O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
wtorek, 30 października 2012
Urodzinowo i świątecznie, a zamiast tortu, Hania pokroiła moje serce

O ludzie, zapomniałam z tego wszystkiego o urodzinach bloga - 25 go października stuknęło nam 3 lata.



Z jednej strony wydaje mi się, że to wieki, a z drugiej - gdzie ten czas zleciał? Pamiętam do tej pory ten dzień, kiedy biedziłam się w kuchni nad szablonem, nad dodawaniem obrazków i tak dalej. Zaczęło się od blox, potem odbiłam na blogspot, ale jednak zostałam też i na blox, bo tam jest wiele dobrych znajomych, których nie chciałam tracić z oczu i nie chciałam im zniknąć, bo wiadomo, co z oczu to z serca.
Nie raz już pisałam, że uwielbiam to moje blogowe życie, blogowe znajomości, Wasze wizyty, moje u Was, to wzajemne napędzanie się na książki. Nie poznałabym Was gdyby nie blog. Życzę nam wszystkim wielu lat razem, trochę egoistycznie, ale co tam, moje urodziny blogowe, to mi wolno. 

A jak już tutaj jestem, opowiem wam o filmie świątecznym, który sobie zapodałam w nadziei na poprawę humoru. Trafiłam jak kulą w płot, jeśli idzie o rozweselanie siebie, ale film dobry. Spłakałam się jak bóbr, aż czkawki dostałam. A mowa o 'Hani' Janusza Kamińskiego.

 


Płakanie nie umniejsza wartości filmu broń Boże, tylko niech Was choinki i Mikołaje nie zwiodą. To nie będzie komedia romantyczna. Za to refleksyjny film o tym, co przynosi szczęście, że droga do zrozumienia tego bywa czasem bolesna, że trzeba wybaczać, dla samego siebie, bo nienawiść czy żal nas potrafi zatruć. A najbardziej o tym, że czasem traci się właściwą perspektywę i niby jest dobrze, ale życie się rozłazi jak stare gacie z PDT-u
Ten film przeszedł prawie bez echa, a może tylko mnie się tak wydaje? W każdym razie wart uwagi, polecam. 

sobota, 27 października 2012
Był dom... O utracie, ale i paradoksalnie wolności wynikającej z tej utraty

 

 
Tę książkę dostałam do przeczytania od Moniki z błękitnej biblioteczki z poleceniem, że na pewno mi się spodoba i w ogóle jest świetna. Raz mi proponowała, ale wymówiłam się długą kolejką do czytania. Drugi raz mi do ręki dała i też chciałam się wymówić, ale pomyślałam, że my mole przecież zawsze mamy kolejkę do czytania i jak nie teraz, to kiedy? No niby można by kiedy indziej, ale wtedy też będzie co innego do czytania, bo ja po prostu ZAWSZE coś czytam i coś mam już na stoliku nocnym w stosie zabójczym, bo kiedyś mnie on przywali we śnie i mąż rano zimne nóżki zastanie.

Poniosłam ją więc ze sobą do domu. Zresztą jak trzy inne, bo tama puściła, a u Moniki człowiek się czuje jak alkoholik zamknięty na noc w monopolowym, jeden 'łyczek' i poooooszło...

Był dom... zachwycił mnie od pierwszych zdań, chociaż... ale o tym później. Nie wiem, co ze mną się dzieje ostatnio, ale lubię czytać biografie i dzienniki, to podobno jest znak wieku, jaki osiągnęłam, bo jak się jest młodym, to głównie idzie się w fikcję, a im człowiek starszy tym niej zainteresowany wymysłami, a bardziej życiem i dziejami innych. Jak widać będzie po lekturach, jestem w wieku średnim, fikcja nadal mnie pociąga, ale ręce mi się trzęsą do takich książek jak te wspomnienia Anny Szatkowskiej właśnie.

Anna jest córką Zofii Kossak, pisarki, działaczki, w czasie wojny mimo tego, że Niemcy bardzo chcieli ją dostać w swoje łapska i gdzieś unieszkodliwić, również bardzo aktywnej w tajnej organizacji katolickiej, między innymi ratowała Żydów.

Pierwsza część opowieści dotyczy domu w Górkach i beztroskich chwil przed wojną. Stanowi to kontrast do tego, co działo się potem, do czasów okupacji i wygnania. O tym ostatnim etapie mało pisze, tylko sygnalizuje, co się działo po 'wyzwoleniu'.

Anna była w czasie wojny nastolatką, świadomą już tego, co się dzieje, jednocześnie z jej zapisków wynika, że starającą się jak najlepiej odnaleźć w tamtej rzeczywistości, nie tracąc empatii, dobrego humoru, ludzkich odruchów i takiej podstawowej przyzwoitości ludzkiej, która sprawia, że człowiek może być zawsze z siebie dumy i śmiało patrzy w swoje odbicie w lustrze.

Była w Powstaniu Warszawskim, najpierw na Starówce, potem kanałami udało jej się uciec. Czytałam kilka innych pozycji będących świadectwem tamtego zrywu i pamiętam, jak na przykład podczas czytania Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego,  mało się nie pochorowałam z emocji. Tutaj tego nie było, jakoś tak zimne i wyważone jest to świadectwo. Poszli, wrócili, ktoś zginął, ktoś zagrał na fortepianie. Nawet opisy rannych, że robactwo w ranach, że na żywca krojeni, było zaskakująco beznamiętne. Po prostu Anna Szatkowska oddawała świadectwo prawdzie, ale jakby się blokowała przed traumą wspomnień i nie dawała dojść do słowa emocjom. Nie mnie oceniać, jak najlepiej o tym pisać, to był czas tak straszny, że każdy ma prawo opisywać to jak uważa, ale mnie to trochę zdziwiło, że jakoś gładko mi poszło czytanie o tym, co spodziewałam się przeżyć ciężko i odchorować jeszcze kilka dni potem.
Do tej pory pamiętam opisy tortur w Kolumbach u Bratnego, zapach powietrza w ogrodzie, kiedy na leżaku czytałam kolejny tom, jaką herbatę piłam, jak czas mi się zatrzymał i byłam tylko ja i ta historia. Śniło mi się to po nocach, ale wcale nie chciałam, żeby było lekko, oni się tak męczyli w czasie wojny, i ja mogłam się pomęczyć wchłaniając wiedzę o tamtym czasie.
Tu po prostu przyjęłam do wiadomości, co się działo i że było ciężko. 

Najbardziej wzruszyło i zastanowiło mnie to, co napisała pani Anna pod koniec książki, kiedy to opuszczały z mamą Szwecję i pierwszy raz od wielu lat musiały kupić walizkę, bo tyle rzeczy nagromadziły. Pani Anna pisze:

"Lecz przepadła całkowita swoboda, z jaką żyłyśmy przez ostatni rok i którą tak pokochałam - bez bagażu, bez własności, bez niczego, co mogłoby krępować nasza gotowość do działania. ...skończyła się nasza niezwykła wolność"

Rozumiem to, bo przez chwilę czułam tę wolność, kiedy przyjechałam tu do Irlandii, z jedną walizką na osobę, w której zamykało się dotychczasowe życie. Najpierw poczucie straty, a potem niesamowita przestrzeń i wolność właśnie. Długo to nie trwało, zaraz obrośliśmy w przedmioty, książki przyjechały i chociaż kocham je nad życie, wspominam z łzą w oku poczucie tej przestrzeni bez niczego.

W młodości dostałam kilka książek Zofii Kossak od babci, ale wstyd się przyznać, nie sięgnęłam po nie wtedy, a potem przepadły w zawierusze likwidowania moje domu rodzinnego. Jestem z tego powodu teraz zrozpaczona. Wiem jednak, że książka, którą najbardziej chciałabym przeczytać, czyli 'Z otchłani. Wspomnienia z lagru', nie była wśród tych zaginionych, a to tę właśnie najbardziej bym chciała poznać, więc czeka mnie teraz jej poszukiwanie. Innych tez, bo bardzo jestem ciekawa tej pisarki.

A na moim Co-Dzienniku piszę dzisiaj o wrażeniach z obejrzenia Wyspy Tajemnic. Zapraszam 


czwartek, 25 października 2012
Cykl o wydawnictwach zaczynam, poza tym o jednej takiej nowości i jednej niezdobytej twierdzy rzecz ta będzie

Po pierwsze dlatego, że w Krakowie targi się zaczynają, a ja tam być nie mogę i serce mi się rozpada na tysiąc kawałków, kiedy widzę w sieci doniesienia z tej imprezy. Już nawet nie chodzi o zakupy, ale o atmosferę, o spotkania blogerów, z pisarzami, mam tam kilka osób wystawiających, do których serce lgnie, poza tym bliskie sercu pisarki podpisujące, ach jakże bym się chciała z nimi wszystkimi zobaczyć. I z samym Krakowem, który jest piękny, pewnie o tej porze roku tym bardziej, a z którym mam wiele wspaniałych wspomnień i stosunek do niego szczególny.
Siedzę i mam do siebie żal, że nie potrafiłam się w tyle ekstra dudków zaopatrzyć, żeby na nic nie zważając, polecieć tam na trzy dni.
Nic to, może w przyszłym roku?
Poza tym, oglądając zdjęcia stoisk różnych wydawnictw, pomyślałam o tym, żeby po kolei opisywać tutaj niektóre, te, które mnie czymś ujęły czy zaskoczyły. Zawsze piszemy o książkach, poszczególnych tytułach, ale wydawnictwa też są przecież ważne, bo bez ich starań, o kolejne dobre tytuły, o to, żeby książki wyglądały godnie i ciekawie, żeby się miło czytały i były przyjazne - nie mielibyśmy tyle przyjemności.
Oczywiście, są ebooki i czytniki, swoją drogą śmiesznie mi obserwować ochy i achy nad nimi, kiedy jeszcze niedawno w sieci było tyle oburzenia, że nie zastąpią papieru. Teraz ludzie przyjaźnią się ze swoimi czytnikami, nadają im imiona, głaszczą z czułością, zdobywają w pocie czoła, bo nie tylko drogie, ale i jeszcze trudne do sprowadzenia do Polski (niektóre). Kiedy ja nazwałam swojego Soniaka Marcel i o nim napisałam, od ludzi teraz uwielbiających taką formę czytania, dostałam tyle komentarzy na nie, że aż mnie to zszokowało. Widać poglądy są zmienne, i dobrze, bo ja jestem jak najbardziej za czytnikami, co nie znaczy, że o papierowych  wydaniach zapominam i je odrzucam. Wręcz przeciwnie. Niektóre, szczególnie te ze zdjęciami, wspomnieniowe, inaczej niż w tradycyjnej formie, mnie nie interesują.

I tu wracam do wydawnictw, które chciałabym dzisiaj pochwalić, za to jak wydają książki.

Na pierwszy rzut idzie Wydawnictwo Literackie

 


Pewnie dlatego zaczynam właśnie od niego, bo przytargałam z Polski Orianę i nie mogę przestać się radować na jej widok. Wcześniej z majowych Targów Książki przywiozłam Pra, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z Martą Orzeszyną, która mnie sterowała przez telefon, gdzie jest stoisko Wydawnictwa Literackiego (zadekowali się na samej górze, za to na przeciwko Czarnej Owcy), dzięki niej doszłam tam i kupiłam tę pozycję. Zmachana, zziajana, dopadłam stoiska i nie miałam w ogóle siły wyartykułować, co chcę kupić. Ale tam była taka miła obsługa, że bawiąc mnie rozmową, najpierw dali mi się wydyszeć, a potem podali upragniony tytuł. Tak mi się śpieszyło, że nie miałam nawet czasu ani siły przegrzebać dokładnie zasobów, czego będę całe życie żałować. A do Krakowa nie jadę, buuuu.
Nawet sobie o tej gonitwie wpis w książce poczyniłam, przecież jej nigdy nikomu nie oddam, a zawsze, kiedy otwieram, wracają do mnie te chwile



Ich książki, nie dość, że pięknie wydane, to jeszcze przyjazne czytelnikowi, a przyznajcie, nie zawsze tak jest. Po pierwsze pięknie się rozkładają, są szyte więc nie ma problemu z tym, że się rozpadną. Można sobie położyć na stole taką książkę i nie zamyka się, co najwyżej kartki się podniosą, ale o ilu książkach coś takiego można powiedzieć? Mam teraz jedną w planach, która mi się nie daje w ogóle otworzyć, a co dopiero tak położyć na stole, będę musiała ją chyba 'rozłamać', może nawet się rozpadnie, ale przecież pół zamkniętej nie będę czytać.
Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Do tego, na przykład okładka wspomnień Wałęsowej (na zdjęciu górnym), taka aksamitna, ze sama przyjemność w rękach trzymać. 'Pra' w twardej oprawie (zdjęcie dolne) leży już pięknie, i w rękach, i na stole. Sama przyjemność obcowania z tekstem. Książka sama zaprasza.


Możecie się śmiać, że to nieistotne, dla mnie tak, bo ja lubię czytać w różnych okolicznościach i denerwują mnie książki, które 'walczą' z czytelnikiem o dostęp do tekstu.
To samo tyczy się czcionki i odstępów oraz marginesów. Wydawnictwo literackie ma to świetnie zbalansowane. Nie mam pojęcie, jakiej czcionki używają, kiedyś to było zaznaczone w stopce lub informacjach na kolejnej stronie, ale już tego nie stosują, a szkoda, bo dla niektórych, szczególnie okularników, i wygląd tekstu ma znaczenie.
Najważniejsza zawsze jest oferta, bo co bym nam było po tych pięknych wydaniach, gdyby nas treść nie interesowała. A ta jest imponująca, bo i dla wymagającego czytelnika coś, i czytadła, wszystko jednak (prawie, ale o gustach się nie dyskutuje, co dla mnie jest nie do czytania, dla innych wyczekiwaną nowością) na poziomie przynajmniej dobrym, jeśli nie fenomenalnym.

I nie myślcie sobie, że ja z nimi współpracuję, że to jakiś tekst promocyjny czy coś w tym stylu, po prostu czasami wielka chętka pisać o czymś około-książkowym, zauważyć nie tylko treść, ale i 'oprawę tejże', co dla mola jest równie ważne, czyż nie?

Z innych spraw chciałabym powiadomić, że książka, którą swego czasu opisywałam tutaj, niestety wtedy nieprzetłumaczona na polski, ujrzała światło dzienne w naszym kraju, a jest to 'Ladacznica' Emmy Donoghue.   

 


A poza tym muszę się poskarżyć, że będąc w Polsce za Chiny nie mogłam dostać książki bardzo polecanej przez kilka osób, a mianowicie


Wydaje mi się jak skrojona dla mnie, ale co z tego, skoro w trzech Empikach, Matrasie, trzech księgarniach na lotnisku i po drodze na autobus, tego nie było. Zwariować można. 

poniedziałek, 22 października 2012
Powroty, czary mary fiku miku i carskie klimaty. A Misja im się udała

Przepraszam, że Was tak porzuciłam na czas jakiś, ale życie mnie pokonało, najpierw wizyta córki, kiedy to sobie obiecuję, że nie będę siedzieć w sieci, a korzystać z jej obecności, potem wyjazd do Dublina na wręczenie dyplomów córki tejże (innej nie mam), potem krótki wypad do Polski, no i jestem nazad.
Oczywiście w kraju, nie byłabym sobą, kasa jest czy nie, musiałam zajrzeć do kilku księgarni. Za dużego wyboru w moim mieście nie ma, bo jedne padły, inne się przemianowały, a tak w ogóle to króluje Empik, którego nie lubię, ale jak nie ma co się lubi i nie ma czasu do stracenia, a do tego czasem wielka chętka, to zajrzałam. Tym razem byłam z córką, więc razem rzuciłyśmy się w regały. Empik znajdował się w wielkim centrum handlowym, zaraz na przeciwko cmentarza, gdzie poszłyśmy wcześniej umyć groby przed pierwszym listopada. W zgiętym łokciu, z miną hrabiny niosącej torebkę Louise Vitton, miałam czerwone wiaderko z szufelką, szczotką, płynem i kompletem ścierek. To centrum takie 'oł eł', że nie było gdzie tego schować, a przecież wiaderko nie mogło być nam przeszkodą w odwiedzeniu księgarni. Będą mnie tam pamiętać długo.
Wzięłyśmy koszyk (dla takich jak my powinni mieć tam wózki) i ładowałyśmy książki jak leci od wejścia z myślą o późniejszej segregacji, nie chciałam po prostu wracać do początku i szukać, co też mi w oko wpadło. Wiadomo, jak z tym wpadaniem, coś się gałką zahaczy, a potem człowiek zachodzi w głowę, co to było i co gorsza - gdzie leżało?
Dowlokłyśmy się z wiaderkiem i tym koszem do kanapy na końcu salonu, tam rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy przeglądać i eliminować. Powiedzmy eliminować, najpierw nic nie odrzuciłyśmy, ale potem zdrowy rozsądek (ciężko go zachować, kiedy promocja 20% niżej powyżej zakupów 75zł) oraz świadomość mizerii naszego bagażu, z gumy to on niestety nie jest, kazała nam jednak przywołać się do porządku i odrzucać to, co najmniej nam było drogie. Jak na złość moje must have, czyli Oriana Falacci wielka jak tyłek słonia, a druga, którą znalazłam i nie potrafiłam się pozbyć, czyli 'Powiedz mi, kim jestem' Navarro, nie mniejsza objętościowo. Jeszcze przy kasie znalazłam Domina czwartą część sagi sybirskiej "Młode ciemności" i już byłam kontenta. Do tego oczywiście McDusia, nic to, że recenzje miażdżące, pewnych idoli się nie zdradza (można krytykować, ale nie porzucać). Córka dobrała nowej Bishop dwie i się zrobił stos. Nowej Grocholi prośbą i groźbą, fochami i błaganiem nie wydostałam, leżała sobie cichutko w oczekiwaniu na następny dzień, który był premierą. To samo z drugą częścią Siedliska. Może to i dobrze, bo mogło się okazać, że mnie na coś nie stać i nie wiedziałabym co odłożyć. I tak musiałam zostawić Łapa w łapę (rozmowy Łapickiego z żoną), nową Masłowską, jakieś dwa kryminały, jedną fatnasy... już nie będę rozpamiętywać, bo przyjdzie mi karetkę wzywać.
Książki są cholernie drogie, tego Wam mówić chyba nie muszę. Żałuję tylko, że nam się nie udało przed osiemnastą do Weltbild dotrzeć, bo tam podobno szalona promocja.

Zakupy to jedno, ale weź to człowieku potem na półki powstawiaj. Tu musiałam przywołać swoje magiczne zdolności. Ogłaszam, gdyby ktoś chciał zobaczyć regały z gumy, na których niby miejsca nie ma, ale nowe zakupy cudownie się mieszczą, zapraszam do siebie. Za każdym razem wydaje mi się, że teraz to juz na pewno było ostatnie miejsce do zajęcia, a i tak się coś tam jeszcze mieści.
Ale teraz to już naprawdę było ostatnie miejsce, od teraz to książki będę musiała chyba składać w pół, żeby w jedyne wolne miejsca w kształcie kwadratu, powtykać.

A z innych spraw, oglądająco czytelniczych to powiem Wam, że serial Misja Afganistan jest po prostu świetny. Jestem baba, do tego nigdy w wojsku nie byłam, to gdyby tam jakieś nieścisłości, to wiedzieć nie będę. Zresztą śmieszy mnie, kiedy się lekarze/prawnicy/strażacy odzywają i mówią - serial nieprawdziwy, tak się nie operuje, tak się po sali nie chodzi, tak się pożaru nie gasi. Jakbym chciała wiedzieć, jak się operuje, to bym sobie na Discovery Science takie operacje oglądała, a nie w serialach.
Misja Afganistan trzyma poziom, fajne zdjęcia, klimat jest, muzyka świetna, Małaszyński trochę mnie wkurza, ale za to Lubos równoważy i nawet wszystko przewyższa. Kocham faceta normalnie. Inne męskie role też bez zgrzytania piachu w zębach, chociaż upał i kurz wszechobecny. Dobre kino, chociaż serial. Za każdym razem pozostaje niedosyt i chęć natychmiastowego obejrzenia odcinka, to chyba dobrze nie?

 


A poza tym skończyłam słuchać


Jestem zachwycona. Powieść ukazuje życie z wielkim władcą Rosji z perspektywy dziewczyny, która najpierw doznała biedy i wielu upokorzeń, ale dzięki wrodzonej mądrości i niezwykłej inteligencji społecznej doszła na sam szczyt - została Carycą. Jak wyglądały intrygi dworskie wiemy, z filmów, seriali i innych powieści. Niezależnie od tego, czy to dwór angielski, papieski czy rosyjski, wzór pozostaje ten sam - intrygi, podkopy, morderstwa, raz na szczycie, raz w głębokim dole, szczęście jeśli nie w trumnie. Utrzymać się przy carze, który do wiernych nie należał, miał wokół wielu doradców, a ci różnie się odnosili do kobiety, która miała wpływ na wodza, było na pewno trudno i niebezpiecznie.
Marta, potem Caryca Katarzyna, urodziła Piotrowi Wielkiemu 12 dzieci, z czego wiele zmarło, nigdy nie dała mu dziedzica tronu płci męskiej, bo wszyscy chłopcy umarli, tym bardziej było jej trudno utrzymać się u jego boku. Wszystko obserwujemy z jej punktu widzenia, ona jest narratorką, jej emocje filtrują zdarzenia - jest to bardzo ciekawy obraz kobiety u władzy, do tego takiej kobiety, która nie była chowana na takie zaszczyty, musiała dojść do wszystkiego z samego dołu społecznego. A czasy dla kobiet nieprzyjazne.
Słucha się wspaniale, wprawdzie maniera pani Lewińskiej tu i ówdzie lekko drażni, ale da się przeżyć. W sumie pasuje do postaci i treści. Bardzo udana realizacja, a powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dla fanów prozy historycznej. 

piątek, 05 października 2012
Pomniki pod strzechy czyli możliwa recepta na NIE-czytanie

Na fejsie u jednego z pisarzy znalazłam link do artykułu Katarzyny Tubylewicz pt. Smutne, polskie NIE-czytanie Najpierw chciałam dyskutować z pisarzem, potem pod artykułem, ale odpuściłam, co miałabym powiedzieć, że nikt nam nie będzie mówił, że czarne jest czarne, a białe jest białe? Odpuściłam. Męczy mnie już gadanie o mizerii polskiego czytelnictwa, kto czyta, ten czyta, kto nie czyta, ten nie czyta, jak przestaną publikować po polsku, będę czytać tylko po angielsku, a może nawet nauczę się wreszcie od nowa sprawnego czytania po rosyjsku. Obiecuję to sobie od lat i się do tego jeszcze nie zabrałam. W Rosji czytelnictwo ma się dobrze, w krajach anglosaskich też.
Ale mnie to męczyło, jak kornik drążyło mi myśli, aż dziś zaczęłam dyskutować z mężem o tym zjawisku.

Katarzyna Tubylewicz w leadzie do swojego artykułu pisze: "Polska była kiedyś, w sumie nie tak dawno, krajem, w którym walczyło się o zdobycie nowej, dobrej książki i w którym czytanie oznaczało jakiś prestiż. Dzisiaj znajdujemy się w europejskich forpocztach nędznego czytelnictwa, a polski rynek wydawniczy kurczy się w zastraszającym tempie. Czy to długotrwały efekt traumy transformacji, czy może chodzi o coś jeszcze zupełnie innego?"
Pamiętam te czasy, kiedy podczas prywatek pytaliśmy się nawzajem, co czytasz lub czy już przeczytałeś/aś jakąś książkę. Były mody na różne tytuły i wyrywaliśmy je sobie z rąk; bodajże w trzeciej klasie liceum  jedni po drugich czytaliśmy 'Mur' Sartra, albo 'Autostradę' Northa. To nie była kwestia - czy przeczytasz, a kiedy przeczytasz. W podstawówce kupowałyśmy lub zdobywałyśmy w bibliotece jedną i tę samą książkę i we trzy lub cztery koleżanki czytałyśmy ją na wyścigi. A potem spierałyśmy się o to, czy bohaterka powinna była powiedzieć ojcu o talizmanie schowanym w starym wazonie?

Pytam męża, co się stało? Dlaczego czytanie jest już niemodne? Dlaczego zdarza mi się słyszeć, czy widzieć tego typu komentarze - nie przeczytam, bo to nie moje klimaty, nie znam np. lat osiemdziesiątych byłam za mała. To znaczy co, o średniowieczu nie czytasz, o latach dwudziestych nie czytasz, bo nie pamiętasz tamtych czasów? Albo ktoś z książką w szkole to nudny 'nerd' z tłustymi włosami. Nerd to kujon. Tylko kujony czytają. A my przecież nie chcemy być kujonami, wszystkim przyszło samo i do tego dużo kasy zarabiamy... Brrrr, Aż się zaczęłam trząść z emocji, adrenalina mi skoczyła i nie mogłam się uspokoić. Zawsze tak mam, temat budzący emocje powoduje, że zaczynam szczękać zębami.
Mąż jest z tych, którzy czytają, ale o tym nie mówią. Tak jak się nie chwalą za każdym razem, kiedy zjedzą bułkę. Czytanie prasy czy książek jest bowiem naturalne, a rozmowa o tym raz tak, raz nie, zależy od nastroju.

Siedzę naprzeciwko niego i się pruję, że tutaj wszędzie ludzie z książkami i czytnikami, w parku, w pociągu, na lotnisku to już w ogóle. Nie tam gdzieś jedna czy dwie osoby, ale prawie każdy ma w ręku książkę lub ebooka, a jak się dochodzi do odprawy polskich pasażerów, to książki zanikają zupełnie. Jak w filmie science-fiction, było-klik-nie ma.
On na to, że Polska była biednym, zacofanym krajem, kiedy zaczynały u nas wchodzić komputery, ambicją każdego pana domu było wprowadzić go na salon do siebie, celem nie było kupienie książki, a komputera. I jego używanie. Zachłysnęliśmy się gadżetami, bo ich lata, dekady całe, nie mieliśmy. I książka w tym zachwycie gdzieś się zatraciła. A po drugie to trzeba odbrązowić książkę, nie traktować jej jako towaru, który jest dla wybranych, dla mądrych, dla myślących, jedynych i niepowtarzalnych. Książka jest bowiem dla każdego, czyli są czytelnicy 'wysocy' i ci bardziej 'przyziemni', ale dla każdego z nich jest odpowiednia lektura. A we wszystkich programach robi się z tego świątynię wiedzy, intelektu i czego tam jeszcze. Ignoruje się prostego odbiorcę, normalnego człowieka, który tego intelektualnego bełkotu nie rozumie, a jeśli rozumie, to mu się nie chce tego słuchać. Tylko nieliczni mają czas i ochotę na przysłuchiwanie się starzejącej feministce-literatce, żeby nie wiadomo, jak mądrze mówiła, mają tego już po dziurki w nosie. Nie ma zróżnicowania poziomu tych programów, albo na wysoką nutę, albo wcale. A nie ma co się oszukiwać, osiemdziesiąt procent z tych czterdziestu, które czytają, wolą lekturę lekką, odstresowującą, pozwalającą pomarzyć, pośmiać się, uciec w światy, które nie istnieją.

Powiedział, że gdyby były takie programy jak blogi o książkach, to może ludzie czytaliby więcej, trzeba  'literackiego disco polo', niech będzie lżej, rozgadanie, z pasją, dużo śmiechu, przewalania książek, i to nie tylko nowości, ale wracania też do klasyki, spierania się o Lalkę, jak u Książkowca, niech się dzieje.  A nie kilka usztywnionych osób starających się za wszelką cenę zaimponować erudycją sobie nawzajem i wszystkim swoim znajomym. To nie musi być od razu panel fachowców, niech ludzie się z tym identyfikują, a nie odchodzą zniechęceni, bo znowu nic nie rozumieją.Te programy są po prostu dla większości nudne.
Zamurowało mnie, ale po chwili stwierdziłam, że on ma rację. Kurczę, z ust mi to wyjął. Co ja mówię z ust, z serca, z trzewi, z głowy, do ust to nawet nie dotarło.  Książka powinna zejść z piedestału, z postumentów, bo one są tak naprawdę dla niej grobowcami. Literatura medialnie powinna iść pod strzechy!

                                                                     ***

A żeby nie było, że tylko jęczę i niczego nie doceniam, zachwycił mnie nowy program (przynajmniej dla mnie nowy, bo widziałam dzisiaj po raz pierwszy na TVP Kultura, a w sieci znalazłam jeszcze dwa odcinki tylko) - Hala odlotów. Nie tylko o książkach, ale dużo. I świetnie prowadzą tam rozmowy. Mądrze, ale bez zadęcia, z poczuciem humoru, bardzo polecam.
Oglądam i co słyszę od jednego z gości? - to samo o lotnisku, co ja dwie godziny wcześniej powiedziałam mężowi, że jak docierasz do strefy, gdzie nie czytają, to wiadomo, ze to Ryanair do Polski Pewnie dlatego tak mi się spodobał, haha.


poniedziałek, 01 października 2012
Rutyna mi się popsuła

Do tej pory miałam ulubione miejsca do czytania. A to w sypialni na naszym wielkim łożu, na brzuchu leżąc w poprzek. A to na balkonie, kiedy mieszkałam w Siedlcach na Poznańskiej, a on wychodził na ciche podwórko w kształcie litery U. W letnie, upalne noce stawiałam lampkę, siadałam na wygodnym leżaku i czytałam nawet do trzeciej w nocy, pogryzając jabłka pokrojone w cienkie plasterki. Albo przy stole w kuchni, w nocy, kiedy wszyscy spali, a ja jeszcze malinowa herbata i kilka stron, które przechodziły w kilka rozdziałów. Oczywiście też w łóżku przed snem, pod kołdrą, kocem, w ciepłych specjalnych skarpetach do spania, z psem po prawej. W ogrodzie na leżaku, najlepiej zaraz po skoszeniu trawy, kiedy zapach jeszcze w powietrzu. Na plaży chyba lepiej jednak słuchać audiobooków, bo można się obracać dowolnie do słońca albo brodzić w wodzie, nawet szum morza słychać, mimo 'zatkanych uszu', ale na skałach, kiedy mąż próbuje złowić rybę super się czyta. Kiedy dzieci były małe dużo czytałam w wannie, bo to było jedyne spokojne miejsce. Od niedawna w pokoju dziennym mam kącik - fotel bujany, lampka, regały z książkami, superowy, ale jeszcze nie oswojony.



Wszędzie, gdzie bym nie była, nie mieszkała, zaraz ustalam ulubione miejsca do czytania, ulubione siedziska spełniające wymagania, to jest najważniejsze. Gdzie indziej prasa, z rozróżnieniem na magazyny i 'wielko-płachtowe' gazety, gdzie indziej książki.
Ale ostatnio stało się jakoś tak, że mi się moja rutyna popsuła. Nigdzie nie jest mi dobrze. Jak na brzuchu, to mnie kręgosłup boli, albo łokieć, na plecach w łóżku wieczorem zasypiam, na bujaku w kąciku zaczyna mnie mdlić, coś chyba z błędnikiem, albo mi zimno, bo to chłodne miejsce. Przy stole w kuchni wieje mi po stopach, wieczorem nie bardzo, szczególnie nie w zimie. Ogród i plaża już odpadają, bo jesień. Czytam 'Ile wart jest człowiek', świetna i bardzo mi się podoba, ale duży format i ciężka i nie mogę sobie z nią miejsca znaleźć. Wczoraj oparłam ją sobie na pół leżąco na cyckach, to zostawiła mi pręgę taką, jakby mnie wiązali w scenie z 50 twarzy Greya. Mąż nie miał takiego problemu, przeczytał ją migiem, ale on jest twardy nie miętki, nic dziwnego.

Poza tym pora dnia na czytanie. Wieczór, szczególnie późny, to dla takiej starej baby jak ja, kiedy zaczynają się deszcze i wichry, ryzyko, bo mnie świsty za oknem i ogień w kominku usypiają. W dzień, ponieważ nie mam pracy etatowej, wstyd mi się rozwalić i czytać kilka godzin. W samochodzie, podczas sprzątania i gotowania czytam uszami, pewnie czytałabym w autobusie, gdybym dojeżdżała do pracy, ale jej nie mam. Starałam się o praktyki zawodowe w bibliotece, ale nie udało mi się dostać tego miejsca, a było płatne tyle, co zasiłek, widocznie więcej takich jak ja fanów się starało. A już widziałam siebie codziennie czytającą podczas dojazdów (godzina w jedną stronę).

I tak oto jestem w punkcie wyjścia, muszę sobie znaleźć nową rutynę, albo naprawić tę, którą posiadam. Balkonu już nie mam, więc tego nie odbuduję, ale koniecznie muszę znaleźć miejsce, gdzie będzie mi wyjątkowo dobrze i wygodnie. Fotel bym sobie jakiś superowy kupiła, ale zupełnie nie mam dla niego miejsca. Mieszkam wprawdzie w domu, ale maleńkim i mam ograniczoną powierzchnię, więc ustawienie fotela wiązałoby się z usunięciem innego mebla. A taki idealny fotel mola książkowego,  jest moim największym marzeniem.

Jęczę, bo się trochę zablokowałam, doszło do tego, że codziennie książki na półkach oglądałam, wyjmowałam, poczytywałam i chowałam z powrotem. Jedynie Pilcha codziennie kilka dni Dziennika przy kawie czytałam, a resztę udawałam. Kiersnowska mi nie leżała w rękach, bo jak mówiłam ciężka, a ja mam problem z łokciem, więc podczytywałam przy stole w kuchni. Ale żeby się tak zaczytać na śmierć, że nic ani nikt mnie nie może oderwać, to nie. Całkiem odwrotnie, oderwać potrafiło mnie wszystko, byle co.
No i wczoraj stał się cud, nie, rutyny nie znalazłam, ale odblokowałam się i kilka godzin czytałam w łóżku wieczorem "Był dom", który też już za długo nieprzeczytany wisi, a rano od przebudzenia od razu zatęskniłam do powrotu do lektury, z taką ulubioną u siebie niecierpliwością, co to ja szybko muszę zrobić, żeby trochę poczytać. Uwielbiam ten stan.

Może nie czułam się tak strasznie z tą blokadą tym razem, gdyż w mojej rutynie czytelniczej już na stałe zagościły audiobooki, tak więc łokieć i oczy może zawodzą, fotela może jeszcze nie mam, ale wszystkie czynności, które kiedyś były rażącą stratą czasu czytelniczego, czyli domowe obowiązki, już mi nie przeszkadzają, bo sobie czytam uszami. Ostatnio szczoteczką cierpliwie czyściłam prysznic, bo byłam w takim momencie Carycy, że mi się wcale nie chciało zmieniać pozycji i kończyć tej czynności szybko, bardziej interesowało mnie, czy bohaterki przypadkiem nie zgładzą? Albo w ostatni weekend spokojnie zwinęłam stos gołąbków, sama nie wiem, kiedy, taka ciekawa ta książka.
Niedawno Audeo zaprosiło mnie to skorzystania z ich oferty i przejrzenia możliwości sklepu i oszalałam, tyle tam ciekawych książek do słuchania. Jak wspominałam, wymieniałam wcześniej audiobooki z koleżanką, która ode mnie brała papierowe. Nie miałam za bardzo wpływu na to, co dostaję, bo mogłam wybierać tylko z tych, które akurat ona miała. Jak się teraz dorwałam do katalogu, to mi się w głowie zakręciło. Tak się cieszę, że tyle książek wydaje się również w formie audiobooków, że ta moda się rozszerza i upowszechnia, a nie zwija do lamusa, bo to jest najlepszy sposób na spędzanie czasu przy czynnościach, które kiedyś nie kojarzyły się z czytaniem.

Mam kolejkę książek do opisania, bo i tu się trochę zblokowałam, ale powoli nadrobię zaległości.
Ostatnio sobie czytam w towarzystwie mojego pięknistego storczyka



O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!