O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
wtorek, 28 września 2010
O pisarzach i Wysockim wspominków czar

Wiedziałam, że internet jest wszechmocny, że wszystko można tu znaleźć, ale nie sądziłam, że aż tak, że również w takich sytuacjach.  Nie wiem, czy pamiętacie, jak przy okazji wpisów o Pokonanych i Księgarniach pisałam o kierowniczce pewnej księgarni, o której pamietam, ale straciłam z nią kontakt, a to fajna kobieta była.  I ona mnie przez bloga odnalazła i się odezwała na maila. Ale jaja. Tak się cieszę, że chociaż mail przyszedł w sobotę, do tej pory mi się gęba uśmiecha.

Przy okazji urodzin medialnych Mrożka, bo przecież te właściwe, to on już dawno obchodził, ale jakoś książkę promować trzeba (Dzienniki musze mieć bezwblędnie), przypomniało mi się moje spotkanie z nim podczas Targów Książki w Warszawie. W kolejce po autograf stało milion ludzi, wszyscy wpatrzeni w niego jak w obraz Madonny, czekali cierpliwie, a cicho było jak w kościole. Trochę mnie to wkurzyło, bo ja nie mam w naturze zachowywania się jak 'grupie', czyli taka rozwrzeszczna siksa w histerii na widok swojego idola, czy w ogóle osoby znanej. Stałam kiedyś obok Pilcha, którego kocham miłością prawdziwą i nie oszalałam z radości, zamarłam jedynie lekko, jakbym chciała zatrzymać chwilę, ale potem sobie pomyślałam - głupia babo, facet je, śpi i wydala tak jak i Ty, a podziwiać to go możesz za ksiażki, a nie za to, że stoi obok ciebie. I mi przeszło, kupiłam bilet i się oddaliłam, hehe. No, ale na targach to człowiek wiadomo po co jest, kupować książki i hołdy okazywać, po autograf stojac między innymi. Podeszłam do Mrożka i zaczęłam coś tam gadać, ale patrzę, a on ma głeboko w pogardzie i to gadające babsko w mojej osobie, i tę całą kolejkę, i imprezę w ogóle (jak on się na to dał namówić) i cała jego fisis mówiła - jestem asocjalny facet, dajcie mi spokój. Mam autograf, ale czuję się, jakbym go zgwałciła.

Za to całkiem inne było spotkanie z Barbarą Kosmowska. To jest super babka. Otwarta, serdeczna, gadatliwa i mądra. Fajna po prostu. Tak mi się z nią rozmawiało, jakbym ją znała wieki. Szkoda, że nie widać jej nigdzie. A jej książki uwielbiam. Dała mi nawet swojego maila i żałuję, że nigdy nie odważyłam się napisać i podtrzymać jakoś znajomości, czy też wymiany zdań, bo moze o znajomości to w takich wypadkach trudno mówić.

Inny razem miałam okazję rozmawiać z Coelho - i znowu, świetny otwarty facet, bez zadęcia, przynajmniej w tamtym czasie, nie wiem, jak teraz, ale nie sądzę, żeby się diametralnie zmienił.

Za to Joanna Chmielewska, godnie przyjmuje hołdy i się byle czym nie podnieca. Królowa

Musierowiczowa - ciepła, mamina, z mądrymi oczami, serdeczna też. Taka jak jej książki. Kiedy z nią rozmawiałam, groziła właśnie, że Kalamburka to jej ostatnia ksiażka. Wychodziłam z autografem jak z pogrzebu. Na szczęście nie dotrzymała słowa.

Kiedy zobaczylam Siesicką na targach, siedzącą przy stoliku z tabliczką ze swoim imieniem i nazwiskiem, zakrzyknęłam tylko - to pani jeszcze żyje?!?! I to był okrzyk uzasadniony, bo ona była zupełnie nieobecna lata cale, już nie mówiąc o tym, że jej ksiażki za moich czasów były niedostępne w księgarniach, w bibliotekach prawie też, tylko po znajomości, ona byla dla mnie jak fałszywa pięćdziesiątka euro - wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt jej nie widział. Przyklęknęlam przy niej, przeprosiłam za nietakt, uściskałam jej rękę, rozmawiałam chwilę. Powiedziałam, i nadal tak uważam, że ona była dla mojego pokolenia, kiedy to z rodzicami nie rozmawiało się o seksie, miłości, narkotykach (zresztą to była dla nas nowość), o rozwodach, bardzo ważna. Ona poruszała te tematy i to niezwykle umiejętnie. Egzemplarze jej powieści były zaczytane do cna. Gdyby żyła w tych czasach lub innym kraju, byłaby bogata jak szejk arabski.

Nicolas Sparks to zupełnie inna liga. Amerykanin. Wiadomo, oni mają luz, nie taki podrabiany, tylko prawdziwy. Usadzili go w takim miejscu, że na początku targów nikt do nie niego nie mógł trafić. Szukali go, błądzili. Ja polazłam tam przypakiem. Patrzę siedzi uśmiechnięty facet i sobie coś czyta. Zapuściłam żurawia,  zobaczyć co, a przy okazji zarejestrowałam, kto on zacz. Zadnej jego ksiazki nie czytałam. Postanowiłam nie udawać, że jest inaczej, bo odkąd na maturze dostałam Popiół i diament, którego też nei czytałam, bo bylam chora i była to jedyna, powtarzam JEDYNA lektura, której nie zaliczyłam, a pytanie z tego właśnie padło i brnęłam w chaszcze aż dostałam pytanie pomocnicze, które rzadko bywa pomocnicze w takich wypadkach - a gdzie ukryli cialo zamordowanego kolegi?... Co ja wam bedę mówić, maturę zdałam, ale kłamać sie oduczyłam.

Powiedziałam, że nic nie znam, co wyszlo spod jego pióra, ale właśnie sobie teraz kupuję, on podpisze, a ja nie będę miała innego wyjścia jak przeczytać, bo co, książki za autografem nie przeczytasz? Uśmiał się jak norka, zaczelismy rozmawiać, a że tłumaczka gdzieś przepadła, a ja po angielsku mówiłam, a że nikogo tam nie było (do czasu ustawienia napisu DO SPARKSA), prawie godzinę tam spędziłam popijając z nim herbatę z jednego kubka.

A Leszek Talko jest dokładnie taki, jak jego książki - inteligentny i zabawny, 'przystojny umysłowo', że się tak wyrazę.

Ostatnio Michalina poszła 'za mnie' na spotkanie z Grocholą w Krakowskim Empiku, kręciła mi to kamerą, żeby potem przywieźć do domu wraz z ksiazką z autografem. Poszło tam dziecko z obowiazku, bo dla mamy, a wyszła strasznie nią oczarowana. To jest świetna babka.

Więcej pisarzy nie pamiętam, ale o jeszcze jednej osobie Wam opowiem - o Włodzimierzu Wysockim. Miałam może z 8 lat. Pływaliśmy statkiem "Szota Rustaweli" po portach Morza Czarnego, Odessa, Batumi, Sukhumi, Sochi i te sprawy. Na tymże statku był Włodzimierz Wysocki ze swoją zoną Mariną Vlady. Byłam dzieckiem, chociaż u mnie w domu często grało się pieśni Wysockiego (na adepterze z płyt winylowych), nie wiedziałam jak on wygląda i malo mnie to w sumie obchodziło. Tam na statku był basen, który po srodku miał bar. Osiadłam na mieliźnie i jadłam loda. W pewnym momencie tak liznęłam nieszczęśliwie, że mi wpadł do wody i go straciłam. Smutno mi było, bo te rosyjskie lody strasznie dobre były. Wysocki kupił mi drugiego i wręczył z zawadiackim uśmiechem. I takiego go właśnie pamiętam. I to, że strasznie byli zakochani, on i Marina. To był chyba ich najlepszy czas.

A tę pieśń nawet potrafię zaśpiewać od początku do końca wraz z nim, bo mój ukochany profesor Puczyński od rosyjskiego zadał nam to na pamięć, a potem wchodził na ławkę i śpiewał z nami w klasie.

A Wy mieliście okazję rozmawiać ze swoimi ulubionymi pisarzami, czy innymi idolami? I jakie wrażenia mieliście po takim spotkaniu, to czego się spodziwaliście, rozczarowanie, miłe zaskoczenie?

czwartek, 23 września 2010
Molowa lampka

Dwa ostatnie dni dla mola książkowego można zaliczyć do szczęśliwych. Po pierwsze przyszły paczki zakupionych do biblioteki książek, 45 samych hitów. Macałam sobie, chociaż nie moje (w tym wypadku towar nie należy do macanta), a do tego kilka z tych książek mam swoich, więc nie wiem sama czym się tak podniecałam, ale to chyba juz tak z rozpędu. Poza tym mam inne wydania, więc trochę jestem usprawiedliwiona. Taka jestem szczęśliwa, ze czytelnicy będą mieli taką ucztę i że tak to wszystko dobrze wyszło. Nie sądziłam, że aż tyle ksiażek uda się kupić, ale dzięki swietnym promocjom w Merlinie, udało się. Pewnie są też fajne oferty w innych sklepach internetowych, ale wiele z nich nie wysyła do Irlandii, a ja nie mogłam ryzykować, że gdyby mi nie wypalił adres polski, musiałabym anulować, bo nie mogłabym zamówić przesyłki za granicę. Do pierwszej w nocy wpisywałam te ksiażki do systemu, bo mam katalog u siebie w kompie też, mogę go updatować po uzupełnieniu, chciałam to zrobić w spokoju.

A dzisiaj, po wizycie męża w szpitalu, z wielce tajemiczą miną zawiózł mnie do sklepu, gdzie wypatrzył dla mnie lampkę do czytania w pokoju telewizyjnym. Skarżyłam się, że mam tam za ciemno, nie to co on, jego ulubione miejsce jest akurat 'pod lampą' i on sobie w czasie reklam podczytuje prasę lub książki, a ja nie mogłam. No i za stosunkowo niewielkie pieniądze (40 euro) kupiliśmy w Homebase to:

Dzisiaj ją wypróbuję, niech się tylko ciemno zrobi. Ma trzy stopnie nasilenia światła, więc chociaż wygląda na mała, nada się do czytania.

Ale się cieszę, hop sa sa, tralala ...

niedziela, 19 września 2010
Stosy podarunków

Nowy sezon w Bibliotece Polskiej już otwarty. Ponieważ działamy tak jak szkoła, więc na wakacje ksiażeki są wypożyczane na czas do września. Dużo nas dobrego spotkało na samym początku. Po pierwsze udało mi się zamówić w Merlinie książki w różnych promocjach, tak więc 1000 złotych jakie mieliśmy uzbierane wystarczyło na 45 książek. Super! Ale to nie wszystko. Wydaje nam się, że w tych sklepach internetowych siedzą bezduszni pracownicy, odbierają zamówinenia, przyjmują wpłaty i tyle. A ja zwróciłam się do Pań z nietypową sprawą, zresztą może i typową, ale dla mnie nie, bo zrobiłam to pierwszy raz - poprosiłam o dołożenie dla nas jakiś gratisów, gdyby im coś zbywało, zalegało, to może byśmy skorzystali. Hmm, w takich miejscach chyba niewiele zalega, a jak zalega to pewnie pozbywają się inaczej, ale do mnie odezwała się Ewa Nowakowska i potwierdziła, że może jej się uda coś dla mnie wydębić w wydawnictwach. Spodziewałam się kilku, może kilkunastu książek, ale okazało się, że dostaliśmy dwa wielkie kartony, pełne książek dla każdej grupy wiekowej, ale najwięcej dla dzieciaków, a wiadomo, one są na wage złota (książki), bo drogie, ciężkie (twarde oprawy) i o wielu tytułach się nie słyszy, tak więc wcale bym ich nie zamówiła. Magda Bombik też z Merlina koordynowała sprawę od strony zamówienia, żebym nie dostała za darmo tego, za co już zaplaciłam (żeby bez dubli było), na bieżąco jedna i druga pani wysyłała do mnie maile, wszystko poszło gładko i zaskakująco dla nas hojnie. Nawet zdjęc tych kartonów nie zdążyłam zrobić, bo jak wypakowałam w szkole, to się wszyscy rzucili olgądać, zaraz zaczęliśmy wpisywać w system, potem ludzie wypożyczać i w rezultacie pooooszło, a zdjęć niet. Ale wierzcie mi było tego ponad 60.

A zaraz potem, niezależnie od tej akcji Merlina, odezwało się do mnie wydawnictwo Otwarte. I znowu, wcale nie musiałam jakoś szczególnie żebrać, ani się trupem kłaść, miła pani Edyta, nazwiska nie podam, bo nie wiem, czy mogę, zaproponowala, że wydawnictwo wyśle mi 6 książek. Żadnych wymagań, taka darownizna.

Nie wierzę, miałam takie ładne zdjęcie całej szóstki i je usunęłam, zamiast wstawić. Ale się wściekłam. Musiałam zrobić jeszcze jedno, ale bez dwóch, bo już wypożyczone.

szkoda tylko, ze to są tomy 1 i 3, ale w końcu drugi możemy sobie dokupić.

O, i takie mamy szczęście, czym się chciałam pochwalić, bo wcale nie tak często zdarza się tyle dobrego naraz.

A tak poza tym, czyta się, niedługo będą recenzje, tylko mam lekką obsuwę, bo czasu brak. Już niedługo coś napiszę.

Po edycji - pisałam o tym wcześniej, ale pomyślałam, ze trzeba dopisać i teraz, bo wyjde na niewdzięcznicę. Polskie sklepy w Letterkenny pomagają też. Jeden, ten starszy stażem, transportuje nam książki z Polski za darmo, to jest wieeeeeelka oszczędność. Drugi, ten niedawno otwarty, właśnie nam kupił, fizycznie dostałam egzemplarz, Byczki w pomidorach Chmielewskiej, a zapowiadają sponsoring kolejnych tytułów od czasu do czasu. No niech mi ktoś powie, ze w tym życiu chodzi tylko o kasę. Okazuje się, że nie!

sobota, 11 września 2010
Maeve Binchy - irlandzka story-teller

Kupiłam sobie jej powieść w 'Kręgu Przyjació0'ł z ciekawości, jaka to jest ta Irlandia? Było to kilkanaście lat temu, jeszcze nawet nie przeczuwałam, że wyląduję na Zielonej Wyspie. Przeczytałam ją jednym tchem. Spodobała mi się do tego stopnia, że kupowałam każdą kolejną, którą wydawali w Polsce. A wymagało to samozaparcia, bo wprawdzie Prószyński proponował co chwila jej tytułu, ale wydawał je w takich okładkach (Biblioteczka pod różą), że można się było zniechęcić - znacie te klimaty, kobieta przegięta w pasie do tylu, nad nią facet zgięty w pół, całuje jej ust korale - w ogóle nieadekwatne do treści. Nie wiem, kto to wymyślił, ale fakt jest, że ani wtedy, a ni potem nie miała ona szczęścia do okladek w Polsce.

wersje angielska i amerykanska, a tu polska, przynajmniej ja mam taką

Brrrrr

Kiedy przyjechałam do Irlandii nowości wydawne przez nią kupowałam już tu, po angielsku, 'na niej' uczyłam sie cierpliwości czytania w innym języku, ale przede wszystkim uczyłam sie miłości do Irlandii. Nikt tak jak ona, nie potrafi przekazać tego, jaki pięny jest ten kraj, jak fajni ludzie tu mieszkają i że ci mniej fajni też się zdarzają, ale tych pierwszych jest więcej i rekompensują przykrości stykania się z drugimi. Poza tym Maeve hołduje najstarszej tradycji opowiadania historii, kiedy tu jeszcze nie było telewizji, ani radia, a na książki mało kogo było stać, od domu do domu chodzili story tellers (opowiadacze historii), takie żywe audiobooki, za ciepły kąt i strawę, wieczorami snuli ciekawe opowieści.

Mój mózg ma płec damsko męską, czyli z jednej strony jestem konkretna, nie lubię pieprzenia kotka za pomocą mlotka, mówię dosadnie, prosto z mostu i klnę, a z drugiej jestem typowym kobitą, z oczami na mokrym miejscu, nadwrażliwościami na biedę dzieci i zwierząt i lubię historie o kobietach, byle nie li tylko ckliwe. Coś muszą w sobie mieć. I Maeve Binchy coś takiego ma.

Trudno wymienić ulubione jej powieści, każda coś ma, ale fakt, że te starsze są lepsze, tak jak powieści Chmielewskiej. Wsród nich Droga do Tary, Szklane Jezioro i Kurs wieczorowy oraz wspomniane W kręgu przyjaciół. Pierwsza i ostatnia zostały sfilmowane.

Droga do Tary to historia dwóch kobiet, jedna cierpi, gdyż oszukał ją ukochany mężczyzna, druga nie może pozbierać się po stracie z goła innego gatunku. Nie wiadomo, co gorsze, ale jedno i drugie niszczy te kobiety od środka, zżera je,nie daje oddechu. Wpadają na siebie przypadkiem, wiedzione impulsem postanawiają zamienić się domami na czas wakacji. Dla tych co marszczą teraz czoło w zadumie i mruczą pod nosem - skądś to znam informuję, że film Holiday (też o wymianie domów) był dużo później niż ta powieść, a poza tym to jest dosyć znany i popularny na zachodzie sposób na wyjazdy. Obie Panie, jak latwo się zorientować, zmieniają coś w swoim sposobie myślenia, postrzegania swiata i swoich kłopotów, ale czy na lepsze, czy na gorsze, czy wrócą do swoich dawnych domów? - tego musicie dowiedzieć się z powieści.

W kręgu przyjaciół jest filmem na chandrę, na babski wieczór, na oglądanie w czasie grypy, kiedy naokoło pełno chusteczek i 'nikt was nie rozumie' i kazdy was wkurza. O trzech przyjaciółkach, wchodzeniu w dorosłość, pierwszej miłości, zdradzie, pierwszych poważnych wyborach, odpowiedzialności. Piękny.

Kiedy macie dosyć świata morderstw, nowoczesnych kobiet, które wiedzą i mogą wszystko, wojennych zawieruch, krain fantazy - sięgnijcie po irlandzką opowiadaczkę. Może i Wam się spodoba?

A na koniec ciekawostka, w jej ostatniej powieści Heart and Soul jedną z bohaterek jest Ania, polska pielęgniarka, która przyjechala do Irlandii do pracy.

 

wtorek, 07 września 2010
In Bruges

W życiu bym się na niego nie wybrała do kina, nawet gdyby był jedynym filmem wyświetlanym i do tego w promocji za darmo. Coś mi córka o nim mówiła, ale za Chiny Ludowe nie mogłam sobie przypomnieć co, czy jej się podobał, czy wręcz przeciwnie? Tego wieczora był wyświetlany na któryms z kanałów irlandzkiego/brytyjskiego SKY, już leżałam w łóżku, nie miałam pod ręką pilota, ten film się zaczął, a mnie się nie chcialo wstać. Na całe szczęście, bo film jest genialny i cieszę się, aż mam gęsią skrókę jak o tym piszę, że jednak go obejrzałam.

Akcja jest taka - chłopak jest zawodowym mordercą, był kontrakt na księdza, on przypadkiem zabija również kogoś jeszcze. Musi zniknąć. Szef wysyła go z drugim kolesiem do Bruges, miasta w Belgii. Bo szef jest fanem tego miejsca na Ziemi, nie ma to jak Bruges. No i panowie mają za zadanie wtopić się w tłum turystów i udawać, że są na wczasach, przeczekać dochodzenie. Ale jest pewnien hak, o tym już nie powiem, bo to niespodzianka.

Nie o treść tu jednak chodzi, bo to niby film gangserski, ale z przymróżeniem oka. Dwóch aktorów - Colin Farrell i Brednan Gleeson oraz Ralph Fiennes zrobili z tego obrazu majstersztyk. Nienawidziłam Farrella aż do tego filmu, teraz uznaję, że jest z niego aktor co się zowie. Drugi to świetny brytyjski komik i aktor też. Ralpha Fiennesa przestawiać nie muszę.

Dygresja mała, rok temu Ralph grał w Dublinie w teatrze w sztuce Friela. Koniecznie chciałam go zobaczyc, poruszyłam niebo i ziemię, ale nieskutecznie, biletów włącznie ze stojacymi już nie było. Tak sobie rozpaczałam przez tydzien, koleżanka do mnie zadzwonila, żeby z nią pójść na basen do Gweedore, ale odmówiłam, bo byłam zajęta tą rozpaczą. A tego dnia właśnie na basenie był Ralph Fiennes zaproszony przez Friela do Donegalu na wycieczkę weekendową, bo dramatrug (chyba ze 100 lat ma) pochodzi właśnie stąd i ma tu dom. Ot i tak nie  widziałam mojego ulubionego aktora. Może to i lepiej, bo nie wiem, czy on by przeżył widok mnie w kostiumie kąpielowym, hehe.

Ale wracając do filmu, obejrzałam go w oryginale czyli po angielsku i wszystkim,któzy używają tego języka polecam oglądać tak, inni muszą się posilkować lektorem, ale to zabierze pól przyjemności. Colin ma śmieszny irlandzki akcent, nic dziwnego, on jest stąd. Jest takim naiwniakiem, który jest niby mordercą, ale mentalność ma taką, jak dziwaczny hydraulik. Szef, ponieważ jest zachwycony Bruges, każe im zwiedzac miasto i wypytuje, czy podobało im się to czy tamto, a oni mają gdzieś zwiedzanie i to miejsce, ale przecież mu tego nie powiedzą. Szef, czyli Ralph Fiennes jest przekomiczny, ma dziwny akcent i oczywiście stara sie być grożnym przestępcą, latają z bronią i robią niby wszystko to, co w każdym filmie sensacyjnym, ale jest to takie komiczne, że nie mogłam się przestać śmiać.

To jest rodzaj parodii wielce inteligentnej, ironia jest cienka, niektórzy mogliby się nabrać i traktować ten film jako normalną strzelaninę. Teksty i akcent oraz pewne ich działania zdradzają, ze w tym filmie jest coś więcej. To nie jest absolutnie film typu Amerykańskie wakacje czy Szklanką po łapkach, on jest dużo bardziej wyrafinowany i dla wymagającego widza. Zdecydowanie jeden z lepszych jaki widziałam w tej kategorii, jeżeli nie najlepszy. Koniecznie muszę go mieć na właśność, będę wracać po wielokroć.

Przepraszam, ale nie udało mi sie ustalić tytułu polskiego, czy ktoś wie?

piątek, 03 września 2010
Zupa z granatów - Marsha Mehran

Od dawna chciałam przeczytać tę powieść, ale jakoś się nie składało. Pożyczylam ją wreszcie od Lotty i ucieszona zabrałam się do czytania. I nie zawiodłam się. W myśl zasady, ze najbardziej lubimy czytać czy oglądać filmy o rzeczach, które znamy, podobało mi się, ze dzieje się w irlandzkim miasteczku, takim jak moje, że z każdego zdania wyziera prawda, której i ja doświadczam. Tak więc, kiedy autorka opisuje budzenie się sennego miasteczka do życia, widzę moje ulice, gardzistów (czyli policjantów) podążających do pracy, burmistrza wracającego z golfa, miejscowy pub, tych 'super ważnych' ludzi w mieście, kobiety z komitetu organizacyjnego obchody Tańca św. Patryka itp. Czuję dokładnie o czym ona mówi, widzę to oczami wyobraźni jakbym film oglądała, jakbym część swojego życia widziała i to mi się podobało podczas lektury tej opowieści.

Oczywiście nie da uniknąć się porównywania tej ksiązki do Czekolady Joanne Harris. Nie wiem, czy autorka specjalnie nawiązała do poprzedniczki, czy o niej nie wiedziała, czy wiedziała, ale nic nie mogła poradzić na to, ze jej historia przypadkiem była podobna? Tak czy tak, paralela nasuwa się sama.

Jedno tylko mnie zdziwiło w tej historii. Bohaterki otworzyly kawiarnię ze specjałami kuchni irańskiej, serwowały tylko i wyłącznie potrawy z tego regionu świata, a wszyscy tam jadający łyknęli to z biegu i ulubili sobie takie właśnie gotowanie. O nie kochani, takie bajki to nie ze mną. Irlandczycy są wyjątkowo przywiązani do swoich smaków, ziemniaków i kapusty, herbaty Lyons lub Tetley, kiełbasek Mallona, sera typu chedar i białego/czarnego puddingu. Na lunch najlepsza jest kanapka, na obiad indyk lub pieczeń wołowa i nikt mi nie wmówi, ze irańskie potrawy zrobiły furorę. Toż tu nawet chińska kuchnia jest tak zmodyfikowana, żeby Irlanczycy kupili. Jedyne, co zaanektowali bez szemrania, to kuchnia indyjska i to też nie wszyscy. I pewnie dlatego, ze głównie jest na wynos. Poza tym kebab i też nie na ichni sposób, tylko taki anglosaski. Jak robię kurczaka przyprawionego ziołami, to się tu dziwią. Tak więc w ten wątek nie uwierzyłam, ale rozumiem, że na potrzeby powieści tak trzeba było.

Histria sióstr przybywajacych w ucieczce przed przeszłością do Irlandii, przebitki z Iranu, trochę historii rewolucji tamże, ale bez epatowania i martyrologii, fakty jeno i to niewiele, jest gładka, czyta się ją szybko i niestety pozostawia niedosyt. Dowiedziałam się, że ukazała się kontynuacja, całe szczęście, bo bym następne miesiace spędziła na domysłach, co zdarzyło się tam dalej. Cieszę się, że Lotta mi ją pozyczyła.

Lotta - a drugą część masz?

Tagi: ciekawe
00:26, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (26) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!