawość mi już nie pozwoli zarzucić opowieści na samym początku.

Nastałam się w kolejce po autograf dla córki. Pan Jarosław wygląda tak łagodnie, a takie twarde życie zgotował swoim bohaterom.
Tagi: fantasy
22:28, kasia.eire , Audiobooki
Link Komentarze (11) »
wtorek, 10 września 2013
Opowieść 'bananowej panienki' - Monika Jaruzelska jak zwykle z klasą

 

 
O dzieciach kacyków partyjnych mówiło się kiedyś 'bananowa młodzież'. Im zawsze można było więcej, wybryki uchodziły im na sucho. Zresztą, czy to można tylko przypisać czasom komuny czy dyktatorskim latoroślom? I w nowej, wolnej Polsce słychać było o dzieciach Wałęsy i ich pomroczności jasnej, o harcach Oli Kwaśniewskiej też. Jedynie Buzkowa córka, zresztą moim zdaniem wspaniała młoda aktorka, Agata jakoś nie zapisała się we wspomnieniach jako kłopotliwa pannica.
Różnica między dawnymi czasami a obecnymi jest jedynie taka, że teraz o tym swobodnie prasa pisze, a kiedyś to były historie opowiadane ściszonym głosem w kolejkach po mięso.
Zawsze byłam ciekawa jak wyglądało życie dzieci ludzi u władzy czy w dyplomacji. Nawet nie z chęci szukania sensacji, po prostu taka socjologiczna ciekawość. 
Wyobrażałam sobie, że tym z rodzicami u szczytu wcale nie było łatwo. Pod jednym względem tak, ale pod innym nie, bo niełatwo dzieciakowi czy młodzianowi odnaleźć się wśród rówieśników, jeśli jest w szkole publicznej czy chce pojechać na obóz harcerski, a wszyscy wiedzą, czyj ci on. 
Pewnie, że były też zepsute szczeniaki, które używały życia i nie miały takich refleksji, ale nie wiem, czy to do końca ich wina. Dzieci, przypominam, są wychowywane przez rodziców, a tych się nie wybiera. Łatwo być opozycjonistą i mieć wielkie idee, kiedy się ma rodziców drukujących bibułę i dom jest przesiąknięty atmosferą 'dobrego'. Piszę dobrego w pół-cudzysłowie, bo co dla jednych dobre, przez innych jest pojmowane jako złe, też kwestia spojrzenia i (o)pozycji. 
Monika Jaruzelska zawsze mi imponowała. Miała i ma klasę, jakby się urodziła w arystokratycznej rodzinie, a nie w domu generała Ludowego Wojska Polskiego. Wprawdzie generał nie wypadł sroce spod ogona, ale jednak.
Zawsze miała w sobie coś, co nie pozwalało ludziom 'przeciągać ją pod kilem' za winy ojca, nie była atakowana, przynajmniej ja tego nie pamiętam. Była za to wyraźnie lubiana i podziwiana, za urodę, za postawę, za tę klasę właśnie.
Chciała się odciąć od działalności taty, chociaż nigdy się go nie wstydziła, po prostu chciała iść taką drogą, która utnie wszelkie porównania, dywagacje i ataki. I znalazła się w świecie mody, była arbitrem stylu, kierowała działem mody w Twoim Stylu, wtedy najlepszym miesięczniku dla kobiet (zresztą i teraz wygrywa w rankingach branżowych). Pisze o tym w swoich wspomnieniach, jak również o swoich szkolnych latach, o przyjaciołach, o mężczyznach, ale znowu tutaj widać klasę, bo żadnych sensacji, po prostu wspomina i to śladowo, tylko w kontekście swoich losów. 
Ale najważniejszą nutą książki jest jej relacja z ojcem i relacja z polityką w związku z tym. Czyli jest o niej i o tacie, o mamie, o podróżach, o ludziach, których spotkała, od największych głów państwa do pracowników ochrony. Ze swadą, dużą dozą humoru, czasem ironii, z dystansem i gładko, opisała to po prostu świetnie. Czyta się jakby się słuchało opowieści, leżąc w łódce na środku jeziora. Miło, słonecznie, dużo czasu, fajnie się słucha. Może dlatego, że czytałam w słoneczny dzień lipcowy, tak mi się kojarzy. 
Jeszcze kilka słów o Wydawnictwie Czerwone i Czarne. Uwielbiam ich sposób wydawania książek, to, że wszystkie mają ten sam format, przyjazną czcionkę i są 'miękkie w rękach'. Poza tym mają dobre tytuły, warto się z nimi zapoznać. Mąż właśnie skończył czytać 'Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy' Roberta Krasowskiego i jest zachwycony. Mam kilka tytułów od nich, kupionych bez świadomości, że to jest Czerwone i Czarne, zorientowałam się dopiero przy ustawianiu na półce. Dziwnym trafem, kiedy jestem w księgarni, ich pozycje przyciągają mój wzrok, a idę z planem kupienia całkiem innej książki. Przeglądam i prawie zawsze kupuję coś od nich, a to Passenta wspomnienia, a to Życie artystek w PRL Kopra, zainteresowała mnie też książka o Muńku Staszczyku, a rozmowy Łapickiego z żoną już niosłam do kasy, ale zabrakło mi pieniędzy, a nie miałam karty, wiec mi tak wisi w głowie. 
I nie jest to tekst sponsorowany, żeby było jasne. Co za czasy, że to trzeba zawsze dodać, żeby być wiarygodnym :-(



wtorek, 03 września 2013
Eli i Charlie na Dzikim Zachodzie czyli bracie gdzie jesteś?



 
Kiedy byłam mała, mój tata na widok jakiegoś marnego zespołu wokalnego złożonego z pań, które nieudolnie śpiewały po angielsku , ironicznie komentował - Siostry Sisters śpiewają. Zawsze mnie to bawiło.
Zobaczyłam tytuł 'Bracia Sisters' i od razu uśmiechnęłam się do wspomnień. Wróciły do mnie też czasy świąteczne, kiedy zajadając pieczonego indyka na zimno, siedząc na podłodze, oglądałam westerny. Lubiłam ten gatunek, oczywiście zawsze chciałam być Indianką. A jak przybył na białym koniu Winetou to już w ogóle byłam kupiona.

Potem długie lata traktowałam ten gatunek jako wymarły, nadający się do cyklu 'w starym kinie amerykańskim', ale nie kontynuowanym więcej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy obejrzałam Księżyc Komanczów i oszalałam na punkcie współcześnie robionych filmów czy miniseriali tego gatunku. Przede mną lektura 'Na południe od Brazos' ale w między czasie w ręce wpadła mi książka Patricka DeWitta.


Opowiada ona historię braci z Oregonu, płatnych morderców na szlaku, którzy podróżują przez kraj w celu wykonania kolejnego zadania. 
Jest koniec XIX w, gorączka złota, wiemy czym to pachnie.
Panowie podróż mają przed sobą długą, raz śpią pod gołym niebem, raz w hotelu, raz wystarczy koc pod głową, raz pod sobą mają jakąś dziwkę. Bardziej Charlie, bo Eli to idealista, wierzy w miłość, tęskni za matką i spokojnym życiem, nawet do konia, lekko niewydarzonego Baryłki, ma specjalne podejście. Co mu nie przeszkadza zabijać, okradać i robić wszelkie straszne rzeczy, które się wtedy wyprawiało. 
Na szlaku spotykają feerię barwnych postaci, człowiek aż czeka na kolejne zdarzenie. 
To jest powieść drogi, jak w takim przypadku, człowiek idzie do celu, ale też i w tym dążeniu odnajduje siebie. 
Nudno nie jest, to pewne. 
Podobał mi się styl powieści, lekko ironiczny, gawędziarski, ale kiedy trzeba dosadny. Jest też trochę wspomnień, rozważań natury osobistej, o związkach międzyludzkich, z kobietami, ale i między braćmi. Eli jest bardziej refleksyjny i niejednoznaczny, taki trochę współczesny. Charlie to 'wzorzec metra z Sevres' jeśli idzie o gatunek, klasyka, głośny, bezmyślny, pije, kobiety traktuje instrumentalnie, morduje bez zastanowienia. Połączenie dwóch charakterów braci stanowi tło psychologiczne, ciekawe. 
Są też momenty magiczne, nierealne, nie bez kozery mówią o tej książce, że widać wpływy Tarantino i Braci Coen, a że akurat lubię ich wszystkich, ta powieść wpasowała mi się w gusta jak robiona na miarę rękawiczka. 
Ma ona jeszcze jedną zaletę, jej treść i klimat to coś świeżego, chociaż wydaje się nihil novi, po prostu najrzadziej, jeśli w ogóle, czytamy o Dzikim Zachodzie. Świetna odmiana, tym bardziej, że książka autentycznie dobra. Polecam

Na koniec podrzucam link do trailera Księżyca Komanczów (nie wiem, czy w Polsce to nie było pod tytułem Czas Komanczów?), to jest prequel 'Na południe od Brazos', miniserial trzy odcinkowy. Świetna obsada i jak nakręcony! Warto zobaczyć
 
wtorek, 27 sierpnia 2013
O kolekcjonerkach śrub lewoskrętnych, o Frycu, co mówi jak Bartoszewski, o sensie ścisłym i narratorze, który duchem się zdaje

 

Wiele demonów mną targało, ale takich dobrych demonów, zbuntowanych rzecz by można, mną targało. Słuchałam powieści Jerzego Pilcha i było to dla mnie takie przeżycie, że sama nie wiedziałam, co mam ze sobą począć w tych chwilach? Nieczęsto mnie takie uczucie ogarnia. To jest jak nieopisana euforia czytelnicza, która powoduje, że się człowiek na równe nogi zrywa i biega bez ładu i składu, a przynajmniej ma na to ochotę, żeby te emocje, które od środka rozpierają, jakoś zminimalizować, ułożyć w środku potrząsając, jak workiem z orzechami, które się ledwo mieszczą. 

 

Wiem, że w polskim radio czyta tę powieść Maciej Stuhr, ale ja miałam wydanie z Jerzym Radziwiłowiczem i nie żałuję. Jeśli mi kiedyś wpadnie w ręce to drugie nagranie, posłucham jeszcze raz, bo książka jest znakomita. 

 

W tej powieści Pilch wraca na Śląsk Cieszyński do Sigły. Uwielbiam powieści dziejące się w małych miastach. W dużych aglomeracjach powstają książki o tym, jak człowiek jest samotny i zagubiony w tłumie, w małych miastach mamy do czynienia z utworami o tym, jak nic się przed ludźmi ukryć nie udaje. Chociaż to jest złudne, bo już po kilku miesiącach mieszkania w Warszawie zorientowałam się, że jednak to nie jest taki tlum i ciągle spotyka się tych samych ludzi, a i oni wiedzą o nas więcej niż by się zdawało, ze to możliwe. Ciągle ktoś okazywał się znjaomym kogoś, kogo i my znamy i tworzyły się kręgi, a to sąsiedzkie, a to koleżeńskie, ktore się z czasem zacieśniały do obrazu wielu małych miast w dużym mieście. 

Znowu w małym mieście potrafi wrzeć od skrywanych tajemnic i tylko mucha na ścianie, latająca z domu do domu, pod warunkiem, że jej nikt nie utłucze, może zebrać te wszystkie tajemnice i wieści do kupy. 

 

W nowej powieści Pilcha mamy do czynienia ze wszechwiedzącym narratorem, który jak duch jakiś, przemieszcza się wśród ludzi, domów, zdarzeń, widzi wszystko, komentuje, ale nie zdradza za wiele przed czasem. To było jak powrót do czasów młodzieńczych, do prozy Marqueza, do włoskich czy francuskich filmów, do realizmu magicznego, a przede wszystkim do poczucia, że w sztuce wszystko jest możliwe, że wszelkie progi logiki, fizyki, 'zdrowego rozsądku', tego, co można, czego nie można, są przekraczalne i dowiadujemy się ciągle czegoś nowego, wciąż doświadczamy naiwnego zaskoczenia, że coś wydawało się inne niż w rzeczywistości. 

 

Nad tym wszystkim unosił się przewspaniały, bogaty językowo, zaskakujący, chociaż przecież niezaskakująco wyczekiwany, styl Pilcha. Za każdym razem, kiedy słyszałam 'w sensie ścisłym' czy powiedzieć... to nic nie powiedzieć, uśmiechałam się szeroko, bo było tak, jakbym spotkała dawno nie widzianego przyjaciela, który ma tylko sobie właściwe kody językowe i za to przecież go kochamy, na to czekamy. 

 

Opowieść ta jest po prostu cudna. Słów brak na to, jak bardzo. Zaczyna się od przyjazdu siostry Mrakówny do Sigły w towarzystwie, o zgrozo!, katolika. Czy ojciec, luterański pastor Mrak powinien, czy może, czy to wypada ją wpuścić? A może przegnać? Ale jak przegnać, skoro to jedyna córka, jaka mu została? Co robić?

No właśnie, jedyna córka, bo druga kilka lat temu zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

Wracamy do tamtych zdarzeń, zaraz przed i po zniknięciu. Tajemnicze osoby i wiadomości pojawiają się na scenie, dziwne zachowanie córki, która nie zniknęła. Trumna pana Wzmożka, która nie chce dać się wyprowadzić z domu, wizyta Gońca (przewspaniały opis tejże), tajemniczy mężczyzna w czarnym overolu, pusty dom doktora Nieobadanego, wszędzie nas tam narrator zabiera, zaglądamy do głów bohaterów, jesteśmy w środku wydarzeń, unosimy się nad Sigłą, nie ma dla nas granic poznania. 

 

A do tego Jerzy Radziwiłowicz. Wiem, że wszyscy chwalą Stuhra, ale nie mam porównania i nawet nie chcę porównywać, pan Jerzy jest po prostu fantastyczny. Bardzo rozbawiło mnie to, że Fryc Moitschek jest czytany tak, jakby to mówił Władysław Bartoszewski, ze wszystkimi cechami jego wymowy, włącznie z nadprodukcją śliny. Myślę, że jest to przypadek, ale tak to słyszałam i dodatkowo mnie to w świetny humor wprawiło. 

 

A tak już najsam koniec, pewnie dla wielu to nie ma znaczenia, ale dla mnie było dodatkowo przyjemne - nazwiska pilchowych bohaterów są po prostu nie do podrobienia, w sensie ścisłym. 

Powiedzieć, że ta książka mi się podobała, to nic nie powiedzieć.

Kocham Pana panie Pilch (za de-florecistki też)

sobota, 17 sierpnia 2013
Papusza - historia Cyganki w pigułce



Angelika Kuźniak napisała tę książkę, ale większość stron wypełniona jest listami i wypowiedziami spisanymi z nagrań, ma się więc wrażenie, że to sama Pausza czyli Bronisława Wajs, do nas przemawia.

 

Zachwycająca okładka, od tego zacznę. Nie jakieś tańce i tabory, widowiskowe konie i ogniska, czyli po najmniejszej linii oporu, ale właśnie twarz kobiety ukryta w rękach zwiniętych w pięści. Oddaje ducha opowieści o trudnym żywocie kobiety wrażliwej. Czarnobiała jak film państwa Krauze.

 

Co wiecie o Cyganach? Pewnie jak i ja, prawnie nic. Bronią dostępu obcych do swojego grona. Moje doświadczenia to koncerty zespołów cygańskich, na które zabierał mnie tata, kolorowe stroje, specyficznie tańczące kobiety, energiczna muzyka, podobało mi się. Te koncerty były bardzo popularne.  W domu ja i koleżanki próbowałyśmy tak jak tamte kobiety tańczyć, wyginając się do tyłu, przyklękając na kolano.

Rodzice nie mówili o Cyganach źle, ojciec często rozmawiał z wróżącymi kobietami w parku, nigdy go nie oszukały, ale też i sam sięgał po pieniądze, żeby coś im dać. Mówił do mnie wtedy - taki mają styl życia, wolni jak ptaki, w ten sposób zarabiają na życie. Czasem Cyganka zajrzała do domu, ale rzadko, bo w mieście, wtedy babcia czy mama coś tam dawały do jedzenia. Patelnie od Cygana były najlepsze, chciałabym mieć taką teraz. Byli częścią naszego życia. Nie pamiętam taborów, ale pewnie dlatego, ze mieszkaliśmy w mieście, a i to był pewnie już schyłek.

Potem nie było już tak wesoło momentami, raz mnie Cyganki w czasach licealnych z pieniędzy obskubały, chciałam zapłacić za wróżbę, bo zakochana byłam, nawet mi na rękę, nomen omen, było, żeby mi powiedziały, co dalej mnie czeka. No, ale wyrwały kasę, co tam miałam i chodu. A ja osłupiała zostałam w tym parku. No, ale czyż taki proceder jest tylko Cyganom właściwy?

W klasie w liceum mieliśmy jednego chłopaka z takiej rodziny, ale majętnej, widać było po nim. Nikomu do łba nie przyszło jakoś go z powodu pochodzenia sekować. Nie byliśmy wyjątkowi, po prostu chyba fakt, że jesteśmy wszyscy na Ziemach Odzyskanych, że nasi rodzice wszyscy skądś tam przyjechali, wyrobiło u nich, a potem automatycznie i u nas, zrozumienie dla inności. Tak sobie to tłumaczę.

 

Sięgnęłam po tę książkę i oniemiałam, o ile można powiedzieć tak o czytelniku. Zaczyna się od dawnych czasów, przed wojną, dużo o życiu w taborach, o zwyczajach. Potem wojna, wszystkim było okropnie, ale im chyba strasznie okropnie. To wszystko takie ciekawe, takie przejmujące. A w tym Papusza, dziewczyna głodna świata, wiedzy, sama nauczyła się pisać i czytać, do szkoły nie przyjęli, płaciła dzieciakom, żeby ją wprowadzili w świat liter. Niesamowite.

Ciekawe, czy miałaby w sobie taką determinację, gdyby wiedziała, że to ją zgubi, ale i wyniesie na piedestał?

Co mnie zszokowało, to fakt, że Bronisława Wajs nie wiedziała, nie czuła, jak jest wielka. Sławił ją Tuwim, głosił Ficowski, a ona wszystki przepraszała i przepraszała, ciągle to robiła. Za wszystko. A jak już poszła na swój wieczór autorski, dziwiła się, że ktoś jej wiersze czyta, że się im chce tych prostych rymów słuchać.

Wspaniała i jednocześnie tragiczna postać. Uwielbiana przez ludzi, przez swoich wyrzucona poza nawias, nawet znienawidzona. Do tego czasy trudne, przymusowe postoje, osiedlania Cyganów.

Na to wszystko nałożyła się choroba psychiczna poetki, pewnie 'zawleczką' były problemy wśród swoich. Nie rozumieli jej. A ona tak kochała i to życie, i przyrodę, i była dumna z przynależnosci do tego narodu. Dlaczego oni tego nie rozumieli, dlaczego nie widzieli?

Chciałabym zrozumieć, dowiedzieć się więcej. Ta książka jest zaledwie zaczynem, zostawia niedosyt, mam nadzieję, że dzięki filmowi ten temat stanie się popularny i coraz więcej będzie można przeczytać i dowiedzieć się.

Przez cały czas towarzyszył mi wstyd, że tak mało o Cyganach wiem, a przecież współżyli z nami w Polsce, jak my byli Polakami, nie widziałam nawet, że byli wierzący i w szoku byłam, że w książce jest o Bożym Narodzeniu czy Wielkanocy obchodzonej w taborze. Straszna ignorancja.

 

Na koniec wytłumaczę się z tego, dlaczego używam słowa Cygan, Cyganie. Otóż sama poetka chciała, żeby tak o niej mówić, to raz. Po drugie nie rozumiem tej 'poprawności' i nowomowy. Nie w słowach zawiera się szacunek dla innych, wszystko jedno czy się powie Rom czy Cygan, zależy jak się powie. To jest jakieś nienaturalne. Od zawsze mówiło się Cyganie, nie pamiętam, żeby to było pejoratywne w ustach mojego ojca na przykład, po prostu stwierdzenie faktu. Tak jak nazwanie kogoś Żydem. I tego się będę trzymać.

 

P.S. Ebooka kupiłam w przedpremierowej sprzedaży na Virtualo - fatalnie przygotowany, czytało się jak pirackie wydanie, powtórzenia, zbitki słowne, a zapłaciłam 19.90. Wprawdzie wymiana mailowa była sprawna, ale nic im się nie udało z tym począć, obciach.



wtorek, 13 sierpnia 2013
W telewizji o Pilipiuku, niestety nic dobrego

 

Jakoś się nie mogę pozbierać. Wyjazdy, powroty, stresy, zamieszanie, wszystko to spowodowało, że nie mogę wrócić na blogowy szlak. Zapewniam Was, że nie ma dnia, żebym w duchu nie dyskutowała z Wami o oglądanym filmie, czy nie obiecywała sobie, że zaraz muszę o tej czy innej książce napisać. Listę tytułów, które czekają na opisanie, musiałam zacząć prowadzić, żeby o nich nie zapomnieć.

Znalazłam ją dzisiaj i za głowę się złapałam, ile tego czeka na uwagę.
Podczas mojego pobytu w czerwcu w Polsce wzięłam udział w programie telewizyjnym 'W twardej oprawie', jak nazwa wskazuje o książkach. Nadaje go koszalińska telewizja Max, nie da się go zobaczyć online. Może i dobrze, bo mogę Wam wcisnąć kit, że wypadłam świetnie :-)
Żart.

Rozmawialiśmy o książce Andrzeja Pilipiuka 'Wampir z MO"

Napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary, dostałam do przeczytania zawszasu, na tydzień przed nagraniem programu i jak tylko znalazłam miejsce, żeby kupić pyszną kawę i w kąciku się z nią i książką zedekować, natychmiast rozpoczęłam lekturę.
Pilipiuka znam i lubię, może nie spodziewam się po nim wyżyn intelekturalnych, ale dobrej zabawy na pewno, tym bardziej, że temat taki wspomnieniowy, bo MO wskazuje na PRL. Nie czytałam Wampira z M-3, stoi u córki, od razu tego pożałowałam, ale pomyślałam, że chyba nie będzie jakiejś wielkiej ujmy, gdyby okazało się to kontynuacją.
Ujmy nie było, nic nie było, bo książka jest po prostu do chrzanu. I nie będę owijać w bawełnę, gdyż akurat ten autor takiego babola popełnić nie powinien był.
Od drugiego rozdziału podśpiewywałam pod nosem (trawestując słowa piosenki Republiki) - taaaa pooowieść jest, pisana dla-pie-nię-dzy, tlala-la-lala
Banalna, nudna, pełna dziwacznych porównań, opisów wcale nie śmiesznych (wachlował się uszami, że niby jak Urban) - a mogło być tak pięknie.
W książce Pilipiuk wykorzystuje różne kody współczesnej kultury, jak na przykład film Ring i wychodzącą z ekranu dziewczynkę czy sagę Zmierzch. Wyszło blado, chociaż uważam, że zaczyn był. To jakby zacząć robić obrus na duży stół okrągły, rozpocząć kółeczkiem, szydełkować dalej i dalej, dojść do -nastego rzędu i zrezygnować. Dokończyć na kolanie lub wcale, ale nie rezygnować z położenia go na przyjęcie gości przybywających na przyjęcie z drogimi prezentami (przecież zakup książki nie jest tani). Tak się czułam, jakbym siedziała przy porcelanie ustawionej na niedokończonym obrusie, a w tej porcelanie drugie parzenie kawy fusiastej. Gdybym kupiła tę książkę, szlag by mnie trafił jasny.
Nawet nie będę o niej więcej pisać, bo szkoda mojego czasu na pisanie, a Waszego na czytanie.
Nie polecam. Tylko niewyrobiony czytelnik może się tym zbiorem opowiadań zachwycić.



sobota, 27 lipca 2013
Nie jestem cwaniarą czyli o tym, czego się dowiecie, chociaż nie zawsze byście chcieli

 

 
Wiedziałam, że jeśli jej nie przeczytam uszami, to nie przeczytam wcale, gdyż ta powieść reprezentuje sobą wszystko to, czego nie lubię, a raczej nie chcę wiedzieć, że istnieje.

Drugą rzeczą, która mnie od tej książki odstręczała to autorka. Nie znam, nic do niej nie mam, ale się boję tej babki. Zawsze jak występuje w telewizji, czy to w Hali Odlotów, czy innych programach, niepokoi mnie jej spojrzenie, różowa grzywka i jakiś taki diaboliczny wzrok. Poza tym jest napastliwa, jeśli jej się interlokutor niekompatybilny okazuje.
Tak jak bym nie chciała nigdy wejść w dyskusję z panią Chutnik (chociaż jest błyskotliwa i niewątpliwie inteligentna) , tak jej bohaterek nigdy nie chciałabym w tramwaju spotkać. Ani nigdzie. Czytam czyli słucham i nabywam przy okazji przeświadczenia, że ze mnie jest straszna gułowata pierdoła, co ani nożem, ani kopem, ani pieścią, ani w ogóle niczym nikogo nie załatwi (uwielbiam zasadę wielokrotnego zaprzeczenia w języku polskim, czyż to nie dodaje mocy stwierdzeniu?).
Ani palca w oczodół bym nikomu nie włożyła, ani noża pod żebra, ani delikwenta do bagażnika bym nie zapakowała w celu zmiękczenia, ani nie podpaliła hochsztaplera, ani nie zemściła na kolesiu, który za mną gwizdnął na ulicy, taka beznadziejna jestem.
A bohaterki 'Cwaniar' wszystko to potrafią, a nawet więcej.
To wrażenie pierwsze.
Ale jak się tak człowiek zasłucha, to przecież widzi, że pod tym bandyckim płaszczem, jest wrażliwość taka, jak każdej kobiety, która chce być kochana, ceniona, jest czuła, umie być przyjaciółką na śmierć i życie, dobrą córką, matką, rozpacza po śmierci partnera. Tylko chamstwa  zdzierżyć nie może. I niesprawiedliwości, jej serce po stronie uciskanych. A środki do minimalizowania czy karania tychże ma takie jakie ma. Bo sprawiedliwości musi być, bo porządek musi być, a że przy tym logika lekko pokrętna, to już mój problem, nie ich.
Oprócz dziewczyn z miasta, samo miasto jest też bohaterem. I tu widać, że Sylwia Chutnik kocha to miejsce na mapie, ale czasem go nie lubi, bo ono trudne jest, wymagające
Audiobooka czyta Maria Seweryn. Jest rewelacyjna. Nie tylko świetnie radzi sobie z tekstem, ale jest wartością dodaną książki, ona jest Cwaniarą, to wszystko wychodzi u niej z trzewi, z serca, nie ogranicza się do bycia ustami druku jedynie. Myślę, że zasługę, że mimo wszystkich przeciwności pokochałam tę książkę i to bardzo, można przypisać na równi lektorce, co pisarce.
Sylwia Chutnik ma świetne pióro, bardzo czułe na melodię języka, na rytm, ani na chwilę nie gubi stylu cwaniary, a ponadto pięknie wplotła w słowa bicie serca Warszawy. Polecam, chociaż momentami łatwo nie będzie, za to bywa śmiesznie i wzruszajaco. Zakończenie rewelacyjne. 
No i czyż okładka nie jest równie udana?

23:22, kasia.eire , Audiobooki
Link Komentarze (8) »
środa, 24 lipca 2013
O mieście, którego nie znam, o czasach, w których nie dane mi było żyć

Taki jestem cwaniutek, że z tym wpisem czekałam specjalnie na urodziny autorki, to już jutro, a także na czas bliższy wydania drugiego tomu, bowiem wielkimi krokami zbliża się jego premiera zapowiedziana na jesień (połowa października).

 

Małgorzatę Gutowską-Adamczyk pokochałyśmy z córką od pierwszego czytania jej powieści młodzieżowych. Za każdym razem powtarzam, że one są familijne i nadają się do czytania przez dorosłych i ich dzieci. 'Sto dziesięć ulic' i 'Niebieskie nitki' - nigdy nie zapomnę tych dwóch tytułów, od których zaczęła się nasza przygoda z twórczością tej autorki, jak również wspólne czytanie tych samych książek z córzydłem :-)

Pomstowałam trochę, że taka fajna pisarka, a nic dla dorosłych nie ma, bo wiadomo, człowiekowi zawsze mało. Ledwo pomyślałam, zaczęła wydawać również i dla mnie, zaraz córka dorosła i teraz znowu dla nas :-)

Cukiernia pod Amorem podbiła serca wielu czytelników, nie wiem jak Wy, ale ja dobrze zapamiętałam romans Róży z hrabią Zajezierskim i sprawę portretu, więc kiedy dowiedziałam się, że nowa powieść to taki 'spin off'* Cukierni, bardzo się ucieszyłam.

Tak, jak w Cukierni, akcja Podróży do miasta świateł rozgrywa się w dwóch planach czasowych - współcześnie i w Paryżu czasów belle époque.

Dowiadujemy się, co dzieje się z Igą Toroszyn, troszkę też o innych, ale są i nowe postacie - poznajemy Ninę, wykładającą historię sztuki, która na prośbę (powiedzmy, bo mama Niny o nic nie prosi, raczej rozkazuje) jedzie do Gutowa pochować ciotkę. Mimo, że dużo mniej o niej w tym akurat tomie, polubiłam Ninę i jej historię, a także uwiodły mnie zawirowania, które pozostawiają nas w niedosycie na koniec tomu pierwszego. Nina zostaje poproszona przez Igę o sprawdzenie, czy obraz, który wisi na ścianie hotelu jest autentyczny, czy może pochodzić spod pędzla Rose de Vallenord. Tak się mieszają losy tych dwóch kobiet i trzeciej - Róży Wolskiej, której czasy to inna bajka, bo akcja  dzieje się w dziewiętnastowiecznym Paryżu. Jej historię zaczynamy poznawać od dzieciństwa, kiedy to z matką jedzie do Paryża zamieszkać z wujem, ojciec pozostaje na zesłaniu na Syberii.

Matka Róży jest kobietą oschłą, pełną zahamowań, hołdującą konwenansom, niby umie się przystosować, a jednak nie, musi czasem polegać na córce, nawet już wtedy, gdy była mała. 

Oj dzieje się, dzieje. Mała Róża nie mówi (nie wiadomo dlaczego), ale jest uważnym obserwatorem. Jej oczami widzimy dawny Paryż, śledzimy obyczaje, jak to miasto się zmienia. Zaglądamy na salony, ale i do biednych kamienic czynszowych. Przechodzimy od ptasiego mleka do kromki suchego chleba na cały dzień. Trochę polityki też tu jest. Wszystko doskonale zbalansowane, a przede wszystkim ciekawe. Poza wartościami poznawczymi, to jest po prostu świetna powieść obyczajowa.

Lubię, kiedy książka mnie poruszy, kiedy wstrzymuję oddech, albo sobie zapłaczę nawet. Tutaj emocji było co nie miara. Czytałam ją w zeszłym roku, u koleżanki wynalazłam audiobooka, wymieniłyśmy się płytami i postanowiłam jej posłuchać, odświeżyć przed drugim tomem. Czytała Anna Dereszowska, niestety nigdy się do niej, jako lektorki książek, nie przekonam. Już mi przy Carycy podpadła. Strasznie jęczy i ma tendencje do czytania dialogów tak, jak by nikt ich nie powiedział. Trochę robi to tak, jak w starym kinie, ze staromodną emfazą. Książce to nie zaszkodziło, ale mnie jako słuchacza wkurzało.

Lubię u Gutowskiej-Adamczyk to, że przybliża mi czasy i miejsca, których nie dane mi było przeżyć i zobaczyć. Przynajmniej nie tak, jak ona to widzi, bo co z tego, że byłam w Paryżu, jak niezaznajomiona z miastem, chodziłam tam, gdzie wszyscy, czyli do Luwru, pod wieżę, zobaczyć słynne dzielnice, coś tam zjeść, ale nie łudzę się, że poznałam to miasto od podszewki. Poza tym Paryż mnie nigdy nie fascynował, może to 'bluźnierstwo', ale nie. Teraz poznaję go poprzez powieść, poprzez książkę napisaną z Martą Orzeszyną, zadziwia mnie, interesuje, zostałam zarażona bakcylem.

 

*spin off - utwór np. serial, książka, w którym wykorzystuje się postać drugoplanową innego utworu, czyniąc ją pierwszoplanowym bohaterem. Może to być też miejsce, przedmiot, nie tylko osoba, mniej ważna gdzie indziej, w nowym utworze nabiera cech głównego bohatera



22:57, kasia.eire , Audiobooki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 lipca 2013
Dzień, w którym uśmierciłam Pilcha

Przeglądałam dzisiaj zdjęcia z ostatniego czasu, ściągnęłam z komórki, bo sobie jakieś coś pstrykałam i zapomniałam (zwykle komórki do tego nie używam, staroświecka jestem, Insagramów nie używam). 

No i dobrze, bo mi się przypomniało, że ja Pilcha pewnej soboty uśmierciłam i Wam o tym nie doniosłam. 

A było to tak.

Jadę ja sobie do rodziny z miejsca A do miejsca B autobusem prywatnym odjeżdżającym z dworca PKS. Sobota jest, a więc Wyborcza z Obcasami. Długo, miesiącami, jak nie latami, wyczekiwany moment, że sobie jak człowiek kupię papierową gazetę i poczytam, a nie jak jakiś głupek z ekranu komputera fragmenty, bo kupować e-wydania nie będę, skoro już czytanie tych fragmentów na ekranie mnie wkurza.

Zmierzam w kierunku jakiejś takiej dziwnej dziupli, co ni kiosk, ni sklep, okna ma, ale wygląda jak batyskaf wyrzucony na chodnik przez kosmitów. Albo jak ten nurek, co go helikopter gaszący pożar lasu nabrał wraz z wodą do zbiornika i zrzucił na ten las, a potem nie mogli dojść, skąd nurek w pełnym oprzyrządowaniu i piance, w środku zgaszonego lasu, daaaaleko od wody. 

Dygresja taka mała.

Idę i już z daleka widzę to

 

 

Pusta ulica, ja i to okno w gazetę ubrane i ta okładka. 

Nie wytrzymałam nerwowo, bo już i tak moje nerwy na postronkach miałam i w krzyk - No nie mogę, jeszcze i to? Mało się chrzani, jeszcze Pilch umarł. I w lament. Ludzie się zatrzymują, a ja stoję i palcem dzióbię w środek czoła Pilcha, pokazując ludziom stojącym wokół, że ktoś bliski mi zmarł. 

Oni nic. Jeden pan tylko sobie w nosie zaczął dłubać.

No mię ta znieczulica społeczna wkurzyła i do siebie tak, ale żeby słyszeli, że taki człowiek odchodzi, a oni stoją i nic. Panie Michale, larum grają i w ten deseń, ale już bardziej do siebie, bo jednak domy bez klamek mi niemiłe. 

Wchodzę do tej puszki nagrzanej, kupuję gazetę, otwieram łapczywie i co? Wywiad z Pilchem. 

Wywiad z żyjącym Pilchem ze zbyt żywotną ręką, która mi się w tamtym momencie wydała okazem żywotności wielce pożądanym. 

Powiedzieć, że się ucieszyłam, to nic nie powiedzieć. 

poniedziałek, 15 lipca 2013
Uderzyła mi woda sodowa do głowy

Pierwszy raz mi się to zdarzyło - skończyłam książkę i zaraz zaczęłam od nowa. 

Po pierwsze dlatego, że kończy się ona tak, że jak się wróci do początku, to jest on ciągiem dalszym końca, a potem oderwać się nie można i człowiek czyta dalej, chociaż rozum mówi - babo odłóż wreszcie tę powieść. Po drugie dlatego, że nie chciałam się rozstawać z Eleonorą i jej rodziną, nie i już. No, ale mogę sobie nogą tupać, a historia dobiegła końca i żebym nawet jak ten chomik w kołowrotku czytała i czytała, fakt pozostaje faktem, skończyło się i basta. 

 

Wyskoczyła mi ta książka jak królik z kapelusza. Nie znałam wcześniej autorki, niewiele słyszałam o książce. Okładka jest cudna, jedna z bardziej udanych na polskim rynku, a do tego adekwatna do treści, więc graficzka - Elżbieta Chojna - spisała się na medal. Mam nadzieję, że to nie jest przykład na dobranie czegoś z szablonów dla wydawnictw, jak to było ujawnione w jakimś artykule.

A jak okładka udana, to ilekroć gdzieś człowiek zahaczy wzrokiem, zapada w pamięć i po jakimś czasie chce się poznać treść powieści. W tym wypadku ze mną tak było. 

Kupiłam ją na Kindla w jakiejś promocji Wydawnictwa MG, za kilka złotych. Promocje ebookowe czasem powalają na kolana i człowiek kupuje bez opamiętania. Po co piraty, skoro Ości Karpowicza można kupić za 9.90?

No, ale wracając do powieści. 

Nigdy, ale to nigdy nie byłam o nic zazdrosna. Taki mam charakter, że mogę sobie powiedzieć - tez bym tak chciała - ale mnie krew na nowy samochód sąsiada nie zalewa. 

Ale tutaj muszę się uderzyć w pierś i rzec szczerze - zazdrościłam tego, że autorka - Dorota Cembrzyńska-Nogala umie tak pisać.Tak z trzewi, z przepony i z całego serca zazdrościłam.

 

Książka składa się z kilku rozdziałów. Wstęp to teraźniejszość, tzn. rok 2008, potem cofamy się do narodzin prawie stuletniej bohaterki powieści - Eleonory, przemykamy przez dwie wojny, ale bez martyrologii, bo one jakoś tak bokiem przeszły dla niej, czasy powojenne to własne biznesy, przaśna komunistyczna rzeczywistość, małżeństwo Eleonory, inne miłostki, znajomi, przyjaciele, sąsiedzi, afery, zawirowania - wiadomo, jak to w życiu. W ciekawym życiu, a tego Eleonorze odmówić nie można, nudzić się nie dała, ani sobie, ani innym. Jak się człowiek już do niej przywiąże jak psiak, to następuje kolejny rozdział i jest już o jej wnuczce Sarze, a przez pryzmat jej związku z dziadkiem, mężem Eleonory, także o dzieciach nestorki.

Strzeliłam focha, bo nagle mi Eleonora na drugi plan zeszła i smutno mi było, ale chwilę tylko, bo Sara to niezwykle wdzięczna bohaterka, a Józef wcale nie mniej interesujący. I cóż za galeria koleżków i ludzi z miasta. A w tle oczywiście dzieje się i to dużo. 

Przyzwyczaiłam się do Sary, a tu trach, koniec dłuuugiego rozdziału i następuje kolejny, tym razem dzieje się współcześnie, już na tapecie są prawnuki Eleonory, dorosła, zamężna Sara i sama starsza pani, która z nimi zamieszkuje. O Bogu, i znowu mnie autorka złapała na haczyk, od razu polubiłam wszystkie osoby dramatu, sąsiadki, ludzi wokół, rodzinę powiększoną, foch mi szybko minął i wpadłam jak śliwka w kompot. A jak o kompocie mowa, to kulinaria grają tu niebagatelną rolę, ale przepisów się nie spodziewajcie, raczej ferii smaków, zapachów, hedonistycznego mlaskania z błogim uśmiechem i opisów nietuzinkowych, jak na przykład - smakował nalewkę, jej napięcie. Cudne

 

Dorota Combrzyńska-Nogala pisze pięknym językiem, żywym, czasem przeklnie, czasem Lenie, już bardzo wiekowej, na progu śmierci  można powiedzieć, włączają się wiejskie słowa, jakieś regionalizmy, to wszystko jest niejednostajne, ale spójne, nie sterczy w oku. A ileż emocji! Kiedy jeden z młodzianów zginął tragicznie na polu (cóż za scena, cóż za pomysł!), to ja w nocy krzyczeć zaczęłam, zerwałam się z łóżka, popłakałam czytając dalej, mąż się obudził, zagroził rozwodem, bo mu mało serce nie siadło. Śniło mi się to wszystko w nocy, bardzo przeżyłam. 

Zdarza mi się to, ale teraz już rzadziej, może za dziecięcych i młodych lat częściej, że się zżywam z książką, że nie chcę jej kończyć, trzymam się pazurami ostatnich zdań, nie zgadzam się na odchodzenie bohaterów, tak jak nie zgadzamy się na umieranie bliskich.

Niektórzy się skarżą, że nie wszystkie tajemnice są wyjaśnione, że pozostajemy w niedosycie w jednej czy dwóch kwestiach, ale tak to już jest, że czasem ludzie zabierają ze sobą do grobu pewne informacje, nie uważają, żeby wyjaśnienie czegoś zrobiło dobrze rodzinie czy danej osobie, że są sprawy, które lepiej trzymać już na zawsze przy sobie. Podoba mi się, że autorka nie pokusiła się o wygładzenie wszystkich fałd na obrusie, że tu i ówdzie coś zostało niedopowiedziane.

Chociaż żal mi, że akurat ta powieść nie ma kontynuacji, ale co począć. 

Nie mogę sobie miejsca znaleźć. 

czwartek, 04 lipca 2013
Prof. Mikołejko i jego atrakcyjny traktor

 

Od dziecka lubię rozmowy z ciekawymi ludźmi, jestem wampir na życiową wiedzę, na nowe spojrzenie na świat, na cudzą perspektywę. Uważam, że nie ma lepszej rzeczy od spotkania na swojej drodze mądrego człowieka, który zechce podzielić się z nami swoimi myślami. Zdarza się to coraz rzadziej, przynajmniej mnie.
Kiedy dostałam do ręki książkę prof. Zbigniewa Mikołejki i Doroty Kowalskiej - 'Jak błądzić skutecznie', mało o nim wiedziałam. Znany mi był jedynie z tego, że naraził się 'wózkowym', które go w jakichś programach lżyły, głównie zaocznie. W internecie wylała się taka fala nienawiści, że musiałam zajrzeć do tekstu, który to wywołał, w ten sposób matki furiatki przyczyniły się do mojego spotkania z niezwykłym człowiekiem. Tekst trafił do mnie. Jestem matką, w pewnym momencie życia oczywiście biegałam z wózkiem, ale 'wózkową' się nie czuję, bo nigdy nie byłam taka, jak te kobiety, o których on mówi. Matką jestem, ale to nie czyni mnie ślepą na dziwne zjawiska z macierzyństwem związane, wiele z nich razi i mnie, bo macierzyństwo wielu kobietom nie odbiera normalnego spojrzenia na świat, widzenia rzeczy złych, głupich czy po prostu idących w co najmniej dziwnym kierunku. Nie zabolało mnie więc to, co napisał, natomiast zachwyciło, że można tak bezkompromisowo wyrazić swoje myśli, jednocześnie uzasadniając je na tyle jasno, że czy się człowiek zgadza, czy nie, zgodzić się musi, że nie jakiś głupi frustrat to napisał.
Nic więcej o profesorze nie słyszałam, aż któregoś dnia dostałam paczkę z Agory, w której przybyły 'Wilczyce' na konkurs, a książka 'Jak błądzić skutecznie' jako bonus. Długo będę wdzięczna pani Joannie za ten dodatek, czasem takie gesty są więcej niż trafione, one po prostu uderzają w człowieka jak piorun oświecenia (odrobina przesadyzacji :-) nie zaszkodzi).


Na okładce fantastyczne zdjęcie. Patrzymy w oczy człowieka niemłodego, którego twarz jest usiana zmarszczkami, koleiny życia wydrążyły mapę na twarzy, są i zmarszczki śmieszki, ale i te marsowe, są takie od myślenia, ale i zmartwienia, a na dodatek magnetyzujące, mądre, uważne oczy. Od pierwszego zdania czytelnik łapie kontakt wzrokowy z autorem. Dorota Kowalska, przepraszam tę Panią, pełni tu rolę rozmówcy, ale mniej znaczącego, po prostu chodzi o to, żeby prof. Mikołejko do siebie nie gadał, bo to trochę jak picie do lustra.
Co ja Wam będę mówić, utonęłam w tych wywodach, chłonęłam każde słowo, już sama nie wiedziałam czy robić notatki na marginesach, zakreślać, czy po prostu uważnie czytać? A, że targałam tę książkę w różne miejsca, czasem nie było jak mieć ze sobą czegoś do pisania, a czasem po prostu nie chciało mi się przerywać tego 'intymnego' kontaktu z rozmówcą, też chciałam być uważnym słuchaczem, czasem mam wrażenie, że te wszystkie mazaki i ołówki zaburzają percepcję.
Pod koniec wracałam do przeczytanych już fragmentów i sobie zakreślałam. Nie chodziło mi o jakieś milowe myśli, raczej też o takie, które sama kiedyś tam wykoncypowałam i ucieszyło mnie, że ktoś jeszcze to widzi, tak samo myśli. Jak na przykład tę o osobie, która kogoś skrzywdzi, a potem nie ma innego wyjścia, musi ją wykończyć=usunąć z pola widzenia, bo jest chodzącym wyrzutem sumienia.

 albo coś takiego, przecież to oczywiste, nosiłam tę wiedzę w sobie od lat, a tu mi się zmaterializowała w zdaniu:

Aż miałam ochotę zerwać się na równe nogi, zakrzyknąć - czyż nie jest tak właśnie!?





Dużo prof. Mikołejko pisze o ludziach, których spotkał na swojej drodze - rodzinie, przyjaciołach, studentach, tych, którym pomógł, którzy mu pomogli, albo naznaczyli jego życie cierpieniem. Jest szczery, ale nie jest przy tym sensatem ani kombatantem, po prostu opisuje rzeczywistość i jak ona go kształtowała. To jedna strona książki.
Druga to rozważania o życiu, śmierci, kobietach, uczuciach, wierze, miejscach, starości, trochę o polityce, o życiu zawodowym, wszystko to z wielką mądrością, trochę filozoficznie, trochę na tle historii tej dawniejszej i całkiem świeżej, w odniesieniu do wzorców kulturowych, a każdy rozdział ma przypisany obraz, który znamionuje temat i  nadaje kierunek rozmowie.
Książka ta daje czytelnikowi materiał do rozważań w samotności, ale też do ciekawych rozmów. Treści najpierw się przyjmuje do siebie, a potem one pączkują i koniecznie chce się z kimś o tym porozmawiać. Jeśli myślicie, że to książka nie dla Was, mylicie się. Podczas cotygodniowego spotkania w naszej polskiej bibliotece, gdzie zbierają się ludzie z różnym wykształceniem, wielu zawodów i wielorakimi doświadczeniami, opowiedziałam, co czytam i wywiązała się niezwykle ciekawa i emocjonująca rozmowa. Musiałam obiecać, że zakupię tę książkę do biblioteki. Swojej nie oddam, o nie, jest zbyt droga memu sercu, żebym się miała jej pozbyć.
Strasznie żałuję, że nie było mi dane nigdy prof. Mikołejki spotkać na swojej drodze, że na przykład nie był moim wykładowcą, albo nie jestem na uniwersytecie trzeciego wieku, gdzie on też się udziela. Tym bardziej się cieszę, że taka książka się ukazała. Jest to niezwykle cenna i wartościowa pozycja, a jednocześnie dla każdego, nie tylko dla intelektualistów. Ma jeszcze jedną fantastyczną zaletę - zmusza do zwolnienia, wręcz zatrzymania się w biegu, to zastanowienia nad kilkoma sprawami, ale nie takiego bolesnego, raczej radośnie poznawczego.
Dziękuję pani Joannie z wydawnictwa Agora, że o mnie pomyślała, dziękuję Panu profesorowi, że zgodził się z Dorotą Kowalską porozmawiać. Słów mi brak, żeby wyrazić radość z przeczytania tej książki. Na pewno nie raz do niej wrócę.
Panie profesorze, bardzo podoba mi się pański traktor (kto przeczyta, będzie wiedział, o czym mówię). 

Tagi: Agora dobre
17:04, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 01 lipca 2013
Trudne powroty, ale w walizce jak zwykle słodki ciężar

Niestety już tak jest, że moje wyjazdy i powroty są trudne. Ciągnąć tego wątku nie będę, jest tak i już. Tym razem wyjechana byłam jedynie z bagażem podręcznym, więc od razu wiedziałam, że marne szanse na jakiekolwiek zakupy. Zresztą nie miałam też i nastroju na buszowanie po regałach. No, ale nastrój to jedno, a druga natura człowieka to co innego. Oczywiście weszłam do kilku księgarń, żeby się trochę uspokoić, myśli zebrać, w okładkach ukojenia szukać. 

Byłam w empiku, dwóch Matrasach i jednej takiej małej księgarence, o której napiszę oddzielnie. 

Empik jak to Empik, chociaż ten inny jakiś, bo mały. W centrum Koszalina, niedaleko Domku Kata, na skraju zieloności parkowej miasta, można by sobie od razu na ławeczce z książką przysiąść, jeśli taka wola i czas pozwala. I menele, bo jak ci się w jakimś kątku zadomowią, to już po ptakach. Nie wiem, czy ja tego wcześniej nie widziałam, czy faktycznie jest ich więcej, ale wydawało mi się, że opanowali miasto. W upał ubrani w wełniane czapki lub takie z daszkiem jakieś zeszmelcowane, w kurtkach, z reklamówkami, wszędzie gdzie okiem nie rzucić. Więc lepiej nie rzucać :-)

Wracając do Empiku - obsługa młoda, przemiła i do tego niezwykle dowcipny chłopak, który mnie wkręcił, że za reklamówkę muszę zapłacić 7 zł. Na czole mam chyba wypisane, że naiwniak spoza Polski. Wzięłam to na poważnie i aż mi szczęka opadła, ale zaraz zaczął się śmiać, więc się zorientowałam. Tym razem nie było pana z ochrony, który z oddechem na karku podąża za kupującymi. Czy to za wcześnie, czy nie było potrzeby? 

Zaraz obok mieści się księgarnia Matras. Nie wiem, co tam jest nie tak, ale mieści się w miejscu, gdzie odkąd pamiętam były książki sprzedawane i wtedy lubiłam to miejsce, a teraz wchodzi się tam i jakieś napięcie dziwne. Niby niczego konkretnie złego nie można się doszukać, ale jakaś taka niechęć do asortymentu tam panuje. Panie stoją za ladą, jak coś zapytać, to ugrzecznione, ale serca to one do tego fachu księgarskiego nie mają. Równie dobrze mogłyby tam być buty czy krawaty, może nawet by wolały. A może jakieś kłopoty firma przechodzi, dostały złą wiadomość, obcięli pensje? Nie wiem, ale byłam tam rok temu, dwa lata temu i też tak sztywno i jakoś niezręcznie było. 

Za to w Matrasie w centrum handlowym Atrium wręcz przeciwnie - babki świetne. Bystre oko mola zaraz wyczuło 'swojego'. Od razu poczułam się 'jak w domu', nie było nikogo innego, można było pogawędzić o książkach. Gdyby nie moje ograniczenie bagażowe, pewnie bym tam dużo pieniędzy zostawiła. Wrócę na pewno. O trzeciej napiszę oddzielnie, bo to dłuższa opowieść o jednej z ostatnich, wprawdzie w sieci, ale jakby niezależnych księgarni. 

Zakupów miało nie być, ale właśnie w tej ostatniej się nie oparłam tej oto książce

 

 

Jakże bym mogła? Przeczytałam kilka pierwszych zdań i nie było takiej siły, żebym jej ze sobą do domu nie zabrała.

Wiedziałam, że na wsi u rodziny męża czekają na mnie dwie książki, szykowałam na nie miejsce

 

 

Kochana Paula odsprzedała mi pierwszy tom Mojego życia z książką Rabskiej. Tak trudno mi było dokupić początek do drugiego, który już od prawie dwóch lat stoi na półce. Wreszcie mam. 

A do tego wydawnictwo Bukowy Las wysłało dla mnie swoją nowość wydawniczą - książkę o Przybyszewskiej. Na FB poprosiłam i jest :-) Już podczytałam w autobusie, wygląda na to, że hit!

 

 

I to miał być już koniec. Przecież miejsca nie miałam. Ale przyjaciel jak zwykle obdarował mnie dwoma książkami. Marku wybacz, ale Katarzynę Wielką już posiadam, więc mi wymieniono na Kobiet Władzy PRL. Towarzyszka panienka to było moje marzenie, odłożyłam, bo wiadomo.  Ale i tak mnie znalazła :-) Już przeczytana, niedługo o niej napiszę.

 

 

U mamy podczas porządków znalazłam dwie książki ukochanej przeze mnie i mamę Stefanii Grodzieńskiej. Kupiłam je kiedyś na urodziny mamie, ale ona już nie poczyta, bo straciła zdolność do tego (to musi być straszne), nie miałaby też cierpliwości, żeby słuchać czytanej książki, więc je zabrałam ze sobą. Jakby co (nadzieja zawsze umiera ostatnia) zawiozę z powrotem

 

 

Już w tym momencie nie wiedziałam zupełnie, jak ja się spakuję? Tym bardziej, że miałam już kupioną 'Panią', gdzie był wywiad z Janem Jakubem Kolskim, 'Twój Styl', bo widziałam, że tam wiele ciekawych artykułów i wywiad z Pilchem, do tego 'Wysokie Obcasy Extra', bo cały ciekawy numer (felieton prof.Mikołejki i o Dorocie Wellman) i nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Zawsze sobie obiecuję, a potem jak jakaś przemytniczka mięsa z okupowanej Warszawy, jadę wyładowana książkami w kieszeniach kurtki. Niosę ją pod pacha i palę głupa jak mój pies Franek, że to nie ja.

Przed samym wyjazdem pobiegłam jeszcze do kiosku po Wyborczą z Dużym Formatem i co widzę od wejścia? 

 

 

 

Zacukałam się, bo nie znam tej powieści Fleszarowej-Muskat. Zrobiłam dzióbka i uruchomiłam proces myślowy, jak to możliwe, przecież mam wszystkie... i nagle mnie olśniło - niżej w tym różowym kółku przecież napisane, że to Biografia pisarki. Odwaliłam indiański taniec w tym kioseczku, napchanym rajstopami, pieluchami, gazetami, proszkami do prania, kołami dmuchanymi i czym tam jeszcze, sami sobie dopowiedzcie. Oczywiście zanabyłam drogą kupna i taka byłam rozemocjonowana, że dopiero w domu, za późno, zorientowałam się, że nie kupiłam Wyborczej z upragnionym DF. Ale skucha. 

Spakowałam to wszystko i tylko się zastanawiałam, jak sobie poradzę, kiedy zważą ten bagaż? Jechałam dwie godziny na lotnisko i zaklinałam rzeczywistość. 

Mole czasem mają szczęście, przeszłam, ale tyle nerwów mnie to kosztowało, że cały lot przespałam. W Dublinie czekały na mnie jeszcze dwie książeczki, daaaawno kupione na Allegro, przywiezione przez przyjaciółkę córki, dwie z czterech w serii (ukochane klimaty)

 

 

A w domu czekała przesłana przez autorkę dla polskiej biblioteki powieść - dziękujemy

 

 

 

 Najpierw musiałam odreagować pobyt, stres, trochę wylizać rany, ale po dwóch dniach rozłożyłam się ze stosikiem na łóżku i z godzinę przeglądałam, podczytywałam, cieszyłam się po prostu. Tak oto postanowienia nie kupowania wyglądają w praktyce. Wprawdzie kupiona jedna, ale przytargane kilka.

 

 

A że nie samym i książkami człowiek żyje, przywiozłam też film, przyjaciele mi sprezentowali, bo jęczałam, że nie widziałam. Teraz leży obok telewizora, a ja się boję go obejrzeć. Zawsze tak mam ze Smarzowskim, trudna miłość :-)

 

 

To by było na tyle. Mam dużo książek do opisania, postaram się nie opuszczać w blogowaniu. Miałam blokadę po wyjeździe, nie miałam w sobie słów, a tam nic nie czytałam, nie mogłam jakoś. Starałam się być na bieżąco z prasą. Zazdroszczę Polakom dzienników, prasy w ogóle. Wyborcza niezwykle ciekawa, a już sobotnia z Wysokimi Obcasami szczególnie. Czwartkowego wydania nie udało mi się kupić, raz za późno poszłam do sklepu, a drugi czwartek opisałam wyżej. Jeden miałam tylko problem, nie wzięłam okularów i pierwszy raz w życiu miałam problem (do tej pory mogłam i bez tego od biedy), litery malutkie, szare, a w magazynach takich jak np. Papermint czy WO Extra druk na obrazkach, częściowo 'zaburzony' jakimiś cudami na kiju, do tego szary, czcionka zmieniana, raz pochyła, raz inna, nie dało rady. Pierwszy raz mi przyszło do głowy, że przyjdzie mi się przeprosić z wersjami na Kindla i będę musiała z czasem kupować takie. Żal, bo lubię papier, zapach druku i nie będzie już to samo, jakkolwiek by mi ktoś nie imputował, że chodzi głównie o treść. Może teraz młodzi tak na to patrzą, ale ja mam jeszcze nawyki - kawa, rogalik, i gazeta w rękach, a nie tablet, nie Kindle. Ech, westchnęła i oddaliła się w stronę zachodzącego słońca...



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!