O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
niedziela, 31 października 2010
Stokrotki w śniegu - Richard Paul Evans

Jest to opowieść o biznesmenie, który ponad rodzinę, miłość (taką prawdziwą, a nie do tipsowego kociaka czyhającego na kartę kredytową) i przyjaciół, przedkłada karierę, pieniądzę i władzę. Im więcej ma, tym więcej chce jeszcze zdobyć (po trupach), bawi się ludźmi, irytują go słabeusze, przegrani, właściwie wszyscy go irytują. Sam dla siebie jest autorytetem.

Przypadek sprawia, że zostaje uznany za zmarłego. Na forum internetowym dowiaduje się prawdy o sobie. Ku jego zdziwieniu najbardziej broni go jego wkrótce była żona, która choć bardzo przez niego skrzywdzona, porzucona w chwili, kiedy go najbardziej potrzebuje, bo jest chora na raka i to terminalnie, probuje go jeszcze tłumaczyć. Jest też uczciwa, ale biedna i doświadczona przez los sekretarka, która stara się zrozumieć szefa, a w dalszych jego poczynaniach dzielnie mu sekunduje i pomaga. Książka jest o tym, jak bohater zrozumiał, co jest najważniejsze na świecie i próbuje odkupić winy i naprawić złe zachowanie.

Autor nie ukrywa, że napisał książkę zainspirowany Opowieścią Wigilijną Dickensa.

Obejrzałam sobie przy okazji kilka filmików o tym, jak czytelnicy na świecie odebrali ten film, kiedy zobaczyłam zapłakanych ludzi, mówiących, że ta powieść odmieniła ich życie - wymiękłam. Litości! Bez przesady.

Ta powieść to strata czasu.  Każdy myślący człowiek wszystko to, co próbuje przekazać autor, wie i nie musi jeszcze tracić czasu na czytanie tych truizmów. I to jeszcze jak podanych. Przecież to kalka i tak to trzeba traktować, a nie inspiracja. Poza tym wszystko to już było i to jednak żałosne, żeby jeszcze ten temat eksploatować - cliché nic więcej.

Czekałam na fajną lekturę świąteczną, bo lubię. Sromotnie się zawiodłam. Na rynku jest tyle powieści bardziej wartych uwagi, że szkoda czasu i atłasu. Słaba jak herbata babci klozetowej.

poniedziałek, 25 października 2010
Pierwsza Rocznica - Aaaaaa, całkiem bym zapomniała!!!

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga, myślałam z zazdrością o takich, które mają ponad 10 tysięcy wpisów, wydawalo mi się, że nigdy nie osiągnę takiego pułapu. Zazdrościłam też wizyt, więcej niż kilkunastu, wydawało mi się, że nigdy nie znajdę tylu czytelników. Ale miałam przeogromną chęć dzielenia się przemyśleniami o książkach, o mojej miłości do nich, o tym, co czytam, chwalenia się zakupami, bo mi szalenie tutaj brakowało takiej osoby, która nie patrzyłaby na mnie, jak na jakiegoś popaprańca. Niestaty wiele osób z mojego otoczenia za zrozumiałe uważe przywiezienie fajek z Polski (wręcz obowiązek), do tego kilku flaszek (nie, że alkoholicy, ale biała w domu musi być), no może paczki kiełbasy i kawy mielonej, bo tu nikt takiej jak u nas nie sprzedaje. Ale żeby targać książki, gazety? - dziwactwo. Wielu padło ofiarą moich pasji, proszeni o przywiezienie kilku książek, nie śmieli odmówić, a potem, założę się, przeklinali mnie nie raz. Bo książki ważą niestety. Ale przywozili, za co im teraz tu publicznie dziękuję. Och, byli i tacy, co z nogą po operacji latali po Warszawie w poszukiwaniu tytułu dla mnie, albo jechali gdzieś do drugiej dzielnicy, bo tam niby w Empiku jest, a potem wsiadali w niewłaściwy tramwaj i jechali het, na drugi koniec miasta, tyle, że w przeciwnym kierunku do ich miejsca pobytu. Kochani.

A wracając do tematu. Pewnego dnia, przypadkowo trafiłam na blog Joanny Gołaszewskiej (Kalio), od niej linkowałam do innych i zdumiona skonstatowałam, że jest nas setki. Był to chyba najszczęśliwszy dzień mojego molowego życia - znalezienie podobnych sobie, świadomość, że nie jestem trędowata, nienormalna wsród normalnych, dziwna, nieszkodliwie szurnięta itp. Najpierw tylko czytałam, ale szybko podjęłam decyzję o rozpoczęciu blogowania i od tego czasu jest mi błogo ze świadomością, że gdzieś tam, w wirtualnym świecie, istnieją mole takie jak ja, a nawet jeszcze większe, bo ja nie czytam tak szybko jak Kalio.

Tak, więc postawiłam sobie na biurku kwiaty otrzymane od męża i ochodzę pierwszą rocznicę.

Zupełnie się nie przygotowałam, prawie zapomniałam szczerze mówiąc, w ostatniej chwili umieszczam ten wpis. Powinnam, wzorem innych blogowiczek, coś mieć dla was do losowania, jakąś książkę, ale nie wybrałam wcześniej, a nie będę byle czego wystawiać, byle by było. Może przy innej okazji. A dzisiaj życzę sobie sto lat blogowania i dziękuję za zaglądanie do mnie.

sobota, 23 października 2010
Poczekajka - Katarzyna Michalak.

Kolejna powieść przeczytana uszami.  Przyznam szczerze, gdyby nie to, że miałam ją pod ręką i ani minuty czasu, żeby szukać czegoś innego przed wyjściem do pracy, pewnie jeszcze długo bym się nie wzięła za jej odsłuchanie. Albo i nigdy. Nie dlatego, ze mam coś przeciwko pani Michalak, ale dlatego, że za dużo już tych łatwych i przyjemnych książek ostatnio mam na tapecie. Jakoś tak wyszło, a staram się jednak stosować płodozmian, bo się można zasłodzić na amen. Na dodatek czytam kontynuację Milaczka, więc tym bardziej.

Potem stwierdziłam, że ja już jestem za stara na takie historyjki. Luuudzie, co mnie może obchodzić kobieta, dziewczyna właściwie, szukająca chłopaka!? Wyczerpałam już limit życiowy takich historyjek, pora na coś z mojej półki wiekowej.

Kiedy usłyszałam głos czytający tę powieść, to się już zupełnie załamałam i gdyby nie to, że byłam w miejscu publicznym i mi bylo wstyd, to bym włosy z głowy rwała, zerwała słuchawki z głowy i deptała w furii. Historia jest o młodej dziewczynie, a czyta stara baba. Chyba oczadziali realizatorzy nagrania, kiedy wybierali lektorkę.

Co my tu mamy? Młoda lekarz weterynarii jedzie za głosem wróżki do małej miejscowości, szukać swojego ukochanego. Miała wizje, że jest gdzieś domek, w tym domku ona powinna zamieszkać i czekać na królewicza na białym koniu. Jest też porąbana matka, zazdrosny kolega, tarot i miły staruszek.  Cliché, czyż nie?

Dlaczego więc tak mi się ta słuchana książka podobała? Sama nie wiem. Może to żywe dialogi, które nie u każdego są mocną stroną, a tu akurat uważam, że tak?  Ubawiłam się i nie żałuję. Chociaz po kolejne pewnie nie sięgnę. Szkoda mi czasu, ale tylko dlatego, że jednak już wiek dyktuje inną literaturę. Córce podsunę, to akurat dla niej.

Obejrzyjcie sobie video clip reklamujący tę powieść. Gdyby nie on, nawet bym nie spojrzała na okładkę. Szyszka, czy to Ty mi mówiłaś, że dziewczyna śpiewająca tę piosenkę umarła na raka? Tragiczna historia. Mam nadzieję, że nic nie pokiełbasiłam.

A do tego uwielbiam Monikę Buchowiec, która w tym filmiku gra główną bogaterkę. No i w roli wróżki wystąpiła sama Katarzyna Michalak.

czwartek, 21 października 2010
Milaczek - Magdalena Witkiewicz

Zastanawiałam się, która ksiażka będzie najlepsza do poczekalni w klinice badania piersi? Wbrew pozorom, jest to ważne, bo nerwy i tak duże, niepokój sięga zenitu, nieważne, ze to badania profilaktyczne, a co jak coś znajdą? W takich razach jest potrzebna ksiażka rozrywkowa, wesoła, niezagmatwana, lekka i przyjemna. Mózg i tak zwinięty w supeł, trzeba coś, co odwóci uwagę i przedrze się przez strach.  Wybór padł na Milaczka.

Przypadkiem okazało się, że i kolor pasuje, bo wszystkie panie w klinice proszone są o rozebranie do pasa i założenie różowej peleryny. Paradowałam więc, w pelerynie z dobraną kolorystycznie książką.

Nie jest wcale łatwo napisać powieść humorystyczną od początku do końca. Trzeba utrzymać tempo i wesoły charakter tekstu, chociaż czasem bohaterowie płaczą. Wszystko ma być 'różowe'. Autorce się to jednak udało. Ani razu nie traci 'poczucia humoru' i utrzymuje się w konwencji.

Historia biegnie wartko i bez zgrzytów. Nie trzeba się cofać i zastanawiać - zaraz, zaraz, kto jej powiedział, że on ją zdradza? Kto był na parkingu i rozmawiał o niej z siostrą? Mimo, że bohaterowie wprowadzani są lawinowo, jakoś łatwo się w tym połapać. Krótkie podrozdziały nadają tempo, takie jak w filmie. Zresztą tę powieść można by sfilmować, byłaby wtedy komedia romatnyczna z tego. I to jaka!

Bo w niej  jest wszystko, co niezbędne do takiego gatunku - jest emerytka Zofia, w szpilkach, śpiąca na pienądzach, czyli nietypowa. Jest kilkulatnia dziewczynka, też nietypowa. Milaczek, czyli Milena, typowa (???) młoda kobieta wchodząca w życie, ustwiona zawodowo (powiedzmy), ale życie prywatne wymaga jeszcze poprawek. Jacek informatyk, ojciec Bachora, czyli kilkuletniej dziewczynki, szuka żony, wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinien. No i dentysta, czy on będzie dobrym partnerem dla Milaczka?

Nic Wam więcej nie powiem, buzia w ciup.

Tekstowi towarzyszą rysunki Henryka Sawki. Świetne!

Wszystko to razem smakowite jak budyń malinowy. 'Je' się szybko, a kiedy już się skończy, dobre wrażenie pozostaje na długo. Dla rozrywki w niedzielne popołudnie, czy do latania z różową peleryną przed mammografią - idealna.

sobota, 16 października 2010
Straszne historie o otyłości i pożądniu - Anna Fryczkowska

 

Anno Fryczkowsko - kocham Cię. Tak sobie pomyślałam, kiedy skończylam tę książkę. I to wcale nie dlatego, że jestem przedstawicielką pewniej orientacji seksualnej, nie jest to mój comming out, po prostu tak mnie zachywciła ta mała książeczka.

Mała, ale to nie znaczy, że jest niedosyt. Zaledwie 155 stron, ale jest tam wszystko, co być powinno. Dłużej, obszerniej, to już by było męcznie kotka za pomocą młotka.

Dziwię się, że sięgnęłam po powieść o takiej tematyce. Jestem kobietą dużą. W każdym razie większą niż mniejszą. Całe życie tak było, nawet, kiedy chuda, z osiastym wcięciem w pasie, i tak wyższa niż koleżanki, bardziej biuściasta niż one (przy talii 70, 100 w biuście), nigdy nie udało mi się schować w tłumie. Musiałam więc polubić to, ze wystaję.  Teraz po dzieciach, rożnych kłopotach zdrowotnych związanych z dochodzeniem do ich posiadania, ale też i uwielbieniem do biesiadowania wcale nie z "byleczym, żeby było" na talerzu, hedonistka zaprzysiężona - nie dałam rady utrzymać się w ryzach, za co teraz płacę perspektywą żmudnego dochodzenia do jako takiej wagi.  Jednocześnie wcale nie jestem zakompleksiona, zgorzkniała, czuję się akceptowana, kochana i pożądana, więc to raczej potrzeba bycia zdrowym, niż psychiczny mus, bo inaczej pif paf w łeb. Inna rzecz, że się jeżę na przejawy terroryzmu chudych, którzy z krzywą twarzą i poczuciem wyższości mówią o grubych, że są przegrańcami, że nie potrafią o siebie zadbać itp. Kto nie potrafi, to nie potrafi. Chudych też widuję zapuszczonych. Ja na przykład nie lubię palaczy, chociaż sama paliłam kiedyś i to nie mało. Rzuciałam po kilkunastu latach z dnia na dzień. Drażni mnie smród fajek, przesiąknęte ciuchy, dorabianie do tego ideologii o wolności itp. Tylko, że mam świadomość, że każdy ma swoje słabości, jeden nie może schudnąć, inny nie może przestać kopcić, jeszcze inny bierze codziennie tabletki przeciwóblowe... Nikt nie jest idealny.  Drażni mnie jednak, kiedy ktoś patrzy na innych przez pryzmat ich rozmiarów, ja nie wybieram sobie znajomych według klucza, czy palą, czy nie. Dlatego wcale nie chce mi się czytać o tym wszystkim, bo to jest roztrząsanie tematu, który jest dla mnie drażliwy. Bo jak to jest,że wszystkich wolny wybór czy głupie działania trzeba szanować, ale grubas to już może podlegać krytyce i to jest fair.

Wcześniej przeczytałam poprzednią powieść Anny Fryczkowskiej "Trafiona-Zatopiona" i bardzo mi się podobała (opisałam to tutaj), dlatego, kiedy zobaczyłam w Merlinie świetną cenę na jej pierwszą, pomyślałam, że nie moge przegapić. Nie mogę i już.

To, co dostałam do ręki, zachwyciło mnie. Ujęta w zgrabne, nomen omen, ramy historia dwóch kobiet, które spotykają się na wczasach odchudzających, daje do myślenia, wzrusza, mimo trudnego tematu, wręcz zachwyca. Mimo, że jest pełna mocnych słów, inwektyw nawet, pod adresem ludzi dużych, nie obraża, nie boli, bo ma to swoje uzasadnienie, jest w tym jakiś cel.

Nie mogłam się oderwać. I to nie dlatego, ze są tam jakieś instrukcje, jak schudnąć, diety cud czy coś w tym stylu, nic z tych rzeczy. Portrety psychologiczne obu kobiet są tak interesujące, intrygujące, że chce się wiedzieć, co dalej, dlaczego?

Tak, więc kocham cię Anno Fryczkowsko i pisz dalej, bo ja chce Cię czytać. Hawk

 

czwartek, 14 października 2010
Dom sióstr - Charlotte Link

Tak to już jest, ze najfajniesze ksiażki, są nie do kupienia. Szukałam jej z wielkim zaparciem, po antykwariatach, księgarnicha i aukcjach, ale odpuściłam. Skorzystałam z uprzejmości koleżanki i odsłuchałam audiobooka. Wiecie już, że lubię słuchać, więc dla mnie to nie problem, czy papier, czy audio.

Powieść ta dzieje się w dwóch przestrzeniach czasowych - teraz, no powiedzmy, bo to rok 1996 bodajże i zaraz po - w okresie międzywojennym i niedługo po II wojnie.  Opisuje dzieje sióstr tam urodzonych, które wróciły, po różnych perypetiach, do domu rodzinnego, ale też przewija się tam motyw innych sióstr, dziewczynek, które dołączyły do domowników w trakcie wojny (w Wielkiej Brytanii byla akcja mająca na celu uchronić dzieci, wysyłano je w bezpieczniejsze regiony UK lub Irlandii, na wieś, do obcych ludzi nawet, jeżeli nie było dalszej rodziny, która by ich przygarnęła). W czasach współczesnych poznajemy parę Niemców, którzy wynajmują dom na okreś świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Małżeństwo przechodzi kryzys i mają nadzieję, wraz z większą ilością czasu spędzonego razem, naprawic w ich zwiazku to i owo. O ile jeszcze się da coś naprawic.

Książka jest niezwykle klimatyczna. Wraz z historią starszej siostry, poznajemy historię ruchu sufrażystek - co nam się wydawało zwyczajnym paleniem gorsetów i maszerowaniem z transparentami, w rzeczywistości miało niejednokrotnie tragiczny wymiar i znamiona walki o niepodległość wręcz, a nie 'tylko' o prawo wyborcze. Ale nie jest to nudny wykład, raczej ciekawie, wręcz sensacyjnie podana opowieść, trochę jak u Wołoszańskiego.

Wiemy, że w domu jest ukryty rękopis wspomnień najstarszej z sióstr. Wiemy, że jest jakaś tajemica i że dzienniki nie powinny ujrzeć światła dziennego, dlatego zostają ukryte przed wścibskimi oczami ludzi. Wiemy, ża Laura, żyjąca właścicielka domu, bezskutecznie szuka tych zapisków. Dzwinym zbiegiem okoliczności, znajduje je Niemka wynajmująca dom na świeta. A ponieważ ma dużo czasu, aż za wiele nawet, ale dlaczego, przeczytacie sami, zostaje pochłonięta przez opowieść snutą na stronicach pamiętnika. My dowiadujemy się, co jest w nim zapisane, jednocześnie śledząc to, co dzieje się współczesnie.

Nie mogłam uszu oderwać. Wynajdywałam sobie zajęcią, zeby tylko mieć powód do posłuchania i dowiedzenia się co dalej? Kiedy się skończyła, nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Jak to? - myśłałam, to już?  Chociaz ksiażka nie jest wcale krótka. Teraz słucham drugiej, ale tamtej treści, wciąz mi w uszach pobrzmiewają. Koniecznie muszę przeczytać jej inne powieści.

piątek, 08 października 2010
The Slap - Christos Tsiolkas

Często tak mam z tymi klubowymi powieściami, wcale mi się ich nie chce czytać. Bo to nie mój wybór i czasem się buntuję, gdyż akurat mam ochotę na co innego. Nigdy mi nikt nie dyktował, co mam czytac, aż tu nagle kilka kobit decyduje, że teraz to i to. Tym razem to była bibliotekarka, która wygląda jak facet, chodzi jak facet, mówi i myśli jak facet, z tą różnicą, ze jest kobietą. Przybujała się do naszego kąta, krokiem Roberta Mitchuma i rzekła autorytatywnie - tyle jest gadania o tej ksiażce, ze musicie ją wziąć jako następną do czytania. I słowo stalo się ciałem. Stałam z nią w ręku i myślałam - po moim trupie. Dobrze, że nie powiedziałam, że mi język kołkiem stanie, jak będę musiala odszczekać, bo teraz siedziałabym z największym kołkiem w gębie.

Powieść jest świetna. Opisuje środowisko australijskie, ale nie oszukujmy się, nadużyciem byłoby mówić, ze reprezentatywne. Mamy tu emigrację grecką, starsze pokolenie i ich dzieci, już urodzone w Australii, mamy problem rasizmu dotyczącego Aborygenów, ale zarysowany zaledwie, jest też zona Hinduska, wobec której też są uprzedzenia, ale to jest tło, bo książka nie o tym, chociaż też.

Pewnego popołudnia, podczas przyjęcia w ogrodzie, jeden z gości wymierza klapsa (tytulowy the slap) dziecku, które nie jest jego. Powiedzmy, że mocnego klapsa. Czy miał prawo, chociaż niekórzy sądzą, że miał powód? Czy reakcja rodziców była przesadzona, czy wręcz odwrotnie? Jak ta sytuacja wpłyneła na życie kilku osób, kilku rodzin?

Historię poznajemy przez pryzmat ośmiu osób, niektórzy z nich to pierwszoplanowe postaci dramatu, ale trójka można by powiedzieć, że marginalne; z drugiej strony, czy da się określić, kto, czy co będzie w czyimś życiu marginalne, a co okaże się kluczowe?

Niektórzy z tych bohaterów wydają nam się klarowni i łatwo nam ich polubić, a raczej nie-polubić, bo trudno myśleć o nich z sympatią. Ale każdy z nich ma swoją historię, która jak to w zyciu bywa, tłumaczy pewne zachowania, ich czyny. Tłumaczy, ale czy usprawiedliwia?

Książka napisana jezykiem żywym, czasem wręcz obscenicznym. Niektóre rzeczy mogą szokować, ale czyż świat nie szokuje? Przynajmniej mnie, w wielu jego przejawach.

Moim zdaniem warto, to prawdziwy 'page turner', nie można jej odłożyć. Zaraz będzie przetlumaczona na język polski. Czytałam też, ze ABC chce ją sfilmować.

Koniecznę muszę się przyjrzeć Christosowi Tsiolkasowi, coś jeszcze poczytać (w Polsce wydano jego Martwą Europę), będę go miała na oku.

wtorek, 05 października 2010
Teatr Rozmaitości w Dublinie - T.E.O.R.E.M.A.T.

Emocje buzują, jeszcze się nie mogę pozbierać po powrocie. Nadganiam zaległości powstałe z powodu wyjazdu. Pozwólcie, że wkleję link do strony TR, gdzie jest moja relacja. Nic dodać, nic ująć.

http://trwarszawa.pl/teoremat-w-dublinie-0

Aaaa, i jeszcze zdjęcie

Tak płakałam, że nie mam, ale od czego szeroko zakrojone żebractwo książkowe. Poprosiłam przemiłego Pana Macieja z Teatru Rozmaitości, żeby mi ktoś przywiózł te Dzienniki do Dublina, a ja oddam pieniądze. Koniec końców dostałam ksiażkę od niego w prezencie, aż mi głupio. Bo naprawdę chcialam zapłacić. Tutaj nikt by tej ksiażki do księgarni polskiej nie sprowadził. Pewnie Pan Maciej czuł sie w obowiązku, bo się zgodziłam napisać coś z Dublina dla TR. Zrobiłaby to i tak. No nic, Pan Bóg mu w zdrowych dzieciach wynagrodzi, a ja niedlugo się za to tomiszcze zabiorę. Myśle, że będę sobie czytać w systemie - jeden dzień, na jeden dzień. Mrożek na dobranoc, haha.

sobota, 02 października 2010
Eat, Pray, Love (Jedz, módl się, kochaj) FILM

Mialam w planach zobaczyc ten film, a ze ostatnio kolezanki kinowe mi sie wykruszyly, bo porodzily dzieci i chwilowo nie wychodza z domow, postanowilam zaliczyc go podczas pobytu w Dublinie. Wybralam najwczesniejszy seans o 10.50, corka i tak caly dzien, weekend nawet, na konferencji grafikow, cos trzeba robic, a po sklepach lazic nie bede, wystarczy, ze pognalam do Chapters (ksiegarni), jakze by inaczej, ale grzeczna dzisiaj bylam i kupilam tylko 4 ksiazki, z czego 1 dla Marka, partnera corki.

To jest ksiazka o naszej historii, od najwczesniejszych lat do solidarnosci i okraglego stolu. A dla siebie

Bohaterem jest Israel, Żyd, wegetarianin, ktory przyjezdza na prowincje irlandzka prowadzic biblioteke, ale ta zostaje zamknieta, a w zamian on zostaje kierowca biblioteko-mobila. Tylko, ze ksiazki gina, juz ponad 1000, kto je kradnie i dlaczego? Oto pierwsza zagadka detektywa bibliotekarza. Jest tego kilka czesci, kupilam na wyprzedazy dwie (obie kosztowaly razem 4 euro). A poniewaz zblizaja sie swieta, a ja lubie miec wtedy cos o tej tematyce to sobie jeszcze za kolejne 3 euro kupilam to

powiesc mojej ulubionej pisarki irlandzkiej, zaraz po Maeve Binchy. Nie pisze o niej, bo ona tylko po angielsku jest dostepna. Czytadla, ale z gornej polki. Ta wybitnie o swietach, zreszta widac po okladce.

No, ale o filmie mialo byc.  To, ze ksiazka mi sie podobala, to wiecie, bo juz tu pisalam o tym. Film byl nie gorszy, niestety nie lepszy, ale czy kiedykolwiek jest? Rozstanie bylo pokazane przejmujaco, ale moglo byc bardziej dramatycznie, bo ona jednak nie przeszla przez to tak latwo. Czesc wloska ok, czesc indyjska skopana, bo nie pokazali jej walki ze soba z medytacjami i z tym calym rezimem swiatyni guru. Bali polizana przez szybke, czyli troche bylo, ale moglo byc tez wiecej. Tylko, ze film byl i tak dlugi, wiec okazuje sie, ze ksiazka niesie wiecej tresci, niz nam sie wydaje, tak wiec, nie da sie tego w jeden film wtrynic, zeby nie trwal 4 godziny. W sumie moglyby powstac 3 filmy, po kazdym na jedna czesc i to by bylo akurat, ale z drugiej strony, kto ciekaw, niech siegnie po ksiazke.

Julia mi sie podobala. Ona jest taka niejednoznacznie ladna, jak bohaterka i autorka. Jej usta zawsze mnie zadziwiaja, bo mam wrazenie, jakby zyly swoim zyciem i tylko przykleily sie do niej na chwile. Jej brat Eric Roberts tez tak ma. Oni sa jak rodzenstwo Kaminscy - Emilian i Dorota, chlop czy baba, od nosa w dol wygladaja tak samo. Bez urazy.

A znowu  Javier Bardem, uznany za macho, jednego z najbardziej seksownych mezczyzn na kuli ziemskiej, zupelnie nie 'my cup of tea', ale o gustach sie nie dyskutuje. Leb ma wielki, nos mu wyrasta prosto z czola i otwor gebowy ma gigantyczny, ale... moge uwierzyc, ze dla niego kobieta jest w stanie porzucic rodzine i zatracic sie w seksie na Bali, bo jest skurczybyczek w dziwny sposob pociagajacy i seksowny (wiem, sama sobie zaprzeczam, ale jezeli mowa o feromonach i seksie, nie ma logiki, sa czyste zmysly). Czyli wiarygodny w tej roli jest. Hawk.

Z trescia tego filmu to jest tak - kazdy ma w sobie ziarenko, dla kazdego to moze byc cos innego, jakies marzenie, niezrealizowane plany, ambicje; kiedy sie oglada takie filmy lub czyta podobne powiesci, to jakby sie podlewalo to ziarenko. Czasem to za malo wody, ale jednak ono rosnie troche, czasem tylko tyle wody trzeba bylo, zeby 'to drzewo wydalo owoce'. Dlatego ludzie czasem mowia, ze ta ksiazka/ten film odmienil moje zycie. Przygladalam sie ludziom podczas seansu, kazdy byl poruszony, kazdy wychodzil z kina z myslami wypisanymi na czole, tak jakby ludzie mowili na glos - tak, pojade w te podroz, do cholery z tymi, co mowia, ze nie powinnam; tak powiem jej, ze ja kocham, bedziemy razem; tak namaluje kilka obrazow i pokaze je ludziom, czas realizowac swoje marzenia.... Mozecie sie smiac, ale ja wierze w moc sprawcza takich produkcji, opisanie swojej historii powoduje, ze inni zaczynaja wierzyc w swoje sily, w swoje marzenia, pozwalaja ziarenku kielkowac.

Spedzilam ponad dwie godziny w kinie i nie wiem, kiedy mi czas minal. Trzy razy sie splakalam, duzo sie smialam, nie byl to czas stracony.

A i zapomnialabym o sciezce dzwiekowej, jest super i juz sefruje po internecie w poszukiwaniu CD. Polecam

A teraz lece ubierac sie do teatru, wieczorne przedstawienie juz niedlugo. Az mnie mdli z podniecenia.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!