O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
niedziela, 27 czerwca 2010
Trafiona Zatopiona - Anna Fryczkowska. I jeszcze słów kilka o wielkiej niespodziance mnie sprawionej.

Czytam teraz zupełnie inną książkę (nową powieść Tracy Chevalier - Remarkable Creatures), ale mnie jakoś zmęczyła, nie to, żeby mi się nie podobała, chociaż był moment, że pomyliłam to znużenie z nielubieniem, ale temat niespodziewany i jakoś humoru coś na nią nie miałam.  W takich razach, zamiast czytać, idę sobie odkurzać ksiażki i trochę pomacać, tudzież pocieszyć sie, co też w kolejce czeka. Zdjęłam z półki powieść Anny Fryczkowskiej, przysiadłam półdupkiem na brzegu łóżka i już tak zostałam, na dobre 20 minut. Wpadłam w akcję jak w bagno, zupełnie nie mogłam i oczywiście nie chciałam, się z nią rozstać, musiałam po prostu ją skończyć.  A że nie miałam wiele czasu, targałam ją wszędzie ze sobą, gdziekolwiek przystanęłam, natychmiast otwierałam ksiażkę na przerwanym fragmencie i czytałam - chociaz dwie stroniczki, chociaż kilka zdań. Raz nawet zamknęlam się w toalecie biura, żeby skończyć rodział, bo musiałam wiedzieć, co dalej.

O czym ta powieść? Jak by tu, zeby za wiele nie zdradzić?
Ksiażkę napisać nie jest łatwo, to wiadomo. Nie dość, ze trzeba mieć dobry pomysł, to trzeba miec też sposób na jej konstrukcję. Można przeprowadzić swoich bohaterów przez całe życie, sto lat lub 20 (jeżeli chcemy ubić delikwenta na wojnie lub w wypadku), można zamknąć akcję w kilku latach, można też zawęzić się do kilku dni zaledwie. Można przemierzyc morza i oceany oraz siedem gór, można też zamnkąć bohaterów w windzie. Tym razem autorka postanowiła przeprowadzić większą część akcji w zalanym do trzeciego piętra bloku na Powiślu. Powódź powoduje stan nadzwyczajny w tym budynku, uruchamiają się zachowania, które w normalnych warunkach prawdopodobnie nie miałyby miejsca. Nihil novi - chciałoby się rzec, ale jednak klimat tej historii jest tak dobrze przedstawiony, że chce się wejść głębiej, chce się poznać ją do końca.

Dzień po powodzi jest w powieści wyjątkowo upalny, czułam wręcz (może dlatego, że i u nas było wyjątkowo gorąco) opisywaną kleistość powietrza, komary atakujące zewsząd, pragnienie czystej wody i chęć wykąpania się. Aż poszłam wziąć prysznic!

Treść jest podzielona na krótkie rozdziały, które są narracją poszczególnych osób; poznajemy różne punkty widzenia na to samo zjawisko lub różne narracje, jako tło do dialogu. Lubię taką strukturę opowieści, ze wiem, co w głowie siedzi u poszczegółnych 'postaci dramatu', słyszeć co mówią, a potem miec dostęp do ich myśli, jak to się czasem zgadza z tym, co wypowiedziane głośno lub rozjeżdża.

Książkę czyta się migiem. Jest świetnie wydana przez Wyd. Grasshopper, miękko-twarda okładka, świetnie układa się w rękach, nie zamyka się nieproszona, a czcionka jest bardzo przyjazna mojemu astygmatyzmowi. Wielką przyjemność mi pani Anna zrobiła tą powieścią, taki soczysty obyczajowy kawał dobrej roboty. Autorka jest nie tylko utalentowana, mam nadzieję jeszcze na niejedną powieść, ale i piękna, co widać na skrzydełku, fotografią Emilii Nadratowskiej uwiecznione.

A na końcu chciałam się pochwlić fantastyczną niespodzianką sprawioną mi przez koleżankę Izę z okolic Dublina (chociaż mam nadzieję, ze mogę już mówić przyjaciółkę), która zapamiętała, że pozazdrościłam jej książki 'Poznań Borejków' spółki autorkskiej - Kinga Czachowska, Dorota Szczerba. Podczas swojego pobytu w domu w Polsce, kupiła mi ją w prezencie.

Ale to nie wszystko - dom rodzinny Izy znajduje się kilka ulic od domu Małgorzaty Musierowicz (dla tych, co nie wiedzą, Poznań Borejków ukazuje to miasto poprzez pryzmat serii Jeżycjada Musierowiczowej) i mama Izy poszła do niej i poprosiła o autograf dla mnie.

Czyż to nie jest piękna niespodzianka?

Książka superowa, na kredowym papierze zdjęcia okraszone fragmentami z kolejnych części Jeżycjady, możemy na własne oczy zobaczyć, gdzie działa się akcja powieści, co to jest ta sławna Teatralka, jak wygląda kamienica na Roosvelta i tak dalej.

 

piątek, 18 czerwca 2010
Sex w wielkim mieście - starzejące się nimfomanki w akcji

Gdybym nastawiła się na dzieło - byłabym zawiedziona; gdybym chciała filmu psychologicznego - byłabym zawiedziona; gdybym nastawiła się na dobry obyczaj - płakałabym rzewnymi łazami, ale ja szłam na komedię, odmóżdżającą bajkę, Godziny szczytu (nie mylić ze szczytowania) dla kobiet, żeby odpocząć po dosyc stresującym okresie. Udało się, śmiałam się jak norka, zeżarłam paczkę chrupek ziemniaczanych, popiłam wodą truskawkową (czysta rozpusta) i odpłynęłam w inny świat.

Zaczyna sie sceną ślubu gejowskiego - gdyby ktoś starał się wymodzić większe cliché poległby jak nic. Ubawiłam się setnie oglądając te stroje, chór męski śpiewający Sunrise, Sunset ze Skrzypka na dachu podczas prowadzenia 'pary młodej' do 'ołtarza', a już występ a la Lisy Minelli mnie zwalil z nóg.

Samantha oczywiście się wiła jak napalona nimfomanka na emeryturze, Carrie ustawiała twarz jak do zdjęcia (z buzią w ciup) po wypowiedzeniu każdego zdania, Charlotte (nawiasem mówiąc najgorzej z nich wszystkich się zestarzała, co mi poprawiło humor) świerkała jak niedorozwinięta matka dwójki dzieci, a Miranda wciąż próbowała stracić swój srogi wygląd adwokata na rzecz zidiocenia nimfo-modowego, coby się dopasować do reszty.

Absurd gonił absurd. Kobiety nie ubierają się tak na ulicę, na zakupy, na lunch. Żadna normalna turystka nie założyłaby takiego idiotycznego kapelusza do samolotu, nie mówiąc o szpilkach na pustynię. A wyjście Carrie na bazar w Abudabi w sukience dlugiej do kostek, rozkloszowanej na fiszbinach, podkoszulek na górze, na dole księżniczka w pantofelkach - spowodowało u mnie takie zdziwienie, ze buzi nie zamknęłam jeszcze przez dobrych kilkanaście minut, az mi się zimno w zęby zrobiło, bo w kinie klimatyzacja szalała.

Panie pretendują do kobiet wykształconych i sukcesu, a na ekranie widać babeczki nieustannie się przebierajace w nowe ciuchy, oczywiście nigdy dwa razy nic nie włożyły, nawet na wyjeździe, które niby mają każda obok łóżka książki, niby oburzone są na fakt, ze jedna z nich wzięła magazyn z plotkami, a zachowują się, jakby nawet ten magazyn był dla nich za ambitny. Takie kontrasty mnie zawsze  w tym filmie zastanawiają.

Ale przecież za to je kochamy, że są nierealne, że takich kobiet nie ma, że nawet jeżeli ktoś się modą aż tak interesuje, nie chodzi po ulicy o 9 rano jak po wybiegu.

Wystroje wnętrz zabójcze. Stolik Carrie i Mr.Biga w pokoju dziennym, na którym są poukładane w rzędach ksiażki, na stojąco z podpórkami, ułożone w kwadrat a w środku kompozycja kwiatowa (o ile dobrze pamiętam) - spowodował u mnie szloch zazdrości. Biuro Mr. Biga wysoko ze ścianą okien, dla odmiany wywołał u mnie mdłości, bo ja mam chyba dopiero co uświadomiony lęk wysokości.

Podsumowując - na letnie wyjscie na sałatkę z bobem i dobre wino w ogórku restauracyjnym na zewnątrz, potem lody Ameretto i Sex w wielkim mieście w klimatyzowanej sali w upalny dzień - polecam. Tylko nie oczekujcie nic więcej poza zdziwieniem, uśmiechem przeradzającym się w ataki śmiechu głosnego, przynajmniej kilka razy, no i wiele, wiele osobników płci męskiej pokazywanych wyjątkowo nie od twarzy w dół, a od pasa w dół. Zawsze to lepiej niż członek z ramienia partii.

niedziela, 13 czerwca 2010
Oko Jelenia. Droga do Nidaros - Andrzej Pilipiuk

Chyba na łeb upadłam. Nie dość, że mam stos jak stąd do Księżyca, nie dość, że mam kilka książek do zaliczenia i zrecenzowania, nie dość, że kolejka wydaje się ścisła i żelazna, to przytargałam z biblioteki irlandzkiej nową powieść Tracy Chevalier (szczegóły w zakładce Na stoliku nocnym), a z polskiej trzy tomy Tak Trzymać, Flaszarowej-Muskat i nie zawaham się ich użyć do czytania. Wszystko to wepchnęło się bez kolejki, a ja podczas sprzątania sięgnęłam po pierwszy tom nowej serii fantastycznej Pilipiuka i zostałam pochłonięta jak przez czarną dziurę.  Powieści tego pisarza, i ich wydanie, sprzyjają czytaniu szybkiemu, bez przerwy o ile to możliwe. A ponieważ łyka sie je niepostrzeżenie, powstaje pytanie, czy dlatego, że tak ciekawe, czy że takie proste i 'duzymi literami pisane'? Hmm, wszystkiego po trochu, ale jednego nie można mu odmówić, że jest wyjątkowo łatwo-przyswajalny.

Rzecz się dzieje przez chwilę współcześnie, ale zaraz uderza meteor, a główny bohater jest przeniesiony w przeszłość (XVI wiek). Nie sam, ma do towarzystwa młodzieńca z jego czasów, ale spotyka tez szlachciankę z innej przestrzeni historycznej.  Są w to wplątani piraci z kosmosu, trochę magii, deczko historii (kupcy hanzeatyccy i ten czas), fajnie opisana obyczajowość, to wszystko w awanturaniczym sosie i śmiesznie.

Zawsze się zasntanawiałam, jak by to było, gdybym mieszkała w innym czasie? Tutaj bohater ma świadomość, skąd został przeniesiony i szybko musi sobie zacząć dawać radę w innych czasach. Małgosia kontra Małgosia dla dorosłych. Lekkia, letnia lektura, cztery kolejne tomy przede mną, ale sie muszę najpierw zająć tymi przytarganymi z bibliotek. Ta zachłanność na słowo czytane mnie kiedyś zgubi.

czwartek, 10 czerwca 2010
Służąca (La Nana) - reż. Sebastian Silva

Czatowałam na ten film kilka tygodni i w zeszły czwartek o wczesnej porze, zaraz po 8 rano, udalo mi się wreszcie go obejrzeć.  Ponieważ syn oglądał coś w pokoju dziennym na SKY, ja włączylam polską TV u nas w sypialni i się jeszcze na chwilę władowałam do łóżka. No i zostałam tam, zamarła w zdumieniu, w zachwycie, zapomniałam się w tej historii. Nie obyło się też bez okrzyków co jakiś czas - ja się chyba zabiję, nie moge na to patrzeć, wyłączcie mi telewizor, bo sobie wszystkie włosy z grzywki powyrywam!!! Wszystko w tym stylu, bo pewnie już zauważyliście, że potrafię być egzaltowana, kiedy mnie coś poruszy.

Ale od początku. Rzecz dzieje się w Chile, tam do tej pory praktykowane jest, że klasa średnia, może trochę więcej niż średnia, ma służącą, przynajmniej jedną. Przeważnie sprowadza się je ze wsi, z biednych wielodzietnych rodzin, gdzie od dziecka wychowywane są na dobre kucharki i pomagają w domu, wszystko po to,żeby można je było posłać do pracy do domów w mieście.

Rachela jest u tej samej rodziny od ponad dwudziestu lat. Od urodzenia zajmowala sie dziećmi, które teraz są już nastoletnie. Traktuje ich jak rodzinę i sama czuje się członkiem rodziny. Niebezpiecznie zatarła granicę między życiem prywatnym, a pracą. Zaczynają się konflikty między nią a młodym państwem, matka czyli pracodawczyni sądzi, że to z powodu przemęczenia. Postanawia dokoptować do Racheli młodszą słuzącą do pomocy. Ale Rachela nie chce dzielić swojego imperium z inną, jest zazdrosna, zaczynają się konflikty. Źle sie dzieje, aż do momentu spotkania z pewną kobietą, kiedy to następuje przełom.

Więcej wam nie powiem, nie chcę psuć przyjemności oglądania. Film świetny, żaluję, że go nie nagrałam. Wstrząsnął mną tak bardzo, że cały dzień jeszcze przemyśliwałam sobie tę historię. Niewiele jest takich obrazów, które by mnie tak poryszyły.

Tu nie tylko chodzi o to, gdzie są granice służenia innym, zacierania własnej toższamości, to nawet nie jest takie proste, że ona była wykorzystywana, bo nie była, a jeżeli to na własne życzenie. Wszystko wydaje się klarowne na początku, ale niepostrzeżenie przeradza się w rozprawę filozoficzną nad sensem życia, tworzeniem własnych przestrzeni, które w każdej sytuacji dają wolność, a jeżeli wolność to też wolny wybór, swobodne kreowanie przestrzeni życiowej, w której jest czas na pracę, ale poza tym na wiele, wiele więcej, tylko trzeba to dostrzec. No tak, ale czy fakt, że ona się sama ubezwłasnowalnia nie jest wynikiem wychowania, struktury społeczeństwa? Jej wina, czy kogoś innego? No i na koniec, tak niewiele trzeba było....

Dalej sza. Obejrzyjcie!

 

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Światła pochylenie - Laura Whitcomb. Wielka niespodzianka!

Książka przyjechała do mnie w darze dla biblioteki, wraz z Wicked, o którym pisałam TU. Najpierw przeczytał ją mąż, bo ja zajęłam się tą o czarownicy. W jeden dzień machnął, bardzo mu się podobała, temat mu chyba przypasował. Jest dosyć wymagający, a tu bez szemrania zakopał się w kąciku i czytał. A jaki był zły, kiedy mu przeszkadzałam.

Zamknął ostatnią stronę i rzekł tylko - musisz przeczytać, koniecznie.
Nie w jego stylu, żeby mnie do jakiegokolwiek tytułu namawiac, raczej wie, że mam plan czytelniczy na najbliższe 'sto' lat, hehe, i się nie wtrąca.

Nie umiem powiedzieć, co przeważyło, że ta historia mnie tak urzekła. Czy to, że ostatnio wiele myślę o duszach, nawet miałam ciekawą dyskusję z koleżanką na ten temat, która mi poleciła książkę Wędrówka dusz - doktora Michaela Newtona. Teoria, w której dusze przemieszczają się we wcieleniach, mimo, że sprzeczna z naukami kościoła katolickiego, jest mi bardzo miła. Poza tym, kto powiedział, że dusze nie przebywają na tym świecie z różnych powodów, a to dlatego, ze coś tam mają jeszcze tu do załatwienia, a to za karę, a może dlatego, ze się pogubiły i potrzebują więcej czasu?

Od pierwszego momentu, pierwszego zdania, wiemy, że główna bohaterka Helen, jest duszą błąkającą się po świecie. Przypisana do gospodarza, kiedy ten umiera, musi szybko znaleźć sobie drugiego, bo inaczej ma wrażenie, że przepadnie w czeluściach, grząskich, mokrych i nieprzyjemnych. O piekle się tu dużo nie mówi, tak samo jak o niebie, raz czy dwa tylko. Nie ma też teoretyzowania, nauczania według jakiegoś schematu, nie ma przekonywania do jakichś tez, są czyste emocje i fantastyczna opowieść. To, że wciąga ją mokra, lepka, zimna masa wiąże się raczej ze sposobem, w jaki umarła Helen. Jej historia od pewnego momentu splata się z losami innego ducha, Jamesa. Kiedy Helen siedzi w klasie ze swoim gospodarzem, który jest nauczycielem, a ona towarzyszy mu wszędzie, orientuje się, ze jeden z uczniów ją widzi. Mało tego, może się z nią porozumiewać. Od setek lat, bo już wielu gospodarzy zmieniała po śmierci poprzednika, nie miała z nikim porozumienia werbalnego, ani nikt jej nie widział, a tu taka niespodzianka.

Wraz ze spotkaniem tego chłopaka, prawie osiemnastoletniego, w którego ciele jednak jest inny mężczyzna, James właśnie, opowieść nabiera tempa. Co już myślimy, że to wszystko, co wymyśliła autorka, zaskakuje nas czymś innym, kiedy już myślisz - dobra, teraz będzie tak i tak, znowu coś się dzieje. Pomyślicie - i cóż w tym wyjątkowego, tak 'zachowuje się' właśnie dobra książka. Może i tak, ale jedne są bardziej przewidywalne, inne mniej, a inne wydają się transparentne od pierwszej strony, bezpieczne dla co wrażliwszych, łatwe w kwestii przemyśleń, a tu skucha - okazuje się, że prosta opowieść pączkuje milionem myśli, które zaczynają życ właśnym życiem, rozgałęziać się i sam człowiek nie wie, do czego to prowadzi? (widok na drzewo z odgałęzieniami myślowymi TU)

Nie będę opowiadała treści, nie chcę wam niczego zepsuć, niczego niechcący zdradzić. Powiem tylko, że czyta się szybko, za szybko i chociaż mam chyba z tysiąc ksiazek w kolejce, zwolniłam tempo, żeby jej jeszcze nie konczyć, żeby jeszcze przez chwilę pobyc z bohaterami, w tym swiecie i atmosferze.

Ta powieść do debiut, z tego co się zdążyłam zorietnować. Udany i rokujący wyjątkowo pięknie na przyszłość.

Na koniec mój fiś nad fisie - książka jest wydana przez Initium, które już mnie urzekło sposobem wydania Wicked. Równiez ta pozycja ma nadzwyczajną lekkość w ręce, piękne rozłożenie wersów i krój czckonki. Jest miła dla oka, przyjazna dla okularników, pięknie układa się w rękach i coś, co mnie powaliło na kolana - tytuł na okładce jest nadrukowany wypukłymi literami. Bywało, że sięgałam w czeluść torebki i pod palcami czułam Światła pochylenie, i to było faktycznie tak, jakby tak książka szukała mnie, a nie ja jej. Miłe uczucie. Brawo za tak niezwykłą ostatnimi czasy staranność estetyczną.

czwartek, 03 czerwca 2010
Opowieść o miłości i mroku - Amos Oz

Przyznam się do rzeczy strasznej dla człowieka, który myśli o sobie, że lubi czytać i wciąż poszukuje ciekawych książek i autorów - niczego wcześniej tego autora nie czytałam.

Mój book club wybrał tę pozycję na kolejne czytanie, bardzo się ucieszyłam, bo autobiografie traktuję po macoszemu, sama nie wiem dlaczego, więc dobrze, że ktoś mnie zmusił do przełamania niezrozumiałej niechęci. Po drugie temat emigracji, czy też powrotu do domu, zależy jak na to spojrzeć, narodu żydowskiego, szczególnie z terenów Rosji, Ukrainy, Polski, jest mi znany tylko od strony przyczyn politycznych, ale nie wiedziałam nic o życiu w Izraelu, o kibucach, o tym, jak oni się tam urzadzili?

Amos Oz nie zawiódł mnie, a nawet przewyższył moje oczekiwania. Snuje swoją opowieść w miarowym tempie i pięknym językiem. Jest wzruszająca, chwilami strasznie śmieszna, momentami tak osobista, że aż dziw.  Pozwólcie, że przytoczę za wp książki

" Podróż ku historii życia, miłości i obsesji kilku pokoleń rodziny Oza - prostych ludzi z Litwy i wykształconych mieszkańców Odessy, dziadka pisarza, zaprzysięgłego romantyka, narodowca, poety i miłośnika kobiet, babki, widzącej w sobie Europejkę, w której Lewant budził odrazę i strach, czy pradziadka, trzynastoletniego pana młodego, który uparł się, i spełnił, tuż po ożenku noc poślubną ze swą młodszą o rok żoną. Oz wspomina dzieciństwo i młodość, pełne delikatności i cierpienia małżeństwo rodziców - kobiety o lirycznej duszy, która popełnia samobójstwo, i gorliwego uczonego, który nie zdołał zrealizować swych marzeń. Ich wrażliwość zderza się ze światem czasu wygnania z Europy, obawy o przetrwanie, strachu przed śmiercią. To autobiografia, która obok fikcji, przedstawia marzenia Oza, książki, te ulubione, i te, które pisał, życie dziwne, czasem trochę lunatyczne, ludzi zastraszonych, marzycieli i szaleńców czasu Palestyny mandatu brytyjskiego i pierwszych lat nowego państwa. Pokazuje z humorem, a czasem ironią, Jerozolimę, Tel Awiw, życie w kibucach, świat literacki i akademicki, ludzi z krwi i kości - poetę Czernichowskiego, którego zapach pamięta, mrugającego prozaika Agnona, łysego premiera Ben-Guriona. Ukazuje Europę Cierpień młodego Wertera, Byrona, Turgieniewa, Europę burzy i naporu, Wiosny Ludów, nacjonalizmów, militaryzmu.

Opowieść sięga najgłębiej źródła, z którego pochodzą wcześniejsze książki autora. Oz ocala obrazy, zapachy, barwy, głosy, smaki, idee, sposoby mówienia i błędy językowe, opisuje świat z miejsca, w którym się urodził i wychował, nie twierdząc przy tym, że to środek świata".

Koniecznie musze ja mieć na własność.  To wydanie, które miałam z biblioteki, było dziadowskie, z wąskimi marginesami, dziwną czcionką, wersy i litery nadźgane prawie jedne na drugie, dla astygmatyka to nie do przebrnięcia bez bólu oczu i frustracji. Podobno wydanie polskie - Muzy - jest piękne, a i to ang pokazane wyżej, świetne. Nie tylko ja się skarżyłam, ale i inne klubowiczki też, czyli coś w tym musi być (nawet jeżeli przyjąć, że ja mam fisia na punkcie porządnych wydań). Już to wiecie, ale jeszcz raz potwórzę, za ksiażki placimy tyle, że powinny być wydawane z należytą starannością, z szacunkiem dla kupującego je czytelnika.

Polecam z całego serca, obiema rękami, nogami i wszystkimi narządami wewnętrznymi - warto przeczytac!!!

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!