O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
sobota, 17 maja 2014
Magnolia - niby drzewo jak to drzewo, a jednak nie. Festiwalowe czytanie



Będę szczera jak pole - zobaczyłam opis, że ucieczka, że w głuszę, że pensjonat, tyle, że facet, a nie babka i mnie zemdliło?

Znowu?

Ileż można domków, hoteli, ucieczek, tajemnic, jeszcze kufer z listami znajdzie i w ogóle się pochoruję.

Skąd u nas taka mała fantazja, że jak jedna się rozwodzi i ucieka, to zaraz cały tabun za nią? Już innych tematów nie ma?

Jakoś nie zaobserwowałam tego na Zachodzie, żeby wszyscy o tym samym pisali.

Tak sobie utyskiwałam pod nosem.

No, ale panie u mnie w bibliotece zachwycone autorką, wszystkie jej książki mamy i są rozchwytywane. Kupuję, bo mają wzięcie, ale nigdy żadnej tej autorki nie czytałam.

Dzięki festiwalowemu zadaniu, okazało się, że książka może i opis ma taki, jak inne, ale jednak udało się autorce przedstawić temat w sposób nietuzinkowy.

I to nawet nie chodzi o to, że jakoś tak specjalnie inaczej, ale po jej przeczytaniu, wrażenie cuzamen do kupy jest takie, że warto było, ba, ten świat mi pasuje, chciałabym tam wrócić, dlatego zasadzam się na drugą część, która wychodzi na dniach.

 

W pierwszym tomie Magnolii historia opowiada o facecie, któremu się świat wali, nie dość, że zdrowie mu szwankuje, co go dyskwalifikuje z zawodu pilota,  to i żona odchodzi i do tego chyba ma rację. Nic nie jest tak, jak powinno. Tu dla mnie trochę nierealne, ale może faktycznie ludzie tak robią, że koleś sprzedaje wszystko i jedzie przed siebie, wybierając drogę losowo. A jak już trafia w Bieszczady na pewną stację, okazuje się, że jest do kupienia pensjonat Magnolia.

I tu już miałam gorzko w gardle, myślałam, nie dam rady.

Ale w tym momencie dopiero się zaczęło dziać, i do dobrze dziać. W sensie ciekawie i już się oderwać nie mogłam.

W Magnolii bowiem spotkałam świetne babki, Czesię, zarządzającą kucharkę uwielbiającą szybką jazdę jeepem, Małgorzatę, która przychodzi na kawę dwa razy dziennie i czyta gazety przeterminowane o tydzień lub dwa (całkiem tak ja jak i jak ja podnieca się starymi aferami :-)

Dojeżdża do nich Doris, bardzo barwna postać, rowerem przybywają jeszcze dwie postacie - nastoletnia maniaczka książek i młoda żona starszego, na dodatek sparaliżowanego męża, bywa też pewien mecenas i absztyfikant Doris. Ale to nie wszystko, bo i o wsi i jej mieszkańcach co nie co się dowiadujemy.

Nie będę więcej streszczać, bo sama tego nie lubię u innych, nie po to są te zapiski, żebym Wam tu zdradzała koleje losu bohaterów.

Nic nowego, ktoś powie o treści, ale tu się nie zgodzę, albowiem Grażyna Jeromin-Gałuszka okazała się utalentowaną konstruktorką i postaci, i fabuły. Zaskoczyła mnie pozytywnie,  wciągnęła mnie w stworzony przez siebie swiat do tego stopnia, że traktuję to jakbym tam była na wakacjach i cieszę się, że jestem umówiona na kolejny pobyt w lecie.

Nawet nie potrafię powiedzieć, co mi się tam konkretnie podobało.

I to jest dla mnie wyznacznik dobrej książki, bo jak dobra kiecka, ma zachwycać i świetnie leżeć, nie trzeba nam wiedzieć, którędy wiodą szwy.

Drugi tom przeczytam na pewno. Poprzednie książki tej autorki sukcesywnie też, podoba mi się jej styl i jeśli tylko będę miała ochotę na ten rodzaj literatury, najpierw sprawdzę co też nowego wydała właśnie Grażyna Jeromin-Gałuszka.

poniedziałek, 05 maja 2014
Przekleństwo ostatniego tomu

 

Nie jestem dobra w czytaniu wielotomowych serii. Na pewno nie umiem ich czytać jednym ciągiem. No, ale są takie, które lepiej by było zaliczyć à la longue, szczególnie sagi rodzinne, bo człowiek jednak zapomina co i jak, kto z kim i dlaczego jeden z drugim nie rozmawia. 

Cukiernia pod Amorem Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk bardzo mi się podobała, w swoim gatunku świetna. Nie podobna było ominąć spin off tej sagi, przeczytałam już tom pierwszy Podróży do miasta świateł, pora była na tom drugi

A że lato raczej sprzyja przebywaniu na zewnątrz, ostatnio też dużo przemieszczam się samochodem, egzemplarz papierowy jest rozchwytywany w bibliotece (właściwie na półce nie stoi), postanowiłam zaopatrzyć się w audiobook.
Pewnie już zauważyliście, że uwielbiam czytać uszami. Zawsze mam jedną książkę na tapecie do pochłonięcia właśnie tak. 
Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek trafi mi się książka audio czytana przez panią Annę Dereszowską, albo zrezygnuję, albo zaopatrzę się w Persen forte. 
Niestety czyta ona z nieznośną dla mnie manierą, staromodną emfazą, jęczy, głos modeluje jak gwiazda kina przedwojennego, dla mnie jest to nie do zniesienia. Przeszkadza bardzo. Już miałam to przy Carycy i tomie pierwszym Róży z Wolskich, teraz tylko się upewniłam, że nam z panią Anną nie po drodze w tej kwestii. 
Miałam momenty, że prosiłam - Boże, niech ona trochę popuści, bo ciekawa jestem co dalej, ale chyba to w diabły wyłączę. Paradoksalnie najlepiej się słuchało, kiedy pani Dereszowska była podziębiona i miała lekko przytkany nos, nie mogła tak szarżować i wtedy to było znośnie. 
Jeśli idzie o samą powieść, pani Gutowska Adamczyk przyzwyczaiła nas do tego, że jest po prostu dobra. Nikt się nie zawiedzie. Poznajemy dalsze losy Rose czy Róży, co się działo po śmierci jej ukochanego, nie chcę zdradzać, bo streszczenie odebrałoby Wam całą przyjemność śledzenia jej losów. 
Nadal są dwa plany czasowe, czyli Francja przełomu XIX i XX wieku, oraz Polska i Francja współcześnie. Po zakończeniu tej dwutomowej opowieści dochodzę do wniosku, że ten drugi plan i historia Niny, nie miała żadnego znaczenia, nie była tak ciekawa jak się na początku spodziewałam i w sumie mogłoby jej nie być. Natomiast część z przeszłości bardzo mi się podobała i najchętniej wracałam właśnie do niej. Jak to u tej pisarki dużo ciekawych i poznawczych szczególików i faktów dotyczących obyczajów, samej Francji, strojów i tym podobnych rzeczy, czyli współpraca z Martą Orzeszyną, z którą autorka konsultowała te sprawy, przyniosła fantastyczny efekt. 
Trochę mnie męczyły drobiazgowo opisywane nazwy ulic, gdzie co się znajduje i którędy tam dojść. Nie znam języka i nawarstwienie tego w tekście powodowało, że albo się gubiłam, albo niecierpliwiłam, nigdy nie byłam zwolenniczką powieści 'kartograficznych', nie miałam ambicji podążać śladami bohaterki, kiedy w Paryżu, może to stąd. Pewnie są tacy, którzy to niezwykle cenią w powieściach. 

A może problem tkwi w tym, że z ostatnim tomem u mnie jest tak, że wiem, że to się coś kończy (wreszcie, bo jak pisałam nie lubię jednak historii wychodzących poza 3 tomy maks), więc pojawia się u mnie niecierpliwość, byle do końca, byle się dowiedzieć. A to znowu szkodzi czytaniu uważnemu.

 

Podsumowując cieszę się, że przeczytałam, że znam koniec tej dawnej historii. Czekam na kolejną powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, bo jest to jedna z tych autorek, których czytam wszystko, co napiszą. Jeśli się nawet czegoś tam czepiłam, to i tak po prostu wiadomo, że to solidnie napisana powieść i nikogo nie pozostawi z niedosytem. 

niedziela, 20 kwietnia 2014
Bezcenny mógłby być jednak bardziej wartościowy

 

Miłoszewskiego lubię za jego Szackiego. Bez kwękania sięgnęłam po powieść spoza tej serii, przecież wiadomo, że pisarz nie będzie cały czas tańczył, jak mu czytelnicy grają. Nawet jeśli chcielibyśmy czytać w kółko o prokuratorze, interesuje nas przecież równie bardzo warsztat i fakt, że Miłoszewski sprawnym pisarzem jest.

'Bezcenny' to potwierdza.

Chociaż ja jednak zostanę przy Szackim, jeśli idzie o preferencje.

Nie jestem fanką, ani tym bardziej znawczynią malarstwa. Z obrazami u mnie jest tak - patrzę i albo się zachwycam, albo wzruszam, są emocje, albo nie. Nie mam potrzeby dochodzić, skąd to i dlaczego. Wiem coś tam, niezbędne minimum, żeby nie być ignorantem, style, nazwiska, kto czym się wsławił, kto uciął sobie ucho, a kto zmarł z głodu zanim stał się sławny i kupowany. O kradzieżach nazistów też słyszałam i czytałam, ale żaden ze mnie Wołoszański.

Pomyślałam, że mam w ręku dwa w jednym, coś się więcej dowiem i zaliczę coś awanturniczego.

I w sumie, jeśli to kryterium brać pod uwagę, nie powinnam być zawiedziona. A jednak trochę jestem. Dostałam powieść sprawną warsztatowo, dużo się dzieje, ale od Miłoszewskiego spodziewałam się czegoś więcej.

Po pierwszym zachwycie, czyli czasy wojny i Zakopane, hotel zacisznie schowany w górach, klimaciki, szczególiki, wpadłam w terroryzm, zamach, pościgi, walki wywiadów. Do tego mnożą się postaci, nazwiska, zaczęłam się gubić. Nie lubię tego. Starłam się wszystko zapamiętać, słusznie spodziewając się, że to potem gdzieś wyjdzie, będzie potrzebne.

Poznawanie głównych postaci dramatu przywróciło spokój, ale nie mogę powiedzieć, że byłam jakoś szczególnie zadowolona. Lisa, skandynawska złodziejka podobała mi się bardzo, szczególnie jej wersja języka polskiego. Ale Poznański (Boznański? słuchałam, stąd moje wahanie), doktor Zofia Lorenz i emerytowany oficer służb specjalnych to już naprawdę nic nowego, bardzo schematyczne postacie. Ich rajd po świecie też niestety kalka z innych powieści, które może kiedyś mnie i zachwycały, ale już z nich wyrosłam.

Początek powieści zapowiadał dobrą zabawę, potem zaczęłam się niestety nudzić, pod koniec było przez chwilę lepiej, ale tak czy siak czekałam końca jak kania dżdżu.

Momentami było zabawnie, przeważnie kiedy mowa była o wspomnianej Lisie, najbarwniejszej postaci. A już jak mowa była o Martinie Mellerze, bezwzględnym terroryście, byłym kochanku Lisy, nie mogłam nie śmiać się w głos. Panowie muszą się bardzo lubić, skoro Miłoszewski wplątał Mellera w akcję swojej książki, chociaż tak.

Jak dla mnie jest to najgorsza dotąd powieść Miłoszewskiego. Przepraszam tych, których namówiłam do czytania swoimi entuzjastycznymi wpisami na FB, niestety potem już nie byłam tak zachwycona, ale mi głupio było się do tego przyznać.

Pewnie złe wrażenie spotęgował lektor, Andrzej Chyra. Najpierw mnie zachwycił głosem, ale potem było dużo błędów, na przykład czytał zdanie tak, jakby tam był przecinek, orientował się, że nie ma i czytał dalej przyspieszając, znowu przecinek i człowiek już nie wiedział, o co chodzi. Albo dzielił dziwnie wyrazy, a najlepsze było czytanie zdanie twierdzącego ze znakiem zapytania - "Standard kolekcjonerski - skomentowała Zofia? (to sobie zapisałam wyrywając koleżance pół koperty z ręki)

Albo Chyra czyta zdanie, orientuje się, że strzelił babola i zaczyna czytać to samo jeszcze raz.

Gdzie był realizator nagrania albo jakiś reżyser czy kto tam teraz jest, kiedy nagrywają audiobooki? Wygląda jakby kolega z wojska, popijając drinki, nagrał to na kaseciaku.

Pod koniec nagle inny głos zaczyna czytać, co wprowadza zamieszanie, nie wiedziałam, czy to po prostu zastępstwo, czy niby jest to komunikat radiowy i dlatego inny głos?

Audiobooków słucham przeważnie w takich okolicznościach jak sprzątanie, prace w ogrodzie, jazda samochodem, nie mam jak zanotować błędów, ale gdybym tylko mogła, podałabym więcej przykładów kwiatków lektorskich, moglibyśmy się chociaż pośmiać.

Jeśli lubicie powieści awanturnicze, z odrobiną wiedzy, która poszerzy Wasze horyzonty, to książka dla Was. Ja oczekiwałam czegoś więcej, nie wiem, skąd to przekonanie, ale myślałam, że temu autorowi uda się sprawę ująć jednak bardziej nowatorsko.

Czekam na trzecią część kryminału o Szackim. Na pewno się nie zawiodę.

sobota, 12 kwietnia 2014
Złodzieje koni zawiedli mnie na pastwiska zielone



Tak powiedziałam, autorowi, że mnie tam swoją powieścią zabrał. Do czytelniczego raju, gdzie nie trzeba się spieszyć, nie trzeba 'z kocyka wstawać', można zapomnieć o bożym świecie, bo ma się w ręku historię ciekawą, przejmującą. 

Żałuję, że nie mam zwyczaju podczas lektury robić notatek. Gdyby to była książka papierowa, od razu wiedziałabym, że zostaje na mojej półce, mogłabym sobie ołówkiem pisać w niej do woli. Ale to był przedpremierowy ebook i do notatek potrzebny by mi był notesik, cokolwiek. A ja, jak już zasiadłam do czytania, minuty mi każdej było żal, nie polazłam po ten długopis, po ten brulion i mam za swoje. 

Miałam kilka błyskotliwych :-) myśli, że Wam to tak przedstawię, tak opowiem, że Wam gacie opadną i ustawicie się w kolejce do księgarń 24 kwietnia. Miałam wtedy przebłysk rozsądku - idę zapisać, bo zapomnę, ale potem zaraz - eee tam, tego nie zapomnę, to jest takie superowe, że na pewno będę pamiętać. 

Ale rankiem to było, do pracy spieszyłam, w biegu zbierałam klamoty, bo się oczywiście zaczytałam i co? Wyparowało ze łba jak sen jaki złoty. 

Remigiusz Grzela uwiódł mnie swoimi rozmowami. Po tym jak przeczytałam Było, więc minęło, obiecałam sobie nadrobić wszystkie grzelowe zaległości i od razu zakupiłam dwa ebooki - Wolne i Hotel Europa, tyle udało mi się tylko zdobyć. Obiecałam sobie mieć oczy otwarte na resztę. 

Aż tu pewnego dnia trafiła się okazja przeczytać przedpremierowo Złodziei koni. 

Zasiadłam z czytnikiem, oklepałam naokoło kocyk, kawę przysunęłam bliżej, okulary na nos, reszta spraw w nosie i zapadłam w świat stworzony przez pisarza. 

O-lu-dzie! Cóż to za wspaniała powieść. Cóż za język, styl! Widziałam jak się te literki i zdania ładnie układają w treść, czułam jak te naoliwione tryby wsuwają elementy machiny na swoje miejsca, jak to wszystko pięknie gra. Konstrukcja misterna, niejeden by poległ, gdzieś się obsunął w przepaść chaosu, ale nie ON, nie Grzela. 

Nasunęło mi się porównanie do koronek klockowych. Widzieliście kiedyś, jak to się robi? Tutaj krótki filmik, obejrzyjcie proszę, minutę zaledwie, a będziecie wiedzieli, o co mi chodzi. 

Wątki opowieści jak te nitki, cieniutkie, ale dużo, Grzela sprawnie klockami operuje, zawija, krzyżuje, cofa, podnosi, prostuje, już widzisz wzór, ale on się jeszcze bardziej komplikuje i dowiadujesz się, że to, co Ci się wydawało clue, jest zaledwie elementem czegoś większego, bardziej skomplikowanego.

A co może być bardziej skomplikowane i złożone od ludzkich losów, rodzinnych historii, szczególnie kiedy przypadają one na czasy powojenne - Stanisław, czasy wczesnokomunistyczne aż do przełomu współcześnie - Jerzy, aż do przedstawiciela obecnego pokolenia, nieświadomego przeszłości, nie mającego wystarczającej wyobraźni, żeby zrozumieć, wejść w skórę ludzi, którzy swoją księgę zaczęli zapisywać przed nim - Kamil. 

Trzech mężczyzn, dwóch ojców, dwóch synów i dziadek. Z czego dziadek nie zna wnuka, ba, nawet nie zna syna. Ojciec zna syna, ale go nie zna. Syn zna ojca, ale go nie rozumie. Siostra odkrywa, że ma brata. Dziadek nagle ma możliwość przejścia przez życie swojej niedoszłej żony. 

Trzech mężczyzn, różne czasy, wojna, która nie dla wszystkich skończyła się w '45, trudne decyzje, postawy, które dla jednych są oczywiście wspaniałe, dla innych całkiem na odwrót. Geny. Jaka siła w nich tkwi. Nie da się ich oszukać, ale można wytworzyć w sobie mechanizmy, które pozwolą uniknąć błędów poprzedników w rodzinie. Trzeba zrozumieć, może wybaczyć? Da się w ogóle?

W tym wszystkim kobiety, matki, żony, córka. Naturalnie towarzyszą mężczyznom, nikt przecież nie chce być sam, każdy szuka miłości, towarzysza na życie. Nie zawsze to jest oczywiste, kto z kim i dlaczego tak to się potoczyło. 

W tej powieści najpierw te nitki się plączą, ale wraz z końcową stroną powieści, chociaż w przypadku czytnika to był po prostu biały ekran - dostajemy kompletny, zachwycający wzór. Wpatrywałam się w tę nicość na ekranie i nie potrafiłam się rozstać z tą powieścią. Wracałam do pojedynczych scen, do smaczków, które jeszcze nie zostały zapomniane przez kubki smakowe w mojej głowie. Tęsknię do niej. Nie potrafiłam sięgnąć po nic innego, od kilku dni czytam prasę, blogi, odmawiam rozstania się z nią na dobre. 

To jest jedna z tych powieści, która pozostaje z człowiekiem na dobre. Myślałam, że teraz już nikt tak nie pisze. Że literatura idzie w stronę ozdobników językowych, które biorą górę nad treścią. Albo ucieka w trywializm. Albo zabiera ludzi do wyidealizowanego świata, którego nie ma. Albo odwrotnie, do bagna, gdzie brud, smród i jeden kolorowy motyl siedzi. 

A tu mięsista historia par excellence. Język w zależności od potrzeby subtelny, ale chuje też latają. Bez ściemniania. Uwielbiam. Ledwo skończyłam, a już stała się jedną z moich ulubionych powieści ever. 

Mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się kiedyś ją nakręcić. 

Czy muszę dodawać, że polecam?

sobota, 05 kwietnia 2014
Quietly - o wielkich sprawach, wielkich dramatach, czasem mówi się po cichu



Wirus, cholerstwo jakieś, jak kochanek erotoman, ciągnie mnie do łóżka codziennie o wczesnej porze, nie udaje mi się go zwalczyć, chociaż coraz to nowe kuracyje stosuję.

Przez to nie czytam, nie piszę, nie bywam w sieci, chyba, że na chwilę. Za to śpię tyle, że dostałabym rolę jednego z krasnali w przedstawieniu o Królewnie Śnieżce bez problemu, bez interwiew nawet.

Czytać, nie czytam, ale ostatnio przeglądałam listę w Kindlu, co to ja tam mam i się za głowę złapałam, bo książki niezwykle zacne, a ja zapomniałam, że je tam wrzuciłam. A wszystko przez to, że nie ma okładek, nie stoją na półce, lista do człowieka tak nie przemawia, nie woła, no to człowiek niby wie, że je ma, ale ich nie ma na uwadze. Okropne to jest. Nawet sobie kombinowałam, ze może jakiś folder sobie kupię, taki namacalny, koszulki plastikowe i będę drukować okładki,żeby wiedzieć, jakie ebooki to ja ostatnio nabyłam. Powstrzymuje mnie od tego tylko fakt, że to strasznie pracochłonne i niestety kosztowne by było. Jednak tusz do drukarki nie włosy, na głowie nie rośnie.

 

Z tego wszystkiego do tej pory, chociaż to już tydzień, nie udało mi się Wam napisać o sztuce, na którą wybrałam się w zeszły piątek. W nasze strony zawitał Abbey Theatre z Dublina, to coś w rodzaju naszego Teatru Narodowego, gdzie dba się szczególnie o klasykę, ale też i wprowadza współczesne sztuki rodzimych autorów.

 

 

Owen McCafferty to współczesny dramatopisarz, który zajął się tym razem problemem zrozumienia, wybaczenia i radzenia sobie z traumą w post-domowo-wojennym Belfaście, chociaż pewnie można by to przenieść na całą Północną Irlandię, która teraz przechodzi trudny proces gojenia ran po długo trwającym i czy zakończonym (?) konflikcie wewnętrznym.

Chyba nie ma nic gorszego od sytuacji, kiedy przeciwko sobie stają sąsiedzi, bracia, znajomi ze szkoły. Tylko dzielnica, wyznanie, przynależność klanowa determinują ich wzajemne stosunki. To wiele, chociaż gdyby spojrzeć na dwóch nastolatków, nie powinno to wszystko być dla nich aż tak istotne, żeby się nawzajem zabijać. Bo dla młodych ludzi, nie ustalonych światopoglądowo, liczy się w tym okresie co innego. No, ale to wtedy, kiedy nie ma silnych wpływów środowiska, a tam przez dziesięciolecia dużo bardziej liczyło się, w jakim środowisku i wyznaniu urodził się człowiek.

Punktem wyjścia do poszukiwań związanych z późniejszym powstaniem dramatu były badania na temat ilości samobójstw, informacja, że właśnie w Północnej Irlandii, szczególnie w Belfaście ilość ich, a także ilość osób leczących się na depresję, jest niewspółmiernie większa w stosunku do innych krajów Europejskich.

Podobno taka sytuacja jak w tym dramacie zdarzyła się naprawdę.

W pubie w Belfaście spotyka się trzech mężczyzn. Barman, Polak emigrant, dwóch gości umówionych wcześniej na spotkanie. Na zewnątrz pubu, na ulicy, niepokoje, do których tak przyzwyczajeni są ludzie tam żyjący, chociaż uważam, że akurat do poczucia zagrożenia, z jakim trzeba się zawsze liczyć podczas takich zajść, nie można na dobre przywyknąć. W środku mecz Polska-Północna Irlandia.

Mężczyzna i barman dyskutują na temat piłki nożnej, takie męskie rozmowy. Do pubu wchodzi trzeci mężczyzna i zaczyna się psychodrama. Okazuje się, że obaj goście są w jednym wieku i w przeszłości zdarzyło się coś, w co obaj byli bezpośrednio i pośrednio zaplątani, co zaważyło na całym ich życiu.

Niełatwa to rozmowa, chyba nie muszę tego mówić. Ale jak emocjonująca dla widza, jak ważna dla wielu, bo tutaj te rany są wciąż zaognione.

Z moim mężem pracuje kobieta, która jako młoda dziewczyna w Belfaście pół klasy straciła w bójkach, zamachach bombowych, działaniach zbrojnych IRA. Kiedy o tym mówi, ma zawsze łzy w oczach, czerwone plamy na szyi, suche gardło. Objawy najwyższego stresu pojawiają się już przy pierwszych słowach, zawsze krótkiej i lakonicznej opowieści.

W kulturze anglosaskiej nie ma miejsca na wywalanie flaków, na wywnętrzanie się ani znajomym, ani nieznajomym, nie przerabia się wielokrotnie tematu, nie epatuje swoim bólem, traumą, co powoduje, że Ci ludzie, wielokrotnie naznaczeni strasznymi wspomnieniami, nie dają sobie z tym rady.

Stąd depresja, stąd samobójstwa, stąd ta sztuka, próba omówienia problemu, wiwisekcji, wywrócenia wszystkiego do góry nogami, obrócenia w popiół, żeby potem pozbierać się na owo.

Bardzo to było dobre i cieszę się, że uparłam się na to jechać taki kawał, chociaż do ostatniego dnia myślałam, że idę na tę sztukę sama, bo znajomi nie bardzo byli zainteresowani tematem, albo nie mieli czasu. Cieszę się, że mogłam dzielić to doświadczenie z dwiema koleżankami, że mogłyśmy o tym potem pogadać, bo tyle emocji ciężko by mi było przerobić w pojedynkę.

Akcent polski, czyli grający barmana Robert Zawadzki, chociaż nieznany mi z polskich ról, bardzo dobrze wpasował się w przedstawienie.

Patrick O'Kane i Declan Conlon (wszyscy podlinkowani do swoich profili na stronie teatru) mogą poszczycić się wieloma rolami w teatrach irlandzkich, ale i w produkcjach międzynarodowych, takich jak Gra o Tron czy Borgiowie. Fenomenalnie zagrali, momentami aż serce zwalniało z emocji.

Może tym bardziej, że scena nasza jest kameralna, sztuka też i to wszystko mieliśmy na wyciągnięcie dłoni. Wydawało się, że również jesteśmy gośćmi w tym pubie.

Bardzo klimatyczna scenografia to wrażenie potęgowała.

 

Po spektaklu odbyło się spotkanie z autorem sztuki i aktorami. Ciekawe rozmowy o tym, co się dzieje i działo w Północnej Irlandii, o tym, jak człowiek, społeczeństwo, kraje, radzą sobie z takimi traumami. Nie obyło się bez porównań do polskiej historii, gdyż i Robert Zawadzki zabrał głos.

 

Bardzo ciekawy wieczór, będę pamiętać tę sztukę długo. Żałuję, że nie kupiłam programu, gdzie była ta sztuka też wydrukowana w formie książeczki. Szkoda mi było pieniędzy, a potem nie mogłam znaleźć ludzi, którzy ją sprzedawali.

 

Mieszkańcom Dublina bardzo polecam wytropić i zobaczyć. Wiem, że trupa jeździ po festiwalach, między innymi dostali nagrodę w Edynburgu, może będzie do zobaczenia też gdzieś indziej. Nie przegapcie.

piątek, 28 marca 2014
Annie Hall ma głos



 

Lubię Diane Keaton. Nic to, że gra głównie neurotyczki z dziwną postawą ciała, ramionami do wewnątrz i biodrami do przodu. Nic to, że jest wszędzie prawie taka sama, jakby nie grała, a po prostu w każdym filmie była sobą. Biorę ją z całym dobrodziejstwem inwentarza, jakbym spotkała przypadkiem kogoś i wiedziała, że chcę się z tą osobą zaprzyjaźnić. A jak zaprzyjaźnić znaczy to mniej więcej tyle, że ta osoba może być sobą i niczego nie udawać, bo przecież jesteśmy przyjaciółmi.

Czy to ma sens?

 

Pierwsze, co przyszło mi na myśl - ciekawe jak to było z Woody Allenem, z Warrenem Beatty, z Alem Paciono, krótko mówiąc nastawiłam się na elegancką odmianę pudelka. 

I jak to mawiał mój profesor od matematyki - byłam w mylnym błędzie.

Gdyż ponieważ albowiem, że bo nie. 

 

Diane Keaton opisała swoje życie, a raczej podała nam kilka wycinków z niego, przez pryzmat swojej matki. Poznawała siebie, jako kobietę, jako artystkę, śledząc losy matki, zastanawiając się nad tym, co widziała i rozumieła, kiedy była dzieckiem, a co z tego wszystkiego rozumie teraz.

A miała nie lada materiał, bo ponad 80 tomów dzienników, zeszytów z wycinkami, z kolażami przez matkę stworzonymi. 

Jak to w tamtych czasach bywało, mama Hall była 'uwięziona' w domu, zajmowała się dziećmi, chociaż duszę miała artystyczną i serce rwało się do czynów z goła innych, a raczej nie tylko tych, które były przypisane matce, żonie, gospodyni domowej.

W dzisiejszych czasach prowadziłaby bloga, pewnie by się w tym odnalazła, może zdobyłaby nagrodę, może napisała książkę, w końcu zdobyła miss gospodyń wtedy, to i teraz jej wrodzony pęd do bycia doskonałą miałby pewnie jakieś odzwierciedlenie. 

Diane była dziewczęciem pełnym kompleksów i zahamowań, co się zresztą za nią ciągnęło całe życie, miało odbicie w stanie psychicznym, doprowadziło do bulimii. 

W czasach swojej największej świetności aktorskiej, miała o sobie zadziwiająco niskie mniemanie. Zarzucała sobie braki w edukacji filmowej i literackiej, Woody Allen był dla niej intelektualnym przewodnikiem. I co z tego?- pomyślałam - przecież rozwój człowieka odbywa się na różnych etapach życia i czasem, jeśli ma się szczęście, spotyka się ludzi, którzy nam w tym pomagają, będąc właśnie przewodnikami. 

No, ale najwidoczniej, kiedy się mieszka w Nowym Jorku, człowiek myśli, że musi być 'skończonym egzemplarzem' we wczesnej młodości.

Inna rzecz, że to idzie w parze z brakiem megalomanii, co książce niezwykle pomogło, bo nie ma tam magla, a jest zaduma nad życiem, nad związkami, zawodem aktora. 

Nie dostałam soczystych kąsków z życia miłosnego, zresztą i dobrze, bo bym jej za to nie polubiła. Jest szczerość, wobec siebie, tematu rodziny, facetów, ale nikogo nie rani, nie wyszydza, nie wyśmiewa. 

Nie obyło się bez anegdot, jak na przykład tej o Nicolsonie, który wysłał jej czek na sowitą kwotę po filmie Lepiej późno niż później. On miał w kontrakcie udział w zyskach, Keaton nie, toteż nie spodziewała się niczego, mimo, że film miał wysoką oglądalność. Nicolson postanowił podzielić się z nią tymi pieniędzmi. Mowę mi odjęło. Nie spodziewałam się takiego gestu, najwidoczniej Diane Keaton też nie. 

Przez życie aktorki przewinęło się dużo postaci pierwszoplanowych, ale równie ciekawe były te z drugiego planu, mniej znane szerokiej widowni. Wspomina ona o tym i owym, aż człowiek ma wrażenie, że zna ją już całkiem dobrze. 

Keaton nie stroni od tematów trudnych, takich 'nieatrakcyjnych marketingowo', o których nikt nie chce słuchać. Starość, choroba (jej mama zapadła na Alzheimera), nieumiejętne funkcjonowanie w społeczeństwie (brat), poczucie niespełnienia, straconych szans. 

Podobała mi się ta książka, warto było właśnie tak spotkać się z Diane Keaton. 

Jedno ale, książka fajnie wydana, jak to u Bukowego Lasu porządnie ponad przeciętność, ale lekko przedobrzyli z szyciem i mi się książka zamykała podczas czytania. Literalnie musiała walczyć z materią, siłą trzymać w pozycji takiej, żebym strony widziała. Z tego względu czytałam ją długo, bo mi się do niej nie spieszyło, nie chciało mi się tej walki wręcz uprawiać. No, ale zwyciężyłam, dobrnęłam do końca i żadnego palca mi nie pożarło. 

Dziękuję Monice z Błękitnej Biblioteczki za wypożyczenie. 

sobota, 22 marca 2014
"Kto kupi szereg, kto kupi rząd, kto kupi jedności front?" - czyli bardzo osobista opowieść o STS'ie



Od kilku dni zachodzę w głowę, jak Wam o tej książce opowiedzieć. Bardzo chciałabym zachęcić, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wiele z Was powie - nie słyszałam, nie znam tego pana, nic o tym nie wiem, nie interesuje mnie to. Z tego powodu smutno mi niezmiernie, bo to nie tyle świadczy o tym, jak jestem stara, chociaż też, ale głównie o tym, że w pogoni za nowościami, których teraz tak dużo, zapominamy albo nie mamy czasu na to, co było kiedyś, z czego wyrastali późniejsi samodzielni twórcy, tacy jak Osiecka czy Stanisław Tym. 

 

STS - dla mnie nazwa legenda, słyszałam, ale nie widziałam, z wiadomych względów nie było mi dane, albowiem Studencki Teatr Satyryków zaczął działać w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. 
Jarosław Abramow Newerly opisuje pierwsze lata działania tej grupy. Syn Igora, autora między innymi Chłopca z Salskich Stepów, Pamiątki z Celulozy, Archipelagu ludzi odzyskanych,  niezwykle popularnego po wojnie w Polsce, młodemu Jarkowi trudno było znaleźć swoje miejsce w życiu w cieniu takiego ojca. Próbował różnych rzeczy, myślał, żeby zostać aktorem, skończyło się na tym, że zaczął studia polonistyczne. W tym czasie z grupą przyjaciół zaczął tworzyć STS właśnie. Filarami tej grupy byli również Andrzej Jarecki, Jerzy Markuszewski, Andrzej Drawicz i kilku innych. Były to niezwykle trudne czasy, mówić Wam tego nie trzeba, pozorne odwilże, potem nagłe 'branie za mordę' ('56), znowu poluzowanie smyczy i tak w kółko. Raz władza chciała pokazać ludzkie oblicze, raz kły. Młodzi w tym wszystkim, jak to młodzi, robili swoje, trochę butnie, trochę bezczelnie, pchali się do przodu. Raz im się udawało, raz nie, ale tej grupie akurat, myślę, że się tego nie spodziewali, udało się stworzyć miejsce legendarne, jedyne w swoim rodzaju, z którym współpracowało wielu potem wybitnych aktorów, muzyków czy pisarzy. Od mnogości nazwisk ludzi znanych potem bardzo, a wtedy dopiero początkujących, może zakręcić się w głowie. Miałam dreszcze, kiedy mowa była o Oldze Lipińskiej, Zbigniewie Cybulskim, Kobieli, Zapasiewiczu, Markuszewskim, Krystynie Sienkiewicz, Zofii Merle i innych. 
To nie jest sucha monografia STS-u, to są zapiski osobiste Jarosława, zresztą ich trzecia część po Lwach z mojego podwórka i Lwach wyzwolonych (o czym dowiedziałam się później). Dzięki temu, że jest to raczej pamiętnik, ta książka oddaje wspaniale atmosferę tamtych lat, podaje na tacy wiele delicji w postaci anegdot, tekstów, nie wszystkim znanych faktów. Nie tylko o grupie satyrycznej tam jest, ale i o filmach kręconych w tamtych czasach, o oficjelach na wysokich stołkach, o reżyserach i aktorach, którzy najpierw byli młodymi szczawiami po szkole lub wręcz kolegami z licealnej ławy. Albo znajomymi ojca przychodzącymi do domu rodzinnego na pogaduchy. 
Cóż za opowieść o czasach, które minęły. Uśmiałam się nie raz, kiedy autor opisywał swoje podboje miłosne, nie zawsze mu wychodziło, za nic nie chciał, żeby dziewczyna 'zrobiła z niego wała' jak sam mówił, ale cóż, zdarzało się. Albo jak pisze o swoich 'pracujących wakacjach' podczas kręcenia Pamiątki z Celulozy, spotkaniu z malarzem o nazwisku Byk, który potem okazał się innego nazwiska, bardzo potem znany, również ze swoich podbojów, ale Wam nie powiem, może Was to zachęci do poczytania. 
Przyznał się do różnych słabostek, pomyłek, jak na przykład do tego, że nie poznał się na talencie Cybulskiego i Kobieli, na ich pomyśle na teatr Bim Bom i jak zaskoczył go ich sukces. W ogóle czasem pisał o kimś trochę z góry, żeby zaraz potem przyznać, że na wyrost, na przykład Jerzy Dobrowolski przez niego wzgardzony, świetnie się odnalazł na estradzie. Hłasko przewija się prawie przez całe zapiski, najpierw jako nikomu nieznany młody chłopak z ciekawą i dziwną przeszłością robociarza, któremu ojciec Jarosława pomaga, do tego stopnia, że pożycza mu, wtedy skarb - maszynę do pisania, której to nie zaoferował piszącemu już wtedy Jarosławowi. Czyli szpila zazdrości. Ale musiał przyznać, że był utalentowany ten skurczybyk o twarzy łobuza. 
Tu jest tyle nitek, tyle fajnych tropów, że aż korci, żeby sięgać dalej, po wspomnienia innych ludzi. Dlatego już wygrzebałam z czeluści regałów Zapiski scenarzysty Stawińskiego i Szpetnych czterdziestoletnich Osieckiej, kupiłam na Allegro Wczasy pod lupą Andrzeja Drawicza, książkę o Hłasce, szukam więcej pozycji i ciągle coś znajduję. 
Nie wiedziałam, że STS obchodzi w tym roku jubileusz, ta lektura to był przypadek, ale dzięki temu audycja Teresy Drozdy w Strefie Kultury o tej grupie własnie, miała dla mnie drugie i trzecie dno, słuchałam o zdarzeniach, tytułach, ludziach, których właśnie 'poznałam' z książki Newerlego. Cóż za przeżycie, normalnie machina czasu. Jeśli jesteście zainteresowani zajrzyjcie pod ten link na stronie RDC PODCAST STREFY KULTURY Ryszard Pracz i Lech Śliwonik o STS
Szukając w sieci informacji związanej z tą książką, natrafiłam na etiudę filmową Agnieszki Osieckiej o STS, kilka minut, a oddaje świetnie atmosferę i ducha. Wzruszyłam się bardzo.
Patrzcie na te dziewczyny w fajnych kieckach, na młodą Czyżewską, na tych chłopaków, z których wielu już nie ma między nami. 
Zachęcam Was do lektury czy odsłuchania audiobooka, świetnie czyta Marek Lelek. Chciałabym go częściej słyszeć w książkach.
A ja po przerwie na Bezcennego, wracam do słuchania poprzednich Lwich części Jarosława Newerlego. Obejrzę pewnie też filmy, o których wspomina, bo mam już na nie zupełnie inne oko. 
Tak się cieszę, że natrafiłam na tę pozycję. 
Czasami myślę, że mimo, że tamte czasy były trudne, chyba chciałabym w nich żyć. 

 
Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly 1963 rok (zdjęcie pochodzi ze strony http://www.sukcesmagazyn.pl/artykul/827141.html?print=tak&p=0)
środa, 12 marca 2014
Książka za piątkę na piątkę.




Ta mini powieść ma niecałe 100 stron. W rękach nie waży nic, wydaje się, że jakby jej nie było. Ale po przeczytaniu jej waga jest nie do opisania. Po prostu ma się wrażenie, że to książka wielka jak Pałac Kultury. 
Dmitriew i jego żona Lena mieszkają w jednym pokoju z córką Nataszką. Jego matka jest chora, już mocno starsza i prognozy na jej wyzdrowienie są marne. Lena, kiedyś przeciwna wspólnemu zamieszkaniu, teraz nagle nabiera na to ochoty. Nawet nie kryje, że chodzi o to, że jak matka umrze, jej pokój przepadnie i możliwość na dwupokojowe mieszkanie automatycznie też. 
Naciska męża. Robi się gęsto od emocji. Tych jawnych i tych tłumionych. 
Ta sytuacja jest impulsem do powrotu do przeszłości, Dmitriew przemyśliwa początki związku z Leną, o tym jak układały się stosunki z rodziną i z teściami, jak on się w tym wszystkim odnajdował. Wydawałoby się, że to aż nadto na takie gabaryty, ale jest jeszcze szczególik, o którym pisać nie będę. Smaczek. No i oczywiście realia moskiewskie lat 60tych. 
Ta niepozorna książeczka, która dla mnie jest maxi jeśli wziąć pod uwagę treść, przypomniała mi o tym, jak mięsista potrafi być dobra literatura, jak ważne jest każde słowo, że nie trzeba miotać się po kontynentach, przenosić w czasie, żeby było treściwie. Oczywiście można, ale od jakiegoś czasu obserwuję taką właściwość, że jak nie ma rozmachu, rozpiętości wieków, to nie ma się czym chwalić. A to nie tak. Można nie wychodzić poza obszar kilku ulic, poza jeden pokój nawet, a napisać wspaniałą, kompletną powieść, której nic nie brakuje. 
Na FB napisałam, że znajduję ten znakomity styl u wielu dawniejszych pisarzy, u współczesnych trudno. Niestety takie mam wrażenie, że pisze się coraz więcej, niekoniecznie lepiej. Tym bardziej warto sięgać po starsze powieści, można je tanio kupić na Allegro, za Zamianę zapłaciłam złotówkę, z wysyłką 5. 
Książką za piątkę na piątkę. 
wtorek, 04 marca 2014
Azali powiadam wam - warto

 

Będę szczera jak pole - nigdy w życiu bym po tę powieść nie sięgnęła gdyby nie - że polecę Żuławskim tym od nocnika - 

a) fakt, że książka jest zgłoszona do Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach, gdzie oceniam książki jako blogerka zagraniczna

b) moje zeszłoroczne spotkanie z autorką i to, że szalenie mi przypadło do gustu jej żywe i bardzo wprost postrzeganie rzeczywistości oraz sposób wyrażania myśli. 

Pomyślałam, że nie ma możliwości, żeby taka babka jak Katarzyna Bulicz-Kasprzak napisała babola literackiego. 

No, ale ta okładka - jak dla mnie odstraszająca, co będę udawać. Wiem, że taka moda itd, niech sobie będzie, ale mnie by było wstyd z tym po ulicy chodzić. Nie, że taka okropna, ale strasznie romansowa, a ja wyglądałabym z taką 'tematyką' jak dzidzia piernik. 

 

 

[o cholerka, zapomniałam zdjąć obrus, na którym wyleguje się Franek,kiedy nas nie ma w domu (tam zawsze świeci słońce w dzień)]


Wydawcy książek są czasem sami sobie winni, bo zawężają okładką grono odbiorców, nie sądzicie? Czy nie mogłaby ona być troszkę bardziej uniwersalna? 

 

Niestety kierowana przekazem z obrazka na obwolucie, sięgnęłam po tę powieść lekko zniechęcona. Wielka ambiwalencja uczuć mi w każdym razie towarzyszyła. Gotowa byłam ją odrzucić jak tylko okaże się coś nie tak, przyznam, że trochę czekałam w blokach na znak sygnał, wystrzał pistoletu startowego. Niech no tylko jakiś fałsz, za słodko, szczebiotliwie i już by była wspomnieniem. Niedokończona.

 

Od pierwszej strony zaskoczyło. Widziałam w tym tekście autorkę, jakby to ona mówiła, jakbym siedziała obok przy stoliku z kawą i ciastkiem. Kurczę, jakby tu była.

Trochę mi oko zbielało, kiedy pies, a w ślad za nim kot i mysz, zaczęli mówić i bohaterka to rozumiała. Zbielało z rozpaczy, bo myślałam, że nie zdzierżę. Nie chcecie wiedzieć, jakie wokół fotela słowa krążyły. Już myślałam, że trzeba będzie się pożegnać. Odłożyłam. Przeczytałam inną książkę 

 

Ale poczucie humoru, z jakim jest ta powieść napisana, jednak zwyciężyło. I ciekawość, co dalej, chciałam wiedzieć, czy ta książka ciąży w kierunku 'nic nowego', czy 'nic nowego, ale jak ujęte!'

 

Bohaterka pracuje w korporacji. Baba żyleta. Bezkompromisowa, dokładnie wie, z czym się je ten korporacyjny chleb, jak rozgrywać, blefować, kiedy iść va banque. I od tego się zaczyna, od biegania, mimo braku treningu i omdlenia, co było do przewidzenia. A potem diagnoza - glejak, rak mózgu, nic nie możemy dla pani zrobić. 

Załamała się? Położyła na miesiąc do łóżka? Zaczęła walczyć i mimo wszystko podjęła leczenie? Z ostatniej strony okładki wiemy, że pojechała do chaty na prowincji. I to jest właśnie nic nowego, ale tak opisane, tak ujęte, że nie mogłam tej powieści, mimo początkowych uprzedzeń, odłożyć. 

 

Niezwykle konsekwentnie napisane, i jeśli idzie o treść, i język, co miało się prawo rozejść jak oszukany sweter góralski, bo dialogi były ludzkie, psie, kocie, mysie i sąsiedzkie, każdy w innym stylu się wypowiadał. Fantastyczne one jednak były, nie każdy może powiedzieć, że umie tak pisać właśnie dialogi, a do tego przeplatane wewnętrznymi wtrąceniami. Wszystkie elementy tej opowieści, jakkolwiek by one były niedorzeczne czy, wydawałoby się, wtórne, są umiejętnie wykorzystane i nietuzinkowo potraktowane przez autorkę. 

Poczucie humoru Katarzyny Bulicz-Kasprzak jest przednie, uwielbiam takie, oparte na stylu, na wyrażeniach, które gdzie trzeba są dosadne, gdzie nie trzeba, normalne (miałam nawet wyrzuty sumienia, bo mowa była o strasznej chorobie, a ja chwilami rechotałam jak woźnica po setce, tak mnie bawiło autorki spojrzenie na sprawę). Nie ma szczebiotania i słodzenia, czego się obawiałam. Takie obyczajówki to ja mogę czytać. 

Już wiem, co polecać, kiedy ktoś mnie spyta - co przeczytać, żeby się wyciągnąć z doła?

Ale i bez doła można sięgnąć po tę powieść, niech Wam przypadkiem nie przyjdzie do głowy czekać na czarne dni. Oczywiście jeśli lubicie taki typ powieści, bo jak tylko biografie i historyczne, to nic was nie przekona. 

wtorek, 25 lutego 2014
Ostrzegali, ostrzegali, a jak i tak nochala w te rzygi wsadziłam

 

Będzie na spokojnie, wzięłam Persen forte i jestem w stanie zen, nie mylić ze skrótem od Zenek.

Aż mi żal, ze nie wzięłam tej tabletki wcześniej, podczas lektury 'Obywatela i Małgorzaty'. 

Nie wiem, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Nigdy nie byłam fanką Republiki czy Grzegorza Ciechowskiego solo. Nie jestem też fanką literatury a'la pudelek, kozaczek i inne '-ek'. Małgorzata Potocka, cokolwiek ona o sobie nie opowiada w tej książce, nie kojarzy mi się z jakimś wybitnym twórcą, aktorką totalną, na którą się idzie do kina. Ot fajna babka, nie przeszkadza w filmie czy serialu, ale poza rolami wczesnymi, niezbyt znacząca. 

Kilka razy myślałam o kupnie tej książki. Ale ciągle coś było lepszego, a pieniędzy na wszystko brak. Potem Monika z Błękitnej biblioteczki skomentowała mój wpis o wspomnieniach Małgorzaty Tusk, że prawdziwy hardcore to jest książka Potockiej i już nie dało się zatrzymać lawiny ciekawości, tym bardziej, że mi tę książkę od ręki pożyczyła. Gdybym chociaż musiała tygodniami czekać na okazję przeczytania, pewnie by mi przeszło. 

 

 

 

O Bogu, co to za książka. To się po prostu w pale nie mieści. 

Małgorzata Potocka powinna się była kopnąć w potylicę i zapaść w śpiączkę na miesiąc, a potem nie pamiętać co to ona miała do powiedzenia. Wszyscy by jej żałowali i nie stworzyłaby tego obrazu siebie samej i Obywatela GC, jaki teraz mam w głowie. A tak, mam niesmak, jakbym się jej wymiocinami wysmarowała. Napisała, że ta rozmowa była po to, żeby Grzegorz nie wszystek umarł, żeby ludzie wiedzieli jaki był, żeby o nim pamiętali, że jest mu to winna. Łatwo się mówi, jak facet leży sześć stóp pod ziemią i już jej przywalić z bejsbola nie może za to, co ona o nim napisała. 

 

Ta książka to jest wielki pean na to, jaką wspaniałą osobą i artystką jest Potocka, jak to ona Ciechowskiego stworzyła, jak to ona go wyrwała z okowów nieśmiałości, mieszczaństwa, obudziła w nim jeszcze większego artystę niż był. A tak naprawdę wychodzi na to, że ta książka jest świadectwem, że pani obywatelowa MP jest nikim bez obywatela GC, że jak sobie poszedł, to najpierw trzeba było jęczeć jakie to straszne, że własna służąca odebrała jej męża, taka żmija na łonie wychowana od wczesnych lat nastoletnich, a jak umarł trzeba było po latach przypomnieć się ludziom wspomnieniami o nim czyli o niej. 

 

Kiedy Małgorzata porzucała męża, tak się biedna tłukła z myślami, że o mało ducha nie wyzionęła. Grzegorz też po prostu zatruł swą duszę zamartwianiem się, co też on czyni swojej pierwszej żonie. Tak się zamartwiali do imentu, że musieli się pocieszać, tak się pocieszali, że aż musiało to być w łóżku i domu pierwszej żony, że aż musiała ich nakryć i przeżyć to upokorzenie. Po prostu nie można było w tym wszystkim mieć odrobiny przyzwoitości, bo już w tych zmartwieniach nie było na nią miejsca. 

Dziecko przemieszczane po domach i ludziach jak lalka. A oni szał ciał i twórcza erupcja. No i bezustanna erekcja. 

Zęby sobie starłam o połowę, tak zgrzytałam. Ale masochizm mnie jakiś napadł, nie mogłam się oderwać, bo wbrew wiedzy, którą miałam, nadzieja jakaś się tliła we mnie, że Potocka napisze coś, co mi tę gorycz czytelniczą zneutralizuje ( i zęby przywróci).

 

Aż nadeszła część opisująca przejście przez życie pary Gośka i Grzesiek (dalej zwanych GG) - fanfary - jak to Grzesiek nauczył się jeść prawidłowo przy stole u państwa ambasadorostwa w Paryżu, używać widelczyków i takich tam. Jak to pani G ubrała pana G, w najlepsze ciuchy (które po porzuceniu rozdała bezdomnym), jak to nie miała czasu na gotowanie i sprzątanie, ale nie było problemu, bo dali klucze fankom, a one były przeszczęśliwe, że mogły im gotować, układać, prać gacie i wąchać grześkowe koszule. Swoją drogą to baby mają czasami porąbane, żeby usługiwać muzykowi po to tylko, żeby być bliżej. Szał tworzenia, wszyscy do nich lgnęli, na dzieci jakoś mało czasu było, ale to szczegół. Kochali je przecież. 

 

I to się po prostu musiało stać. Zatrudniona do dziecka opiekunka zbliżyła się do jego ojca. Ileż razy to już było? Nie lepiej było zatrudnić grubej baby w różowych galotach z PDT do kolan, bez dwóch zębów z przodu? Za to śpiewającej kołysanki ze wschodnim zaśpiewem, lepiącej najlepsze ruskie i z miękką, obszerną klatką piersiową do przytulania. Fanki do wszystkiego, no to dlaczego nie do łóżka? A jeśli Obywatel GC raz już bezwzględnie porzucił, dlaczego nie miałby tego zrobić po raz drugi? 

Potocka mówi, że kiedy ona robiła wszystko dla niego, wisiała na drabinie i trzymała reflektor w trakcie koncertu, Ania w pierwszym rzędzie, w pożyczonej od niej sukience, wgapiała się w niego i to musiało się tak skończyć, bo to uwielbienie go po prostu przyciągało. Pożyczona sukienka - synonim dziewczęcia z Nowolipek, biednego i zahukanego. 

A potem Potocka utyskiwała, że gdyby on ją chociaż z kimś ważnym zdradził, z Meryl Streep, ale ze służącą, z takim nikim? 

I tu już po prostu pękła mi guma w dresach. Nie wytrzymałam. Kim jest Potocka, żeby mieszać z błotem, akurat w ten sposób, kobietę, która ją zastąpiła, po tym, jak ona sama odebrała go innej? Matką Zenusia w Barwach szczęścia. Ktoś ją kojarzy? 

Nie ujmuję się za żadną ze stron. Cóż ja wiem o takich sprawach? Jestem żałosna, bo z tym samym mężem dwudziesty ósmy rok, bez skoków w bok, doprawdy nuda. Nie wiem, jak to jest się zakochać nagle w innym i dać się ponieść wodospadowi namiętności i nieuniknionemu. Nie wiem, jak to jest stracić ukochanego na rzecz innej kobiety, ale to wszystko właśnie chciałam zrozumieć. Oczekiwałam jednak klasy, dystansu po tych wszystkich latach, nie prania brudów i budowania pomników sobie i byłemu, kosztem tej drugiej. Ale jak cwanie, z pierwszą żoną się lubimy i ściskamy, kiedy się spotkamy, a z drugą żoną już nie (Potocka nigdy nie była zamężna z Ciechowskim), bo ta zdzira przecież ogłupiła Ciechosia i sobie poszedł. A tak Małgorzatę kochał do samej śmierci. 

Czy naprawdę trzeba było to wszystko czytelnikom wyjawiać? Czy nie wystarczyło opowiedzieć o swoim życiu ze zdolnym muzykiem, o sobie w tym wszystkim, o ludziach, którzy byli dla nich ważni, czy to rodzinnie, czy innych twórcach i muzykach, o koncertach, o wyjazdach, tak jak pięknie zrobiła to Urszula Dudziak?

Gdybym nie czytała tych drugich wspomnień, o Urbaniaku (który ją przecież zostawił dla innej), o Kosińskim, który ją też zostawił popełniając samobójstwo, o dzieciach, o tworzeniu, może nie wiedziałabym, że można to zrobić pięknie i z klasą. A tak, no cóż, idę zeskrobać resztę tych rzygów z moich włosów. To było straszne doświadczenie czytelnicze. Nigdy więcej!

wtorek, 18 lutego 2014
Wspomnienia domorosłej krawcowej, czyli co zrozumiała osoba B z tego, co powiedziała osoba A



Już od dawna mój brat mi powtarza za jakimś myślicielem, którego nazwisko zawsze wypada mi z głowy, kiedy o tym mówię, a wraca, kiedy mi niepotrzebne, że nieważne, co powiedziała osoba A, ważniejsze, co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. 

Autobiografie, dzienniki mają to do siebie, że trudno je oceniać, bo to tak, jakby człowiek oceniał czyjeś życie, a kimże ja jestem, żeby uznać, czy ktoś przeżył swoje właściwie, czy nie? Mogę ewentualnie pojąć, czy jest mi z kimś po drodze, czy podoba mi się jako człowiek, czy mogłabym się z kimś takim zaprzyjaźnić, gdyby nasze drogi się skrzyżowały. Chociaż to też może być mylne wrażenie, bo nigdy nie wiadomo, jak szczere są te dzienniki czy autobiografia, jak wiele dostajemy w tych zapiskach prawdy o autorze, a jak dużo tam kreacji na potrzeby gawiedzi.

 

Tak więc, proszę poniższą notką traktować jako moje wrażenia z lektury, to, co ja zrozumiałam z tego, co powiedziała osoba A czyli Małgorzata Tusk, a nie ocenę jej jako osoby, bo jej po prostu nie znam.

Jeśli idzie o sprawy preferencji politycznych tutaj nie mają one żadnego znaczenia, bo z takim samym zainteresowaniem sięgnęłabym po zapiski pani Kaczyńskiej, Komorowskiej, Palikotowej czy żony Olejniczaka czy Millera, a żeby być poprawnym nomen omen politycznie, partnera Biedronia też.  

 

Taki długi wstęp do tego, żeby powiedzieć, że o mało mi gałki oczne z zawiasów nie wypadły na skutek irytacji, kiedy czytałam te wspomnienia. 

Motyw przewodni to szycie i robienie na drugach. Połowa książki jest o tym, co pani Tusk uszyła, komu i jak długo to nosiła, a jak nie szyła, to dziergała. W Polsce działy się rzeczy wielkie, Donald knuł przeciwko komunie, a pani Małgorzata ma tyle do powiedzenia o tym okresie, że mu sweter wydziergała. 

Powinna jednak wziąć pod uwagę, że jest żoną premiera u progu nowych wyborów i raczej nie psuć jego wizerunku infantylnym gadaniem o tym, jak go nie chciała, a jak już chciała, to czego mu nie powiedziała, żeby go nie zepsuć. I że w sumie, momentami, dupa z niego nie facet. Jak to skomlał, żeby nie odchodziła, kiedy zakochała się w kimś innym, bo on nie miał dla niej czasu. 

Too much information pani premierowo, nie wszystko na sprzedaż.

Można to było napisać z perspektywy czasu, jakoś skomentować tamten trudny czas, a nie w szczegółach, których nikt, poza nimi samymi, znać nie musi i nie powinien, bo po co się ma ktoś potem głupio naśmiewać i pastwić?

Poza tym co to za maniera, żeby umniejszać jego rolę w rodzinie. W ogóle co to za gadanie, wciąż i wciąż, o tym, że mężczyźni mają i tak lepiej, więc ich nie można rozpieszczać. Co to pies jest?

 

Druga część, jak już trochę odpuściła o tym szyciu, cała była o tym, jak to pani premierowa potrzebuje wolności i swojej przestrzeni, jak to dzieci były przepustką do jej odzyskania, bo nie musiała już byc tak skoncentrowana na mężu. 

I znowu, może ona tego nie miała na myśli, ale ja to tak zrozumiałam - wyglądało mi na to, że pani Małgorzata jest właśnie skoncentrowana bardzo na sobie i rozdzielaniu włosa na czworo, że po prostu międli problemy, a ta miłość 'w bok' przyszła właśnie wtedy, kiedy miała za dużo wolności w sensie za mało uwagi męża kupionej na sobie. Pewnie, że zdarza się w najlepszych związkach, ale tak to właśnie jest na początku małżeństwa, że się ustala status quo na zasadzie prób i błędów i jakoś to zaczyna grać po czasie. Początki są trudne, a ja mam wrażenie, że te zapiski świadczą najbardziej o tym, że pani Małgorzata była bardzo niedojrzała, może oboje nawet, do małżeństwa. Za wcześnie, to i się schrzaniło i w sumie cudem, dzięki kaszubskiemu uporowi Donalda Tuska, nie rozpadło. 

 

Nie lubię u kobiet maniery mówienia o mężu w sposób lekceważący, pomniejszając jego pozycję i zasługi. Nie chodzi mi o to, żeby na kolanach, ale jak kobieta chce być traktowana jak partner, to niech traktuje męża równorzędnie, a nie, jaki to głuptak i 'Melancholia' mu się tak spodobała, że o dziwo na mecz nie przełączył. 
Myślę, że on ma tak mało wytchnienia, że niech te mecze ogląda do imentu, a pani Małgorzata niech mu ten obiad poda, bo resztę tygodnia i tak robi co chce, lata po znajomych i właściwie jest wolna jak ptak, czego nie widzi, bo ciągle na ten temat jęczy, nie podoba jej się, że mąż oczekuje jej w domu, kiedy przyjeżdża. Akurat w tym momencie ona musi gdzie latać 'po kominach', wolność ponad wszystko, a jego uwagę traktuje jako zniewolenie. Może tak nie jest, ale tak wyszło z tego, co napisała. 

 

Podpisy pod zdjęciami to oddzielna sztuka - "Dzieci przyszły na obiad rodzinny, ja podaję ziemniaki, Donek bawi się z Mateuszkiem" - co to kurczę jest, opisy dla niewidomych? Przecież widzę, że podaje ziemniaki, a jak nie ziemniaki, to w sumie, co to za różnica? 

Oczywiście pierwsza połowa książki jest o tym, co ma na sobie autorka i wszyscy inni i informacja, że uszyła sama. 

 

Opowieść o rodzinie, o zwierzętach, o przyjaciołach, wszystko to takie ludzkie, nawet ciekawe, ale jak się to odpowiednio przedstawi. A tu spis obecności przyjaciół i potraw, kto co szykuje na wspólne imprezy. O starych łachach uszytych na maszynie z pedałem stron pińcet, o ważnych ludziach w życiu sześć. 

Sprawa bloga Kasi Tusk. Albo nie poruszać wcale, albo trzeba było bardziej przemyśleć, bo najpierw pisze, jak to myślała nad tym całą noc, jak bali się powiedzieć Donkowi, a potem, jak to nigdy w życiu nie mówiliby dzieciom, co mają robić i jak. I taka radość, że ni stąd ni zowąd taka popularność i jak to Kasia ciężko na to zapracowała, bo wstaje o 4 prasować bluzki i spódnice na sesję zdjęciową. Wstaje, bo sobie nie uprasowała wieczorem, a popularna, bo każdy patrzy, jak jej dokopać, a właściwie jak dokopać ojcu poprzez córkę. Albo w ogóle wszystkim, którym się w życiu udaje, taka sytuacja. 

 

Mnie się akurat Kasia Tusk bardzo podoba jako dziewczyna i jej zdjęcia są nawet fajne, chociaż nie rozumiem, dlaczego na stronie bloga jest milion takich samych prawie, ale nie jestem targetem, to ciężko mi oceniać. Natomiast dlaczego taka popularność w ciągu jednego dnia, to chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, chociaż wygląda na to, ze jedyną osobą w Układzie Warszawskim, która tego nie rozumie, jest jej własna matka.  

 

Z tej książki osoba dramatu czyli autorka jawi mi się jako osoba rozchwiana i najpierw niedojrzała, potem neurotyczna, z niepohamowaną sraczką słowną, nie do końca przemyślaną niestety. A jej mąż, o Boże w niebiesiech, nikomu takiego nie życzy. Ale szczęśliwa nawet jest.

 

Czy tak miało to wypaść, czy tego chciała Małgorzata Tusk? Nie sądzę. Mam nadzieję, że rzeczywistość jest inna, ale wyszło jak wyszło. Nie było dobrego doradcy, może redaktora, może przyjaciela, kogoś, kto by powiedział - Gośka, co ty tu pieprzysz, wyrzuć te kocopły i zacznij od nowa. 

 

Przy tej książce, wcześniejsza pani Wałęsowej to nobel w dziedzinie literatury. I miał rację Lech Wałęsa, chociaż w swoim przypadku przesadza, kiedy powiedział Tuskowi, że jak żona zaczęła pisać, to jesteś chłopie w kłopocie. Czy jakoś tak. 

 

Knykci z irytacji nie obgryzłam tylko dlatego, że prawie zawsze miałam na podorędziu talerz z jabłkami. Ale o tym sza, to tak tylko między nami.

 

sobota, 08 lutego 2014
Między wariatami - czyli jak zrobić dziecko za pomocą worka z 20 kg truskawek i czy Patentex Oval mógł zmienić bieg historii?



Z felietonami to jest tak, że czyta się jeden i od razu wiadomo, czy autor(ka) nam pasuje, czy nie. Nie chodzi tu o pióro czyli styl, ale bardziej o to samo, co się czuje, kiedy spotyka się kogoś po raz pierwszy i wiadomo, czy możemy się zaprzyjaźnić, czy nic z tego nie będzie.

Rodzaj chemii jaka ma miejsce między przyjaciółmi na życie.

 

Inna rzecz, że ja się na felietonach chowałam. Mama miała zbiór Słonimskiego i podczytywałam w ukryciu. Podłoga sypialni zasłana była często płachtami Polityki (kiedyś były wydawane jako wielka gazeta, a nie kolorowy tygodnik), a tam felietony KTT i Passenta, które namiętnie zaliczałam, chociaż teraz nie jestem pewna, co z tego rozumiałam. Zawsze miałam jakiegoś ulubionego felietonistę, a to Pilcha, a to Tyma, żadnego ich tekstu nie ominęłam, nie przegapiłam.

Kiedy przyjechałam na Zieloną Wyspę ulubiłam sobie Roisin Ingle i jej felietony w Magazynie The Irish Times. No i nie bez znaczenia pewnie jest, że sama przez wiele lat pisałam felietony, chociaż nie w tak prestiżowych tytułach, no i nie tak genialne, chociaż gdyby sądzić po ocenie czytelników, również nie bez znaczenia.

Z polskich tygodników czytam najchętniej Newsweeka, a tam od czasu pojawienia się Marcina Mellera, jego felietony. Wcześniej publikował je też gdzie indziej i ja tak za nim podążam, gdziekolwiek nie idzie. Mam nadzieję, że nie przejdzie do Wędkarza polskiego, bo ten chyba nie ma elektronicznej wersji, a papierowej tutaj nie kupię. 

 

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wydał książkę. Nie stawiałam sobie pytania, czy ją kupić, bo to było jasne, ale problem był w wyborze nośnika - analog czyli papier, ebook czy audiobook? Okazało się, że lektorem wersji audio jest Wojciech Mecwaldowski, a wiadomo wszystkie Wojtki to fajne chłopaki, a Mecwaldowskiego lubię szczególnie, wybór więc padł na uszatą wersję. 

 

Co ja Wam będę mówić, to było jak rozmowa z kumplem, którego dawno nie widziałam. On opowiada, ja piję i rechoczę jak żaba na wiosnę. Aż mi głupio czasem było, bo słuchawka dyskretnie w uchu, gdzieś w autobusie, a ja nagle zanoszę się śmiechem, jakbym rozum postradała. Jazda samochodem, normalnie uwielbiam słuchać książek przy tej okazji, okazała się niebezpieczna w takim towarzystwie. Sprzątanie, no cóż, można sobie narobić jeszcze więcej roboty, zasłuchałam się i wlazłam w wiadro, wylałam i musiałam ratować się przed tego skutkami. 

 

Marcin Meller pisze na różne tematy. Też o trudnych podróżach w rejony ogarnięte wojną albo biedne. O tym wszystkim można pisać na kolanach, można poważnie uczulać czytelników na to, co tam się dzieje, ale można też napisać o tym w sposób lżejszy, jednocześnie nie ujmujący tematowi powagi. 

No i bardziej osobisty, co mnie akurat odpowiada szczególnie, bo nie lubię, kiedy w treści nie widzę człowieka. 

 

Poglądy - tak się składa, że mamy z autorem te same, czytam i co chwila mam ochotę 'stuknąć się z nim kielichem' (dziwne, że ja tak ciągle o tym piciu, nie pijąc alkoholu prawie wcale), pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że jesteśmy to samo pokolenie, prawie ten sam rok urodzenia nawet, czyli te same filmy, te same książki na różnych etapach nam towarzyszyły. Podoba mi się to, że jest gdzieś ktoś, kto mówi również w moim imieniu. 

Też lubię czytać przy jedzeniu, chociaż tego nie robię, bo musiałam nauczyć dzieci dobrego zachowania przy stole :-), ale w toalecie kto mi zabroni? Cieszę się, że nie ja jedna mam tam podręczną biblioteczkę. 

Lubię to, że Marcin Meller nikogo i niczego w tych felietonach nie udaje. Szczerze pisze o tym, co go zachwyca czy wkurza. Czasem dosadnie. Też lubię czasem 'kurwą' zarzucić. Walczę z tym u siebie, ale niestety bezskutecznie, bywa, że inaczej się nie da,  dosadnie trzeba coś wyrazić. 

Trochę mnie denerwowało, że  te teksty są zebrane tak chaotycznie, bez ładu bez składu czasem, po wariacku, ale tytuł w końcu zobowiązuje. 

 

 

środa, 05 lutego 2014
Przewrotnie dobra



Zacznę od gawędy przy ognisku (u mnie kominek ogniem bucha, bo znowu wichura).

Na Festiwalu Literatury Kobiecej spotkałam wiele pisarek. Przebywanie wśród nich przypominało bycie wśród kilkudziesięciu matek rozkochanych w swoich dzieciach i bardzo z nich dumnych, a rozmowy o literaturze, czyli tych dzieciach właśnie, czasem było jak chodzenie po potłuczonym szkle, spadek koncentracji i już masz kilka dziur w stopach. I tak być powinno, twórca ma być dumny, a czytelnik uważny w ocenie. Ale szczery. Tak to widzę. Inaczej to wszystko, te całe blogi, nie mają sensu.

Najtrudniejsza sytuacja dla blogera książkowego jest wtedy, kiedy otrzymuje powieść od autora. Szczególnie, kiedy dzieje się to osobiście. Moment, kiedy moja ręka dotyka książki, a ręka autorki jeszcze jej nie puściła, przepływ energii, spojrzenie w oczy, a w tym wszystkim wymieszane uczucia obu osób - 'mam nadzieję, że ona ją doceni' - 'mam nadzieję, że książka będzie dobra, bo co napiszę jeśli nie nie?'

Tak właśnie było w przypadku 'Przewrotności dobra'. Jolanta Kwiatkowska wręczyła mi ją ze słowami - chcę żebyś mi szczerze powiedziała, co o niej myślisz.

Gdyby wzięła nóż w rękę i wbiła mi w czoło, byłoby to tożsame.

Co robić? Co robić? Patrzyłam na książkę z lękiem, bo autorkę zdążyłam już polubić i po prostu nie przeżyłabym zawodu i tego, że trzeba by o tym powiedzieć.

Jeśli nie wiesz, co robić, na razie nie rób nic. Tego uczy pobyt w Irlandii i mentalność wyspiarzy (mam jeszcze kilka innych rad w zanadrzu). Położyłam na oczach i postanowiłam poczekać.

Aż przyszedł dzień, że ta książka mnie zawołała. Poważnie. Leżała sobie w środku stosu i magnetycznie zaczęła na mnie oddziaływać, aż nadszedł taki moment, że nie mogłam się jej oprzeć i zaczęłam czytać, natychmiast. Czas niedobry, koncentracja nie ta, wszystko nie sprzyjało czytaniu, nie mogłam się na niczym skupić, a tu książka woła i nie chce przestać.

 

Wzięłam do ręki pod wieczór i przepadłam. Wciągnęło mnie, takim wirem jak z Gwiezdnych wrót, w świat Doroty Cichockiej. Rozpęd jest krótki, kilka stron zaledwie, jeszcze człowiek nie wie, czego się spodziewać i nagle wpada w obłędne koło zdarzeń, uczuć, myśli, czytelnik wrażliwy traci tożsamość, staje się Dorotą. Niesamowite, dawno mi się to nie przytrafiło.

Nazajutrz myślałam tylko o tym, żeby znowu zacząć czytać. Do pracy mało się nie spóźniłam, po południu, gdyby nie syn, zawaliłabym wizytę u lekarza, bo o niej zapomniałam. Czekałam niecierpliwie na wieczór, żeby tylko móc wrócić do lektury.

Czytam w każdej wolnej chwili, ale nie po nocach. Pewnie to 'starość', ale przychodzi północ i lektura zaczyna mnie usypiać. Na leżąco to już w ogóle. Wiedziałam o tym, więc usadziłam się w fotelu moim czerwoniastym, przykryłam kocem, zaopatrzyłam w talerz jabłek pokrojonych na cieniutkie plasterki, w kubek herbaty wielkości wiadra i mogłam nie wracać do świata realnego przez kilka godzin. Skończyło się na tym, że grubo po drugiej skończyłam, o trzeciej myłam łeb, żeby być gotową na rano do pracy. Nigdy tej nocy nie zapomnę i tej powieści też.

 

Już dawno nie miałam do czynienia z tak złożoną bohaterką, treścią, która razi jak piorun, a przy tym czyta się tak lekko, po prostu płynie ta opowieść jak Niagara i jak Niagara nie daje się zatrzymać.

Dorota - czy ona jest dobra, czy wręcz przeciwnie? Czy to ofiara czy jednak bardziej kat? Czy to, co ją spotkało, może tłumaczyć to, co spotykało innych od niej? Pytania się mnożą, ale odpowiedzi daremnie szukać, czytelnik musi je znaleźć w sobie, w swoim sumieniu, w swoim poczuciu moralności. O Dorocie rzecz ta jest, a jednak o każdym z nas też. I o dobru i złu braciach rodzonych. A może syjamskich nawet?

Przeszłość determinuje przyszłość, całe życie, można jednak się z tym zmierzyć, próbować przynajmniej. Można też przejąć kontrolę, stać się Królową Manipulacji, a jednocześnie pozostać małym dzieckiem zamkniętym w sobie jak w ciemnej szafie.

Trudno jest napisać o trudnych sprawach tak, żeby czytanie nie było traumą. Tutaj to się udało.

Co ja mówię udało, Jolanta Kwiatkowska to sprawiła i bardzo jej gratuluję tej książki.

Tak się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać. I pomyśleć, że mogłam na tę powieść nigdy nie trafić.

 

'Przewrotność dobra' jest świetnym przykładem na literaturę środka.

Jest cholernie dobra, pozostawia ślad na zawsze, a jeśli nie, to na pewno na długo po zakończeniu lektury. Jestem przekonana, że gdyby Jolanta Kwiatkowska pisała w języku angielskim, gdyby trafiła na dobrego agenta, tą powieścią podbiłaby rynek i teraz tłumaczono by ją na sto języków, a w Polsce zachwycalibyśmy się złożonością postaci i oryginalnością pomysłu.

A tak kogo nie spytam, to jej nie zna.

Nie szkodzi, będę wszystkim o niej mówić, a jak nie przeczytacie, to nie gadam z wami. O!

sobota, 01 lutego 2014
Słabizna aż piszczy

 

Jestem chyba najdłużej czekającą osobą na świecie na obejrzenie tego filmu. Aktywnie czekającą, czyli za każdym razem, kiedy widziałam okładkę książki 'Syberiada polska', w duchu zawodziłam jak płaczka grecka, że nie miałam jeszcze okazji zobaczyć ekranizacji.

Książka mi się szalenie podobała, historia kilku rodzin wywiezionych na Syberię z Podola, od pierwszych kart tej opowieści, budziła u mnie takie emocje, że mi kilka razy serce siadało. Płakałam okrutnie, martwiłam się, a jak tylko pomyślałam o tym, co ja bym zrobiła, jak ja bym przetrwała, moje dzieci - miałam ochotę rzucić się krzyżem w kościele w podziękowaniu, że to wszystko nie jest naszym udziałem.

Wiedziałam o ekranizacji, widziałam zajawki w TV, trailer na You Tube - tyle miesięcy musiałam obejść się smakiem. Aż dostałam od znajomego dvd do obejrzenia.

Rodzinnie mam trochę zawirowań, ciężki czas, stresujący, ale nie mogłam się oprzeć i jednak włączyłam wczoraj do obejrzenia. Napisy początkowe lecą, a ja myślę - czy ja dam radę, czy to dobry moment, może powinnam dzisiaj odpuścić? Ciekawość zwyciężyła.

Zaczyna się - wywózka, myślę, jak pokażą scenę z gospodarzem, który się powiesił w stadninie ukochanych koni, bo nie mógł zdzierżyć tego, co się dzieje, że go z nimi rozdzielają, że mu się świat wali, zawału dostanę. Naprawdę nastawiłam się na to, że będę musiała wyłączyć, że nie dam rady.

Co dostałam w filmie? Nic. Żadnych emocji. Przyszli, kazali się zbierać, pojechali, w pociągu sobie usiedli i tyle. Ludzie! Opis wywózki w książce, podróż jest szalenie obrazowa i smutna niemożebnie, a tu nic. Dobra, myślę sobie, film ma swoje prawa, nie może być za dużo o tym, bo na nic innego nie zostanie miejsca. Przyszło mi do głowy, że może serial byłby lepszy?

Oglądam dalej, matka choruje. Ojciec gdzieś poszedł, w powieści ta jego droga po leki jest szalenie emocjonująca, dzieciaki same zostały, głodują, wodę z gałęzi malinowych piją, a tutaj gdzieś się tam ojciec błąka, trochę mu zimno, wrócił, wkurwił się, tyle. A dzieci były dokarmiane i było im całkiem ciepło i przyjemnie. No żesz cholera jasna.

Sorry, za przeklinanie, ale mi po prostu guma w dresach strzela, kiedy o tym filmie myślę.

Piękna, złożona postać kobieca, którą gra Sonia Bohosiewicz w filmie się obroniła. Ale jacy oni wszyscy piękni, jak gustownie ubrani, kożuchy, lica rumiane, chyba śnię.

Praca w tajdze - mordercza w książce, zaledwie ciężka w filmie.

Ale za to romansu dużo. Mąż na moje utyskiwanie powiedział - bo to film o miłości jest, a nie o ciężkim losie wywiezionych ludzi.

W książce to wszystko było przeciwstawione - nowe miejsce a dom na Podolu, ciężka praca w trudnych warunkach, a żyzne ziemie podolskie, okropny los i w tym wszystkim miłość. 

A tutaj wszystko takie ładne, głód też ładny, a właściwie nieobecny, wszyscy ludzie dobrzy, Rosjanie też, a komendant troszku tylko srogi. Na to wszystko Polacy i Żydzi ręka w rękę ciężki los dzielą. Brakowało tylko Murzyna co podaje rękę białemu i zbliżenie. 

Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego idzie u mnie pod etykietę 'słabe jak herbata babci klozetowej'. Jedyne dobre dwa elementy filmu to Sonia Bohosiewicz w roli Ireny i Paweł Krucz jako Staszek Dolina. Aktorzy grający Rosjan też dobrzy. Reszta mi po prostu przepadła w odmętach bylejakości. 

Nie spodziewałam się tego po takim reżyserze i po tym materiale. Nie ma tam nic, co w książce mnie urzekło, nie ma tych wielkich emocji, wszystko po łebkach, jeśli reżyser się zorientował, ze nie zmieści w dwie godziny, trzeba było nie robić w ogóle albo robić serial. Ten film to obciach i tyle. 

Jestem pewna, że jeśli ktoś oglądał najpierw film i ma teraz sięgnąć po książkę, najpewniej tego nie zrobi. A szkoda. 

 



wtorek, 28 stycznia 2014
Spacerując po Londynie czyli o tym, że podszewka bywa dziurawa



Im człowiek starszy, tym trudniej go zaskoczyć. Oczywiście ma się swoje 'lubienia' i

'nie-da-się-oglądania', ale bez przesady, żeby z gębą otwartą siedzieć cały film, to mi się zdarza niezwykle rzadko.

Ponieważ mam tego palca połamanego u nogi, to mniej mi tyłek nosi, oglądam zatem filmy.

Nawet popełniłam Skyfall czyli Bonda Craigowego. Miałam dobrą wolę, ale mi się nudziło, z tego wszystkiego kanapki sobie robiłam, herbatę, owoce, nic mi z akcji nie umknęło, bo większość to wiadomo - cliché Bonda przez samego Bonda. 

W połowie zarzuciłam, bo jak zobaczyłam Bardema z przerostem cech wszelkich na twarzy (natura jest czasem okrutna), przedstawionego jako albinosa, bo wiadomo, najlepiej tak świra pokazać (wkurza mnie to), nie zdzierżyłam i odpłynęłam, kulejąc, w siną dal.

Szklaną pułapkę miałam obejrzeć, bo mi jakiś niewytłumaczalny sentyment został, ale też nie dałam rady. Pierwsza jednak była najlepsza. 

Co mi przypomina taką śmieszną sytuację związaną z tytułem. Jak wiadomo, Szklana pułapka do DIE HARD. Nie wiem, dlaczego myślałam, że to coś po niemiecku. Nie pytajcie, wytłumaczenia na to nie mam. 

Pytam kiedyś chłopaka mojej Miśki, co oznacza tytuł - uwaga - piszę jak wymawiałam - die hard. On - twarz blacha, z jeszcze teściowymi się bowiem nie zadziera - daj hard. No tak, mówię, ale co to znaczy (myśląc, że anglojęzyczni to oczywiście wszystko zangielszczają, nawet niemieckie tytuły). Daj hard on do mnie. Na to ja, no ale czy słyszałeś, co to może oznaczać? No to on spokojnie, bo to w ogóle niespotykanie spokojny człowiek jest - daj hard czyli DIE HARD, czyli umrzeć w mękach, czy giń w mękach czy jak tam, można na dziesięć różnych sposobów przetłumaczyć, ale idzie o to, ze dopiero załapałam za trzecim razem, że to po angielsku jest nie po niemiecku. Jak im to powiedziałam, to nie mogliśmy przestać się śmiać. Stąd pewnie moje miękkie serce dla tego filmu.

Ale nie o tym miało być. 

Dzień czy dwa wcześniej obejrzałam dwa, które mi zapadły w serce, z różnych powodów.

Niemożliwe o tsunami i rozdzielonej rodzinie. Ach, pomyślałam, tkliwy będzie, niech jest. Łez wylałam morze oczywizda, ale oprócz tego taki był realistyczny, że cała się zwinęłam w kłębek i wszystko bym dała, zeby nie oglądać, a przestać nie mogłam. 


Drugi natomiast to jak dla mnie - majstersztyk. Do tego w ogóle o nim nie słyszałam, a obejrzałam przez przypadek. Ach jak ja lubię takie przypadki. 

London Boulevard - opis fatalny, że facet wychodzi z więzienia i dostaje pracę u gwiazdy filmowej, która przechodzi załamanie nerwowe. Colin Farrell gra główną rolę. Nie lubię go, nigdy nie, a do tego wiadomo, nie będzie kolin pluł nam w twarz i córuś porzucał, więc generalnie jest u mnie na czarnej liście. Poza 'In Bruges'.

Keira Knightley - już za samą konieczność sprawdzania, jak się pisze jej nazwisko można ją znielubić :-) A tak na poważnie, denerwuje mnie niestety końska szczęka i chudość z klatą jak zgięty karton. Wiem, że sama piękna nie jestem, ale na ekrany się nie pcham, a ją muszę czasem oglądać i mogłabym się obyć, bo aktorką moim zdaniem jest średnią. 

Gdyby nie obecność Davida Thewlisa w tym filmie, pewnie bym nie pozostała przy postanowieniu obejrzenia pierwszych kilkunastu minut. 

 

 


I się przykleiliśmy do ekranu z mężem jak glonojady, nigdzie nie odeszłam do końca. Pić mi się chciało, siku mi się chciało, telefon ćwierkał i pipał, a ja nic, oglądałam i im dalej w las, tym to wszystko lepsze było.

Nie chcę Wam wiele opowiadać, ale nic tu nie jest powtórką z rozrywki, nic oczywiste, nie tam, że wyszedł i chce uczciwie żyć dlugo i szczęśliwie, że się prześpi z gwiazdą i  - I will alwaaaaays looooove you. Oł noł.

Zaskakujący, momentami brutalny, ale dałam radę, więc nie epatuje i nie rozgrywa filmu tą kartą, ironiczny, dający do myślenia, ciekawy po prostu. Ciągle mam przed oczami kadry z tego filmu, słyszę teksty i bardzo mi się to wszystko cuzamen do kupy podobało. 

A poza tym całkiem nie wiem, co się stało z tymi tłem pod tekstem i dojść nie mogę.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!