O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
piątek, 30 lipca 2010
North and South - serial BBC na podstawie powieści Elizabeth Gaskell. I co wyniosłam z wizyty u Lotty.

Zaliczam po kolei ekranizacje powieści Elizabeth Gaskell. Cieszę sie, ze miałam okazję ją tu poznać. W Polsce nic o niej nie słyszałam, pewnie tylko studenci anglistyki ją znają. No i ci bardziej rozeznani w literaturze angielskiej, ale ja do nich widocznie nie należę. Do czasu przeprowadzki do Irlandii nie czytałam po angielsku, nie miałam dostępu do powieści w oryginale, oprócz kilku powieści Grahama Greena, które nabyłam w 88 roku, po międzynarodowych targach. Sprzedawali je w empiku, przejęte od wydawnictwa Penguin, za duże pięniądze.

Opisywalam juz tutaj Cranford, fantastyczna ekranizację powieści tej autorki pod tym samym tutułem. Trzy sezony po kilka odcinków. North and South jest miniserialem, tylko 4 odcinki. Ach, jak szkoda, ze taki krótki. Mogłabym go oglądać bez końca, ten poprzedni zresztą też.

Główna bohaterka, wychowana na południu, w pięknym, spokojnym, zielonym zakątku, córka pastora, można powiedziec chowana pod kloszem, przyjeżdża do Milton, na północy, po tym jak jej ojciec rezygnuje ze stanu duchownego. Kobiety, córka i matka, podążają za nim, chociaż nie rozumieją jego decyzji. Milton jest w centrum rewolucji przemysłowej, pełną parą działają tam fabryki bawełny, maszyny przyspieszyły produkcję na tyle, ze tworzą się wielkie fortuny. Milton, w porównaniu z południem, zielonym i słonecznym, wydaje sie piekłem - ciemnym, zadymionym i śmierdzącym. Trudno się przystosować tej rodzinie do nowego miejsca. Zaraz na początku historii Margaret Hale spotyka właściciela jednej z fabryk - Johna Thorntona. Gra go Richard Armitage. Powiem wam jedno słowo - ciacho. Dech zapiera. A jak się odezwie, to można nawet zemdleć. Stara jestem, wcale nie taka skora do wzdychania do byle kogo, Bratt Pitt i George Clooney mnie nie biorą, a ten aktor może z nóg zwalić niejedną, włączając mnie.

Historia opowiada o miłosci, ale też i o stosunkach społecznych w tamtych czasach. Tak sie spłakałam na końcu, ze kiedy poszłam do sklepu zaraz potem, sąsiedzi pytali, czy mi się coś nie stało. No i ta muzyka. Koniecznie muszę kupić soundtrack. Po edycji - okazało się, że nie wydali muzyki z tego filmu w formie płyty, wiele ludzi szuka i ku rozpaczy dowiaduje się, że nic z tego, nie mają nawet zamiaru wydawać. Na jakimś formum wskazali stronę, na której można posłuchać (po lewej w szpalcie umieszczone są utwory, mniej więcej po środku, trzeba kliknąć i wtedy są odtwarzane, a TU mój ulubiony utwór.

Przypadkiem znalazłam stronę, na której można obejrzeć online ten serial

Wczoraj odwiedziłam blogową Lottę, która ku mojemu zaskoczeniu okazała się być mieszkanką sąsiedniego miasta. W zyciu się tak nie nagadałam o książkach jak z nią. Okazało się, że ma wiele powieści, o których istatnieniu nawet nie wiedziałam, szczegółnie nowoczesne skandynawskie, ale nie kryminaly. Tak miło wymienić poglady czy dowiedziec się czegoś nowego, nie być wiecznie 'ekspertem', ale też czerpać z wiedzy innych. To tak jakbym czytała blog, zapiswyała coraz to inne tutuły, z taką różnicą, że to na żywo. Lotta ma piękną bibliotekę, wpuścila mnie do niej, za co jestem wielce wdzięczna. Co chwila wskazywałyśmy jakąs książke i pytałyśmy jedna drugiej, czy już przeczytna, czy się podobała? Czasem wznosiłam okrzyk - tego jeszcze nie znam, czasem Lotta pytała - a to czytałaś, bo ja jeszcze nie. Dwa mole się spotkały i jak to określiła kiedyś Fryczkowska, autorka Trafionej-Zatopionej, molowały. Ja moluję, ty molujesz, one molują. Czyli nie moga się nagadać o książkach. Co ja wam będę tu gadać - taka znajomość w realu jest bezcenna. Na dodatek, ja łasuch, dostałam świetny torcik fiński rękami gospodyni zrobiony, do kawy. Na dodatek dostałam do przeczytania trzy książki. Wiecie jak ciężko komus pożyczyć swoje zdobycze, tym bardziej doceniam.

Teresa Torańska Są
Sonia Raduńska Kartki z białego zeszytu
Marsha Meheran Zupa z granatów

Czyż to nie żałosne, że po kupieniu tylu ksiażek, stosy za stosami, jeszcze pozyczam? Ale nie mogłam się oprzeć, no i dają to bierz. Zupę z granatów chciałam przeczytać, a dwie pozostałe są polecone gorąco przez Lottę. Takie małe 'łupy' wizytowe :-)

 

wtorek, 27 lipca 2010
Stosik lipcowy i superowa lampka do czytania

Byłam w Dublinie, odwieźć syna na lotnisko. Już od samego początku założyłam, ze zajrzę do Easona, bo od koleżanki Kasi dostałam w przezencie kupon prezentowy, tam największy wybór, więc lepiej go wykorzystać tam, niż w małym oddziale u nas. Dzien przed wyjazdem wyczytałam u Ani na blogu o świetnej księgarni Chapters, w centrum Dublina, więc w moim zasięgu, też ją miałam w planach, tym bardziej, ze tam książki w promocyjnych cenach i z drugiej ręki - raj dla mola książkowego (zdjęcie na blogu drugim TU)

Najpier poszłam więc tam, bo po co w Easonie kupować coś, co będzie o połowę, albo i więcej, tańsze w Chapters. W takich miejscach zawsze szukam powieści Richarda Russo, bo nigdzie nie mogę ich kupić, a ostatnia, najnowsza, byla skandalicznie droga w Easonie. I co, znalazłam dwie :-), ostatnie!!!

Oczadziałam ze szczęścia. Uwielbiam tego pisarza, od czasu przeczytania Empire Falls (wrażenia TU), szukam wszystkiego, co napisał.

Zachęcona waszymi recenzjami kupiłam też

czyli Miłośników placka z obierek kartoflanych, czy jak to tam jest przetłumaczone. Pięknie wydana, w twardej oprawie, z dodatkową obwolutą, za jedyne 5 euro. Myślałam, że tam zemdleję.

Kupiłam też trzy ksiażki dla koleżanki, którą jadę odwiedzić, znalazlam ją na blogach i okazało się, że mieszka niedaleko. Moje dwie ulubione powieści i jedną baaardzo zachwalaną przez krytyków, o której wiele słyszałam, ale nie miałam okazji czytac, więc będę musiała pożyczyć. Trzymam tytuły w tajemnicy, bo jak zajrzy, to nie będzie i tak wiedziała jakie.W czasie zakupów w Chapters odebrałam chyba ze sto telefonów, bo Wojtek własnie dojechał, bo małżon dzwonił pytać, czy dojechał, bo córka byla ciekawa, czy już jest w kraju, bo mąż jednak zadzwonił do syna i potem do mnie, powiedzieć, czego się dowiedział, bo.... obsługa cierpliwie znosiła kobietę w obłedem w oczach i z telefonem wiecznie odzywajacym się śmiechem dziecka (taki mam dzwonek).

W Easonie w pierwszym momencie myśłałam, że nic dla mnie nie ma, ale zaraz zaczęłam wywlekać z półek różności i okazało się, że musiałam przeprowadzić eliminację, bo jednak szaleństwo ma swoje granice i tym razem nie ma w nim metody. Ograniczyłam się do trzech:

Coś mnie ostatni na II Wojnę Światową wzięło. "Alone in Berlin" już jest u bestsellerem, mówi o tym, jak Niemcy przeciwstawiali się Nazistom. Lubię czytać powieści z tego punktu wiedzenia, no i te klimaty, Berlin wojenny. Strasznie jestem jej ciekawa.

"The Postmistress" też dotyczy tego czasu, tym razem o trzech kobietach, które na swój sposób radzą sobie w tym czasie. Przeczytałam kilka stron w księgarni i wydaje się ciekawa i fajnie napisana

Pauline McLynn jest znana z serialu Father Ted i z rół teatralnych, ale i z kilku książek. Ta jest najnowsza. Jeden adres w Soho, jeden dom, różni lokatorzy na przestrzeni wieków. Zapowiada się wielce interesująco.

A do tego kupiłam jeszcze jeden sprzęciorek, będę mogła w nocy czytać, kiedy mąż już śpi. Lampkę specjalną. W Chapters mają, przy kasach sobie wiszą. Takie maleństwo, leciutka, a jak daje! I tylko strony oświetla. Super

Zatyka się ją z tyłu do okładki i można ją pochylać aż do 90 stopni.

Tagi: stosik
19:05, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (51) »
niedziela, 25 lipca 2010
Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk

Będziecie się ze mnie śmiać, ale ta ksiażka mnie wołała, najpierw z księgarni internetowej, a potem, kiedy już kupiona i ustawiona na półce-poczekalni, też. Miałam czytać zupełnie co innego, a ta miała być następna, ale mnie zawowała znowu i już nie mogłam się oprzeć.

Muszę to powiedzieć w ten sposób, bo mi słów brak - ta powieść jest za-je-bista.

Zupełnie się tego nie spodziewałam. To znaczy, wiem, że Olga Tokarczuk jest utytułowana, uwielbiana i w ogóle, ale kryminału w pełni tego słowa znaczeniu nie oczekiwałam. Z drugiej strony zbrodnie popełniane nie są wcale na pierwszym miejscu, a dochodzenie do juz w ogóle. Gdzieś tam w tle przeplatają się funkcjonariusze policji, przesłuchania i całe z tym związane zamieszanie, ale najważniejsza jest główna bohaterka, emerytowana pani inżynier, nauczycielka angielskiego w szkole gminnej - Janina Duszejko, którą poznajemy w noc, kiedy został zamordowany jej sąsiad. Czy zamordowany? Oto pierwsze pytanie.

Dzieje się to w zimowy czas, opisany przez pisarkę bardzo sugestywnie. A ta zima jest inna niż w mieście, bo akcja dzieje się w Kotlinie Kłodzkiej, na terenie, gdzie chałupy są porozrzucane w dość dalekiej odległości jedna od drugiej. Przyroda potrafi być okrutna, cieżko doświadcza ludzi i zwierzęta, szczegółnie w ten śnieżny i mroźny czas. Groźnie jest w tę noc, kiedy zmarł jej sąsiad i wcale nie mniej, kiedy giną inni. Ale życie toczy się gdzieś obok tych okropieństw, więc poznajemy innych sąsiadów, nauczycielkę, 'ludzi z miasta', przyjaciela Janiny - Dyzia, który z pasją tłumaczy Blake'a, małomównego Makotę, który potrzebuje dużo czasu, żeby dac się poznać (zadziwi was). Poznamy też układy panujące w mieście, klimaty jemu właściwe. A wszystko to przez pryzmat Janiny Duszejko, z zapałem zglębiającej tajniki astronomii, miłośniczki zwierząt - jej filozofii i postawy życiowej, bolesnych przeżyć i wrażliwości. Bardzo mi się podoba ta bohaterka.

Jako młoda dziewczyna bywałam w Kotlinie Kłodzkiej na nartach, w Zieleńcu. To było moje ulubione miejsce wypadowe. Kiedy pogoda nie pozwalała na szusowanie na nartach, jeździliśmy po miasteczkach, poznawaliśmy kłodzkie kąty. Czytając tę powieść czułam ten klimat, ten zapach, szczegółnie zimowy. Ale i osoba, która nigdy tam nie byla, od razu złapie kontakt z miejscem, bo jest ono tak sugestywnie i trafnie opisane, ze nie będzie z tym zadnego problemu. A opowieść o dentyście leczącym zęby na polanie w wiosenno-letni czas to majstersztyk.

Juz teraz mogę powiedzieć, że jest to jedna z moich najukochańszych ksiazek ever. Nie za treść kryminalną ją tak cenię, ale za ten klimat, za sposób opowieści, za przemyślenia w niej zawarte.

piątek, 23 lipca 2010
O zwyczajach czytelniczych słów kilka jeszcze

Dzisiaj sprzątałam i mnie tak naszło, zeby wam się przyznać, że czytanie w ukryciu niezwykle dobrze mi wychodzi. Macham ścierką, robię dużo zamieszania, a co chwila podchodzę do regału z książkami i  sobie podczytuję fragmenty to tej, to innej ksiażki. Czasem chowam się w ubikacji i zaliczam jeden rozdział. Zawsze mam ksiażkę w torebce i kiedy jestem w biurze, czy jak robiłam kurs, kiedy wyjątkowo nudno, wychodze i czytam kilka, kilkanaście stron gdzieś ukryta. W domu to sobie bardziej stwarzam takie sytuacje, że niby zakazane, bo kto mi zakaże tak naprawdę? Syn czasem z góry krzyczy, on tam sprząta swoje kąty - maaamooo, znowu okładki oglądasz. Zna mnie szelma. Kiedyś faktycznie miałam wyjęty tom Autobiografii Chmielewskiej, kiedy usłyszałam, że syn schodzi po schodach, tak chciałam go szybko z powrotem schować, że porwałam okładkę, potem musiałam ją sklejać.

Czytam o upałach w Polsce i przypomina mi to lato w 2002 roku, zaraz przed przyjazdem do Irlandii. Nastąpiło ono po wyjątkowo długiej, mroźniej i śnieżnej zimie. Upały były nie do zniesienia, tak jak pewnie teraz. Już wtedy nie pracowałam, pakowałam dom przed wyjazdem, ale powoli, bo dopiero na 22 sierpnia mieliśmy bilety do Dublina. Przez pół dnia w ogóle nie wychodziliśmy z domu, siedzieliśmy i oglądaliśmy Frasiera, nasz ukochany serial, akurat leciał w TV rankami. Mieszkaliśmy w Siedlcach nad Zalewem, codziennie po 3-ciej chodziliśmy tam pomoczyć się w wodzie. Potem obiad i Wojtek na podwórko, a ja z nim, zabierałam kawę w termosie i filiżanki, rozmawiałyśmy z innymi mamami. Wieczory były dla mnie. Siadałam na tarasie, miałam tam wyjątkowo wygodny fotel rozkładany i czytałam. Kiedy robiło się ciemno, wtedy temperatura wreszcie była do wytrzymania, wystawiałam lampkę i dalej czytałam, do 2 nawet 3 w nocy. Fajnie było, bo blok ustawiony w ksztacie litery U, słyszałam dzwięki telewizorów z innych mieszkań, rozmowy (ale nie dokładnie, tylko szum głosów), miałam ustawioną jakąś muzyczkę ulubioną i tak czytałam, czytałam ... Czasem też w ciągu dnia. Bo Michalina miała jakieś swoje zajęcia, a Wojtek bawił sie z kolegami, widziałam plac zabaw z balkonu, zerkałam na niego i czytałam. Godziny całe tak. Jedną ksiażkę dzinnie. To mi chyba życie uratowało, bo się bałam tego, co mnie czeka na obczyźnie i czekanie by mnie zabiło, stres znaczy.

Na plaży ostatnio mnie razi słońce, więc słucham audiobooków. A najlepsze jest to, że nawet ze słuchawkami na uszach, słychać szum morza. Uwielbiam.

środa, 21 lipca 2010
Trzy wieczory filmowe, a własciwie dwa, jeden podwójny. Afonia i pszczoły, Enid i Miasto ślepców

W czasie letnim nie oglądamy telewizji, w senscie programów, seriali czy innych produkcji, ale lubimy urządzać sobie wieczory filmowe. Jakiś czas temu usiedliśmy i zaliczyliśmy dwa filmy pod rząd, oba o 'porabanych' sytuacjach i jeszcze bardziej pogiętych kobietach. Pierwszy to 'Enid', o pisarce brytyjskiej dla dzieci - Enid Blython. Nie jestem jej fanką, nic nie znam tej autorki, ale tutaj jest ona kultowa z czasów dzieciństwa. Okazało się, że była osobą wyjątkową. Nie chcę wiele pisać o niej, bo to, co się dowiedziałam było dla mnie szokiem i chcę zostawić dla was tę tajemnice i jej odkrywanie. Powiem tylko, ze film świetnie oddaje klimat tamtych czasów (międzywojnie, II wojna i po), dorównuje najlepszym obrazom tego typu.

Drugi film tego dnia to 'Afonia i pszczoły', mojego ulubionego reżysera polskiego Jana Jakuba Kolskiego. Żaden z jego filmów nigdy nie pozostawił mnie obojętną, zawsze przemyśliwuję jeszcze długo treść i to, co reżyser chciał powiedzieć, bo są to filmy autorskie, więc nie tylko jest on reżyserem, ale to, co pokazuje jest jego widzeniem świata, jego historiami, tym, co rodzi się u niego w sercu, duszy, głowie, co go w snach nawiedza, a potem z tego są obrazy. Jakie piękne obrazy, też czasem okrutne, bywa obrzydliwe, jak obrzydliwa potrafi byc natura ludzka.

Afonia mieszka w małym mieszkanku na prowincji, jest rok 1953. Jej mąż, były zapaśnik, sparalizowany po wypadku. Ukrywa tajemnicę, która wielu mu chce wydrzeć. Ich życie biegnie ustalonym torem, ma swoje uspokajające i dające bezpieczeństwo rutyny. Afonia kręci kamerą wojskową wszystko, co wydaje jej się ciekawe. Widzimy swiat takim, jaki jest i takim, jakim go widzi Afonia przez pryzmat oka kamery. Pewnego dnia, w ten uporządkowany świat wkracza żołnierz radziecki, byly zapaśnik (nawet na olimpiadzie był) - czy to przypadek, czy chce coś uzyskać, dlaczego tam, dlaczego zostaje?

Jest to hisotria o byciu wiernym i o zdradzie, o namiętnosciach, które rozdzieraja człowieka na strzępy, ale dałby wszystko dla chwili szczęśliwości, o tym, siła człowieka tkwi w jego duchu, a nie w ciele. O miłości wreszcie, różnych jej odcieniach i formach. Kocham Kolskiego, uwielbiam jego żonę, aktorkę grajacą we wszystkich jego filmach, on stoi za kamerą, ona przed, jest jak jego alter ego, potrafi ją ulepić na podobieństwo jego wyobrażeń, to jest niesamowite. Aktor rosyjski grający radzieckiego żołnierza świetny! Polecam.

Na koniec zostwiłam film, który obejrzałam dopiero dzisiaj, bo jakoś się nie mogłam zmusić, zeby do kina iść. Książki nie czytałam. Bez powodu, po prostu nie wpadła mi w ręce, a widocznie nie miałam jakiegoś przemoznego imperatywu, zeby ją śledzić. Problem w tym, że książek jest wiele do przeczytania, a ponieważ nie mam od kogo pożyczać, kupić moge tylko 'so much' więc jest jak jest.

Może dlatego, ze jej nie czytałam, film podobał mi się bardzo, wstrząsnął mną i bardzo mnie poruszył. Pewnego dnia ludzie, jeden po drugim, tracą wzrok. Są zamykani w obozach kwarantanny, bo podejrzenia są takie, ze to może zarażać. Te obozy to jak dantejskie piekło, wszystko co najgorsze wyłazi z ludzi. Jedna z bohaterek, z niewyjaśnionych przyczyn, widzi. Jedyna. Skłamała, ze nie, bo chciała być tam z męzem.

To co mną wstrząsnęlo to fakt, ze to, co stało się z ludzmi w obliczu tej tragedii wcale mnie nie zdziwiło. Właśnie tego się spodziewam - anarchii, okrucieństwa, bestialstwa. Okazało się, sama się zdziwiłam, bo myślałam, ze mam więcej wiary w ludzi, że takie mam zdanie o nas, jako gatunku i nie mam żadnyc złudzień. Jakby co, rządzić będą najsilniejsi. A jednak jest nadzieja....

A teraz mąż oglada Rewers. Ja sobie piszę, ale zaraz lecę na serial norwesko-duński (mialam seriali nie oglądać), taki jak Wallander. Każdy odcinek jest jak film. Główny bohater to prywatny detektyw, wciaz w stanie konkurencji, takiej ironiczno-sarkastycznej, z policją. Skandynawia, mroczne sekrety. Świetny

 

Tagi: filmy
23:21, kasia.eire , Kino domowe
Link Komentarze (17) »
niedziela, 18 lipca 2010
Gonić króliczka - Mariola Zaczyńska

 

Sięgnęłam po nią w czasie, kiedy byłam w dużym stresie. Nie będę się powtarzać, szczegóły na moim blogu w kilku ostatnich wpisach TU.  W każdy razie powieść spełniła oczekiwania - zapomniałam o całym bożym świecie. Tak się uśmiałam, przeleciałam przez nią jak burza, a na koniec okazało się, że co się źle zaczęło, dobrze się skończyło (o mojej sprawie mówię), więc doczytywałam tę powieść w salwach śmiechu, nie tylko z powodu ksiazki, ale też i z powodu ulgi, którą odczułam.  Na ten czas lepszej powieści nie mogłam sobie wybrać.

Powiem tak - akcja leci do przodu jak odrzutowiec i pierwsze skojarzenia jakie mi przynosi, to takie, ze jeżeli autorka tak szybko chodzi jak ta akcja biegnie, to nikt jej nie dogodni. Druga rzecz, to fakt, ze ksiażka jest gotowym scenariuszem filmowym. Nie znam się na tym, ale nawet nie trzeba by jej przerabiać, tylko nakręcić tak jak biegnie powieść. Przez cały czas lektury zabawiałam się myślami, którą z polskich autorek widziałabym w głównej roli i na pierwsze miejsce, całkiem jak 'członek z ramienia', wysunęła się - Dominika Łakomska. Ewentualnie Monika Buchowiec. I to nie dlatego, ze jestem fanka Klubu szalonych dziewic (wręcz przeciwnie), pamiętam je z "Egzminu z życia", który namiętnie z córką oglądałam. Ucieszyłam się, że je w TV wykopali z zapomnienia, mam nadzieję, ze będą się cześciej pokazywać. A do tego filmu pasowałyby wyjątkowo.

Scarletka mnie upomniała, więc w tym miejscu edytuje i dołączam opis treści:
Pisarkę Jagodę poznajemy w czasie, kiedy właśnie została porzucona przez partnera. W kompletnym rozkladzie, ale zamiast czytać o rozpaczy rozpaczliwej, jesteśmy swiadkami szybko następujących po sobie śmiesznych zdarzeń. Jagoda jest w trakcie promocji swojej powieści, ciąganą przez właścicielkę wydawnictwa, na różne imprezy i wydarzenia towarzystkie, które maja pomóc w sprzedaży ksiażki, niespodziwanie wplątuje sie w miedzynarodowa 'aferę' feministyczno-anarchistyczną, znajduję nową miłość tam, gdzie się tego najmniej spodziewała, a galeria postaci może zadziwić nawet najbardziej uodpornionego na takie numery. Więcej nie powiem, bo farsa to taki gatunek, że karmi się zaskoczeniem.

Po drugie - czytając tę książkę, szczególnie jej środkowa część, miałam wrażenie, że oglądam sztukę w teatrze - jedną z tych komedii brytyjskich, które tak lubi wystawiać Teatr Komedia, (widziałam kilka z nich w reż. Bończaka).  Kilka postaci - wchodza, wychodzą, intrygują, niedopowiadają, seria śmiesznych pomyłek, nieporozumień, finał i ukłony. Szybko, śmiesznie, energicznie i fantastycznie.

Na lato i upały, na smutki, na szpitalne oczekiwanie na dziecko, na pooperacyjne rekonwalescencje (byle nie ze szwami na brzuchu, bo wam ze śmiechu pójdą), na nocne czuwanie, na krów pasanie (nie wiem skąd mi się to wzięło, czy ktoś to jeszcze robi?) - weźcie Gonić Króliczka - nie pożałujecie.

czwartek, 15 lipca 2010
Talki w podróży - Leszek Talko. Letnia lektura wyprowadzająca nos z kwinty, macie to jak w banku!!!

Kupiłam tę książkę w zeszły roku, ale zanim się obejrzałam, lato się skończyło i miałam do wyboru, albo ją czytać w jesienne pluchy, albo czekać do lata tego roku. Wybrałam drugą opcję, bo ta książka, jak żadna inna, potrzebuje letniego anturażu, najlepiej czyta się ją na plaży lub w ogrodzie z drinkiem z palemką (nie żebym takie piła, gdzie ja bym sobie jakieś tam palemki do napojów wsadzała, ale mówię to na wypadek, gdyby ktoś w kurorcie jakowym siedział i palemki miał wtykane bez udziału własnego.

Do strony 150 nie mogłam się skupić, bo podróż odbywała się z jednym dzieckiem, a ja na okładce widziałam dwójkę, czyli jak łatwo policzyć brakowało mi dziecka sztuk jeden i to mi przeszkadzało okropnie. Talko pisze o Talkach, takiej miescowości, o Nowej Hucie (rodzinnym mieście Moniki Piątkowskiej, jego żony), a ja cały czas - gdzie jest córka? Co oni z nią zrobili? Potem zorientowałam się, że Młody ma 1.5 roku, to może jej na świecie jeszcze nie ma, to dlaczego w takim razie jest w samochodzie na okładce? Już taka jestem, jak się uczepię jakiejś myśli, to nieważne, czy rzecz jest istotna, w głowie mi siedzi i już. Na stronie 150 nastąpiło przeskoczenie w czasie i córka się pojawiła, a oba potomki zestarzały w sposób cudowny, tylko w filmach i książkach możliwy (w sensie szybkości procesu), czyli z podróży z jednym, ledwo chodzącym Młodym, przeszliśmy do historii o rodzinie z dziećmi 5 i 6 letnimi. Dialogi przeszły więc z onomatopei, na słowne. Dodam, ze zabawne.

Tandem Talko-Piątkowska każdy znać powinien. Każdy, kto czytał ich felietony w GW lub zbiór tychże w formie książkowej (opis TU). Wiecie zatem, a jak nie, to ja wam powiem teraz, że są one niezwykle dowcipne i inteligentne, nie ma takiej opcji, żeby podczas ich czytania miec nos na kwintę, smutne oczy spaniela, tudzież się usmarkać z rozpaczy.

Miejsca, które odwiedzają Talkowie są czasem dalekie od głównych szlaków. Może poza Stegnami, gdzie rodzina małych i dużych podróżników wpadła w tłumy nieprzebrane, zupełnie we wspomnieniach autora nieobecne, co bylo dla niego lekkim szokiem.

Jeżeli chcecie dowiedzieć się gdzie jest Muchołapka, gdzie mieszkał Nienacki i Arkady Fiedler (i co sie teraz z tymi miejscami dzieje), czy Bismarck mieszkał w Polsce, czy nie, czy Borne Sulinowo nadal jest znikającym punktem na mapie Polski, czy już może miastem osadzonym na niej na stałe, a do tego poczytać o gastronomicznych wpadkach i zachwytach (mam wrażenie, ze tych pierwszych jest więcej, a myślałam, że w Polsce to juz same znakomite knajpy, z Gesslerowymi na czele, się znajdują), koniecznie sięgnijcie po te pozycję. Jeżeli to wszystko macie w głębokim poważaniu, a chcecie po prostu dobrej zabawy w letnie wieczory, 'konieczniej' sięgnijcie po Talki w podróży. A 'najkonieczniej' wtedy, kiedy macie małe dzieci i zastanawiacie się, jak to by było, gdybyście udali się z nimi w podróz 'na wariata'.

niedziela, 11 lipca 2010
Total [ ECLIPSE ] of the heart - Twilight Saga

Dzieci nie mogły sie doczekać, pognaliśmy dzisiaj do kina na kolejną część Twilight Saga (Sagi Zmierzch po polsku?). Wojtek lat 14, Michalina 20, oboje równie zachwyceni, kazde pewnie z innego powodu. Ale mam wrażenie, że są one zbliźone, jedynie mniej lub bardziej uświadomione. Dotarło to do mnie, kiedy siedziałam w kinie.

Historia jest o wampirach, ok, faktycznie ostatnio modny temat. Ale zdecydowanie bardziej naiwnie przedstawiony niż na przykład w True Blood, który ocieka krwią, mocnym seksem i jest zdecydowanie bardziej wampiryczne. Ssaki krwi mnie ani grzębią, ani zieją, nie przepadam. Ale te filmy oglądam z przyjenością, jak bajkę. Zastanawiałam się, skąd bierze się takie szaleństwo na punkcie tej serii, i to wśród ludzi, gdzie rozpiętość wiekowa jest kosmiczna? Myślę, że wiem. Ten film, niezależnie od odbiorcy, trafia do widzów ujęciem tematu miłości. Ta dziewczyna jest bezgranicznie i bezwarunkowo kochana do szaleństwa przez dwóch facetów, jakby jednego było mało. Oni ją tak miłują, że wolą poświęcić siebie, swoje chcenie i nie chcenie, swoje szczęscie, dla niej, żeby tylko jej było lepiej. Intensywność ich miłości jest tak wielka, ze aż zatyka, wszystkie sceny są temu podporządkowane.

I tak okazuje się, że niezależnie od tego, jak świat poszedł do przodu, czy latamy w kosmos, czy mamy samochody na olej roślinny, internet, telefony w każdej kieszeni itp, ważne nadal jest tylko jedno, zeby kochać i być kochanym. A najbardziej spektakularne sa gesty najprostsze (a może w tych czasach już nie, może stały się niezwykle rzadkie?) - pocałunek w czoło, czułe ujęcie ręki, objęcie z całej siły, pilnowanie spokojnego snu, rycerskie zachowanie. Wszystko tak gna do przodu, a to się nie zmieniło. Do tego wzdychają dziesięciolatki, dwudziestolatki i czterdziestolatki. I dlatego wszyscy pędzą do kina zobaczyć ten film.

 

czwartek, 08 lipca 2010
Dobry zwyczaj - nie pożyczaj. Czyżby?

Niedawno wszczęłam dyskusję na Facebooku na temat cen ksiażek. Nie chciałam, jakoś tak wyszło, kiedy oburzona ceną książki znalezionej w księgarni internetowej (200 stron, autorka polska, okładka miękka nic nadzwyczajnego jeżeli chodzi o wydanie - 35 złotych, jakaś tam obniżka = 32,50), napisałam kilka zdań na ten temat, że moim zdaniem ta cena jest przesadzona. Zdania były różne, również takie, ża autorzy mają prawo zarabiać. Zgadzam się. Ale dzisiaj natrafiłam na powieść, też polskiej autorki, dwa razy większa objętość, ponad 400 stron, z piękną okładką, ale to już rzecz gustu, za 27 zł. To już bardziej do przyjęcia, biorąc pod uwagę objętość, w końcu jakby nie było ponad dwa razy więcej treści i papieru. Jeżeli chodzi o poziom literatury, uwierzcie mi, że zbliżony, jeżeli nie dokładnie taki sam. Obie Panie w każdym razie debiutujące na rynku wydawniczym.

Te rozmyślania o cenie pociągneły za sobą kolejne, na temat pożyczania ksiażek, wypożyczania ich i niekupowania tym samym. Znam siebie i wiem, że nie przestanę kupować, ale wiadomo, są takie tytuły, które można by pożyczyć. Nasza biblioteka, chociaż działa coraz lepiej, coraz więcej ksiażek mamy, nadal nie nadąża z nowościami (ze starociami też nie, jeżeli mam być szczera). Chciałoby się, a nie ma gdzie. Moi znajomi raczej chcę pozyczać ode mnie, sami nie kupując. Nie mają potrzeby po prostu, ale poczytać czasem by chcieli. Dostałam niedawno maila od blogowiczki, która okazała się mieszkać niedaleko mnie z pytaniem, czy wymieniam się ksiazkami z innymi, czy pożyczam?  I tu właśnie pies pogrzebany.

Otóż moje zbieractwo czytelnicze i czytanie, przypadło na czas, kiedy książek na rynku nie było. Jeśli nie liczyć powieści Auderskiej, Bogdana Czeszki, autorów krajów zaprzyjaźnionych i dzieł Lenina. Nowe tytuły zdobywało się spod lady. Ten, kto miał Pogodę dla Bogaczy, był bogiem wśród znajomych. Ksiażki przeważnie były marnie wydawane i rozpadały się po drugim, najdalej trzecim czytaniu. Chyba, że były szyte, ale tych na rynku było jak na lekarstwo. Pożyczanie odbywało się w ten sposób, że tylko zaufane osoby dostawały cenną powieść do ręki, takie, które uważały na nią, nie zniszczyły, nie zgubiły i nie miały tendencji do ich zawłaszczania. Bo i tak się zdarzało, że kiedy się człowiek zwracał po książkę, z prośbą o jej zwrot, zdziwiony delikwent potrafił zaprzeczyc jakoby ją miał, udawać, że już oddał, lub że go okradli.

Ja swoje ksiażki szanuję, dbam o nie, niektóre wręcz czczę. Boli mnie, kiedy widzę u kogoś jak powieść włąśnie czytana leży gdzieś sponiewierana, pozaginana, porzucona na podłodze, ma pozaginane kartki albo służy za podstawkę pod kubek z kawą. Ja tego zupełnie nie uznaję.

Kiedy ktoś się zwraca do mnie z prośba po pożyczenie ksiażki, mam dylemat, bo powinnam wtedy wygłosić dezyderatę na temat przestrzegania pewnych reguł dotyczących postępowania z moimi książkami - nie niszcz, nie wyginaj, stosuj zakładki, nie jedz, nie utop (kolega mi kiedyś utopił Imię róży w wannie, a potem ja, nie on, starałam sie je sobie odkupić, dwa lata mi to zajęło) itp. Wychdozę na dziwaka, niektórzy mnie wyśmiewali, że mam pogibane we łbie, niektorzy mnie lekceważyli, brali pozycję, a potem zwracali wyglądajacą jak szmata do podłogi (jak mój kolega, niech mu ziemia lekką będzie). Kiedyś na jedną z takich pożyczonych ksiażek zapłakałam z rozpaczy, w takim złym stanie była. Nie zliczę już ile książek mi nie oddano.

Uważam, że ksiażka powinna życ, powinna iść do ludzi, kiedy przeczytam coś dobrego, chciałabym od razu podzielic się wrażeniami, namówić kogoś do przeczytania tej powieści, ale wzdrygam się na myśl o tym, że ona może do mnie nie wrócić. Co innego dać komuś, a co innego stracić wbrew swojej woli. Pożyczam chętnie, ale zależy mi, żeby ci ludzie mieli na względzie moje uczucia względem moich ksiażek, które są dla mnie bardzo cenne, nie w sensie finansowym, chociaż też, biorąc pod uwagę ile na nie wydaję pieniędzy, ale głównie emocjonalnym.

Sopotkałam się też z takimi stuacjami, ze ja pozyczałam książki, ale kiedy sama chciałam coś pożyczyć, miałam trudności i musiałam baaardzo prosić, albo dostawałam pozycję z wyraźną niechęcią. Zdarzyło mi się, że ci, którzy pozyczyli, nie wiedzieli potem, gdzie jest ta ksiażka, bo wydali ją innym w świat, bo tak prosili. Ludziom, których ja nawet nie znam. Albo oddawali moją książkę innej osobie, bo myśleli, że to jej. A ja usłyszałam jedynie, że im przykro, ale juz jej nie mogą odzyskać. Ale żeby sie postarać, odkupić, nawet drożej, żeby tylko honorowo wyjść z sytuacji - to nie.

A jakie są Wasze doświadczenia w tym względzie? Wiem, że teraz pewnie jest inaczej, bo ksiażki nie są już takim obiektem czci, łatwiej je kupić i odkupić, ale przecież czasem chodzi o to, żeby miec ten konkretny egemplarz, a nie jakikolwiek. Pożyczacie swoje ksiażki swobodnie, czy z lękiem? Zbieracie ksiazki, czy na bieżąco, po przeczytaniu, oddajecie/sprzedajecie dalej?

czwartek, 01 lipca 2010
Remarkable Creatures - Tracy Chevalier

 

Są książki, których nie powinno się czytać bez przygotowania. Może być tak, że jeżeli nic się nie wie o podłożu opowiadanej historii, wydawać się ona może nudna, przesadzona lub niedorzeczna.

Kocham Tracy Chevalier. Jak tylko wyśledziłam, że jej nowa powieść jest juź dostępna u nas w bibliotece, natychmiast ją zamówiłam. Kiedy tylko dostałam ją w ręce, otworzyłam i zachłannie zaczęłam czytać. Błąd. W tym wypadku właśnie, najpierw powinnam poczytać o tym, co sama Tracy ma do powiedzenia o tej powieści, jak doszło do jej napisania i o czym ona traktuje. Nie zrobiłam tego i w pierwszej chwili poczułam się znużona tą powieścią, zmęczyły mnie detale dotyczące skamielin, ich nazw i jak sie je znajduje. Odbiłam więc do innej powieści (opisanej w poprzedniej notce), zrelaksowałam się i jakoś mi niechętna byla myśl, że muszę wrócić do powieści Remarkable cratures. Ale w sukurs przyszdł mi sen - wyśniłam mianowicie, że opowiadam córce o czym jest ta książka, czego się z niej dowiedziałam i polecam ją jej uwadze. Faktycznie taka konwersacja miała miejsce na jawie, ale raczej o tym, dlaczego mi się książka nie podoba i jak jestem zawiedziona, że nie jest równie ciekawa jak poprzednie.  We śnie tak przekonująco opowiadałam o historii pozyskiwania skamielin, o roli kobiet w najważniejszych odkryciach i to w jakich czasach - początek dziewiętnastego wieku, kiedy kobieta była zaledwie dodatkiem do mężczyzny, a tu taka historia - dwie kobiety, niesamowite, obie na swój sposób wyjątkowe, z pasją, z umysłem przekraczającym poziom nie tylko innych kobiet, ale i wielu mężczyzn, cichych bohaterek odkryć geologicznych tamtych lat, tak ją zachęcałam, tak jej opowiadałam, że kiedy się rano obudziłam, zupełnie innym okiem spojrzałam na tę powieść i przystąpiłam ochoczo do jej czytania, tak się w tym zapamiętałam, że aż momentami paznokcie gryzłam.

Ale do rzeczy. O czym ta powieść jest. Poznajemy dwie kobiety, juz mówilam, jedną z nich byla przedstawicielka klasy średniej - Elizabeth Philpot, druga z klasy pracujacej, dużo niżej od Elizabeth - Mary Anning. Mary poznajemy w wieku 15 miesięcy, kiedy to zostaje trafiona piorunem i przeżywa, mimo, że obie kobiety będące z nią razem, giną na miejscu. Z dziecka cichego i wycofanego, staje się bardzo żywotna i o bystrym umyśle. A nade wszystko ma niesamowity dar do wyszukiwania, w całej masie kamieni i skalnych odłamków, skamielin wyjątkowej wartości. Obie kobiety żyły naprawdę, Mary urodziła się w 1800 roku i umarła w 1847 roku, a w 1812 roku (jak łatwo policzyc miała 12 lat) dokonała odkrycia kompletnego szkieletu Ichtiozaura. Najpierw sądzono, ze to jest krokodyl, ale potem okazalo się, że jest to zwierzę, ktore juz wyginęło i żyło dużo wcześniej. W tamtych czasach nauka była ściśle powiązana z wiarą chrześcijanską i przekazami Biblii i bardzo ciężko było to wszystko połączyć w całość jako teorię, biorąc pod uwagę doktryny koscioła. Jeżeli bowiem Pan Bóg stworzył świat w 6 dni, to te wszystkie zwierzęta powinnym wyglądać od razu tak, jak teraz (wtedy) i się nie zmieniać. A jeżeli nie? A może zbyt dosłownie rozumiane jest te 6 dni, może to było 6 er?

Proszę posłuchajcie, ktokolwiek zna języka angielski, co na ten tamat mówi sama Tracy Chevalier. Znajdźcie w sobie cierpliwość do obejrzenia tego do końca, bo to naprawdę fascynująca historia i ciekawe, jak ona wpadła na nią i dlaczego zechciala ja opowiedzieć.

Mary Anning specjalizowala się w znajdowaniu takich skamielin, ta już po oczyszczeniu, one tak nie wyglądają, są zarośnięte i zawalone innymi kamieniami, trzeba je najpierw wyłupać z większego bloku skalnego, a potem oczyścić.

Elizabeth raczej ulubiła sobie fish fossils, czyli skamieliny ryb. Jej fantastyczna kolekcja jest umieszczona w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie i w jej własnym muzeum w Lyme Regis

Więcej zdjęc możecie obejrzeć na stronie Tracy Chevalier TU

Poczytałam trochę o tym, o skamielinach, o ich rodzajach, o rozwoju nauki dzieki znajdowaniu wciaż nowych, i o samej Mary Anning, która w ciągu swojego krótkiego życia znalazła kilka razy jako pierwsza, wciąż to nowe stworzenia zatopione w kamieniu, sama nie mogąc ich przedstawić w Towarzystwie Geologicznym, bo kobiety, szczególnie jej stanu, nie miały tam wstępu. Świat ludzi, którzy zajmowali się skamielinami dzielił się na poszukiwaczy (hunters) i kolekcjonerów (collectors), jak tylko kolekcjonerzy kupili od tych, którzy wytropili skamieliny, umieszczali na tych znaleziskach swoje nazwiska. Mary Anning nie miała szans, jako kobieta, jako klasa niższa, zaistnieć jako badacz, chociaż wiedziała wiele i przekazywała swoja wiedze uczonym, jako 'polowacz' tez nie, a to ona miała oko do wnajdywania tego wszystkiego, inni chodzili i nie widzieli, a ona tak.Ale to inni figurowali jako ci, którzy znaleźli kolejne szkielety.

W powieści przewija się równiez, jako co-bohaterka, Elizateth Philpot, która była przyjaciółką Mary, chociaż z klasy wyższej i 20 lat starsza, dzieliły swoją pasję do skamielin i ich szukania, i ta pasja właśnie była silniejsza niż podziały klasowe i obyczaje. Piękna to była przyjaźń!

Jest w tej powieści pięknie zarysowane tło obyczajowe, trochę miłości, suspensu nawet, dużo o odkryciach i życiu obu kobiet.

Książka fascynująca, a ponieważ wszystkie powieści Tracy Chevalier są tłumaczone na polski, i ta pewnie wkrótce się ukaże. Dlatego o niej piszę. Wyglądajcie jej w księgarniach!

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!