O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
wtorek, 27 października 2009
UP - film dla dzieci???

Przepraszam, nie znam tytułu polskiego.

Właśnie wróciłam z kina z mieszanymi uczuciami.  Miało być bardzo wesoło, a płakałam jak bóbr.  Ale od początku - był sobie dziadek, którego poznajemy jako małego chłopca, potem widzimy go kiedy jest zamężny i kiedy traci żonę w wieku wielce podeszłym - wszystko w telegraficznym skrócie (a i tak zdołali mnie doprowadzić do łez).  Dziadek traci sens życia, ale w porę sobie uświadamia, że jeszcze nie czas na życiową emeryturę, ani na śmierć tym bardziej, postanawia wznieść się wraz z domem w powietrze, za pomocą nie dynamitu, jak pewnie niejeden by pomyślał, ale tysięcy balonów, no może setek.  Proszę nie wznosić brwi w geście zdziwienia, logiki w tym być nie musi, to jest bajka.  Sęk w tym, że moje dzieci już duże (19 i 13 lat), nie chodzimy na bajki chyba, ze na film w stylu Shreka czy Epoki Lodowcowej Ta opowiesc przypomina mi trochę Kandyta Voltera, podóż bardziej filozoficzna niz w celu zwiedzania i przeżywania przygód. Nie tego sie spodziewalismy

W ogóle te filmy są coraz mniej dla dzieci, a coraz bardziej dla ich rodziców.  Przed seansem była zajawka Nocy Wigilijnej w 3D, Świąteczny koszmar czy jakkolwiek będzie to przetłumaczone na polski; tak się przestraszayłam, że się mało synowi na szyję nie rzuciałam, a zaraz potem spojrzałam na dziecko obok, które tez bylo niezle obsrane.  Gdzie się podziały filmy/bajki o księżniczkach, królach szantażowanych przez złe czarownice, biednych służących marzących o lepszym życiu, zaklętych zamkach i dobrych duchach?

Film podobał mi się srednio, kultowy to on nie będzie, ale i tak się cieszę, że poszliśmy, bo moja dziatwa już taka stara, że tylko patrzeć, kiedy już nie będziemy na bajko chodzić w ogóle, będę musiała zaczekać z tym na wnuki.

poniedziałek, 26 października 2009
House - moja miłość

Od pierwszego odcinka oszalałam na punkcie tego serialu, ja i moja córka. Najpierw kupiłam okazyjnie na play.com dwa sezony i obejrzałyśmy wszystkie odcinki jednym ciągiem.  Już nie mogłyśmy bez niego żyć, nie chcialyśmy czekać aż kolejny sezon będzie nadawany w Europie, córka znalazła w internecie, teraz jestesmy na bieząco.

Moim zdaniem najinteligentniejsza postać serialowa, kiedy mi smutno, oglądam sobie wywiady z Hugh Lurie na You Tubie, jest fantastyczny.

Kto jeszcze nie zna, niech koniecznie nadrobi.

Wczoraj obejrzałyśmy ostatni odcinek sezonu 5, załamka, House w szpitalu, jak oni to teraz popraowadzą?

20:07, kasia.eire , TVManiak
Link Komentarze (9) »
"Serce na dłoni" reż. Krzysztof Zanussi, prod. polska

Akcja po krótce - chłopak traci pracę, bo pomaga staruszce i pozwala jej opuścić sklep bez płacenia za produkt, na k†ory nie miała pieniędzy.  Nie dostaje ostatniej pensji, traci mieszkanie, a zaraz potem dziewczynę, bo nie chce z nią (Żmudą-Trzebiatowską, ktora się przebrała za szarą myszkę) jechać do Irlandii.  Nic mu się nie udaje i nie zamierza już podejmować kolejnych prób, chce zakończyć swój żałosny żywot na tym padole łez. Ale mu się nie udaje, odratowują go i w szpitalu poznaje bogatego biznesmena (bandytę biznesowego raczej), który wykorzystując jego głupotę i bezwolność, proponuje mu pomoc w samobójstwie. My wiemy, ze on czyha na serce.

Jest trochę śmieszno, trochę straszno, jak w życiu.  Mnie główny bohater tak irytował, że myślałam, że z tej bezsilności sobie scyzorykiem kółko na czole wyrżnę. Chodzi taki flak po ekranie, chudy niewyględny, bez charakteru, nawet się zabić nie potrafi.  To wrażenie beznadziei i nieudacznictwa, połączone z wszędobylskim, bezczelnym biznesmenem, który myśli, ze wszystko można kupić, co gorsza ma rację, naiwne wstawki o uczciwej do bólu Marcie Ż-T, potęguje się wraz z upływem akcji, a końcówka pozostawia niesmak.  Ten film przystoi może jakiemuś tam panu X, ale po Zanussim spodziewałam się jednak więcej.  Niech on już lepiej wróci do tego, co robił wcześniej.

Colm Toibin "Brooklyn" - emigracyjna powieść

W Polsce absolutna świeżynka, anglojęzyczne wydanie już od maja tego roku na półkach w księgarniach, niecierpliwie oczekiwana powieść mojego ulubionego pisarza irlandzkiego Colma Toibina.  "Brooklyn" porusza temat stary jak świat, przynajmniej nam i Irlandczykom tak się wydaje, a mianowicie - jak się odnaleźć w nowym środkowisku na emigracji. Młoda dziewczyna, małe miasteczko na Zielonej Wyspie, lata 50-te, nie ma pracy (skąd my to znamy?).  Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Ellis udaje się wyjechać do USA, tam rozpoczyna nowe życie.  Nie jest łatwo, język wprawdzie ten sam, ale kultura i obyczaje inne.  Twarda jest jak Wasilewska, jakoś się dostosowuje do nowego życia, poznaje fajnego chłopaka, i już już zaczyna być szczęśiwa, kiedy nadchodzą wieści z domu i musi jechać do Irlandii. Końcówka emocjonująca, myślałam, że zawału dostanę.

Patrzę na to, co napisałam i zdaję sobie sprawę, ze niejedno z was powie - ale to już było...  Może i tak, ale Colm Toibin jest jeden, niepowtarzalny i tylko on mógł napisać tak przejmującą i ciekawą historię na tak oklepany temat.  Wziełam do ręki tę książkę, byłam akurat na lotnisku, i po przeczytaniu kilku akapitów, miałam absolutną pewność, że mam do czynienia z historią, która raz opowiedziana, i to jak opowiedziana, już na zawsze, po przeczytaniu, będzie w moim sercu.  Mieszkam w Irlandii od prawie 8 lat, może i racja, że czuję czasem więcej czytając powieści tutejszych autorów, bo realia tego życia do mnie bardziej przemawiają, ale w tym wypadku uważam, że Colum Toibin zachwyci Was wszystkich, a przynajmniej tych, którzy mają podobna do mojej wrażliwość.  Czytać tę powieść, to jak siedzieć w zimowy wieczór przy kominku i słuchać opowieści babci.  Z całego serca wam polecam.  Dla tych, którzy czytają po angielsku, polecam raczej w oryginale, jest napisana pięknym językiem, jednocześnie na tyle prostym, że każdy da radę, nawet początkujący czytelnik w tym języku.

Wkleiłam dwie okładki, wydania polskiego i anglojęzycznego, to drugie mi się zdecydowanie bardziej podoba, oddaje nastój nostalgii głównej bohaterki.

14:35, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 25 października 2009
Tytułem wstępu

Wybrałam szablon, wykonałam wszystkie potrzebne czynności do założenia bloga i padłam trupem, bo już późno.  Nie będzie dzisiaj żadnego wpisu, przepraszam.  Nie, żeby ktos czekał, ale tak na wszelki wypadek, gdyby jakiś nocny Marek zajrzał i się zdziwił, że pusto.

Przyjaciele często pytają mnie - co interesującego czytałaś, a jaki film obejrzałaś, poleć coś.  Hmm, ja zawsze wiem, co czytać, jedyny problem to wieczny niedoczas, ale o tym pewnie nieraz i zdecydowanie kiedy indziej.  Zamiast pisać niezliczone maile do znajomych i przyjaciół, poszłam na łatwiznę i założyłam tego bloga.  Nie jestem ekspertem, krytykiem żadnej maści, nie pozjadałam wszystkich rozumów, ale lubię dzielić się zachwytem nad dopiero co przeczytaną książką, opowiadać o świetnym filmie, który widziałam, o sztuce teatralnej, która mnie zachwyciła, a jeżeli coś było nie do strawienia, też wam powiem.  Wszystkie notki będą oczywiście jak najbardziej subiektywne, można się ze mną spierać i polemizować do woli.  Po cichu na to liczę, bo cóż warte jest życie bez ciągłej wymiany poglądów i możliwości dyskutowania na tematy najbliższa naszemu sercu.

Mam nadzieję, że opanuję  tę stronę na tyle, żeby umieć dodawać zdjęcia i różne fikuśne rzeczy, co by nudno nie było.  Ale dzisiaj już na pewno nie. Dobranoc.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!