O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
środa, 30 marca 2011
Noce deszczu i gwiazd - Maeve Binchy (audiobook)

Moja ukochana Maeve Binchy i tym razem mnie nie zawiodła. Zawsze sięgam po nią, kiedy chcę przeczytać miłą i mądrą powieść, przy której odpocznę, jak przy opowieściach ukochanej babci, kiedy zmęczone dziecko siada u jej nóg. W trakcie kursu i egzaminów, które dopiero co skończyłam, miałam zaczęte dwie książki, w rozpaczy sięgnęłam po trzecią, bo mi tamte nie szły, a ostatecznie uszami przeczytałam tę, bo podczas dojazdów na szkolenie, mogłam jej słuchać w samochodzie.

Akcja tej powieści dzieje się w Grecji. Nigdy tam nie byłam, ale zawsze chciałam. Ciekawa byłam, jak też opisze ten kraj Maeve Binchy. Jest ona znana z tego, ze stara się poznać dobrze miejsce i temat, który opisuje, powieść dziejąca się w środowisku medycznym napisała po wielomiesiecznym pobycie w szpitalu, nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że opisane miejsca w Grecji były jej wakacyjną destynacją.

Na greckiej wyspie Aghia Anna, czwórka ludzi spotyka się w tawernie. Jest to wyjątkowy wieczór, gdyż wtedy właśnie ulega spaleniu statek wycieczkowy i giną ludzie - turyści i pracujący tam Grecy. Wszystkich dotyka ta tragedia. Łączą się w bólu z właścicielem tawerny, a w obliczu tego zdarzenia, ich wzajemne relacje zacieśniają się niezwykle jak na ludzi na wakacjach.

Fiona - irlandzka pielęgniarka wraz ze swoim chłopakiem Shanem, którego nikt nie trawi; Elsa - niemiecka prezenterka telewizyjna, David - nieśmiały Anglik, który ucieka przed zaborczym ojcem i matką, która nie potrafi sie mu przeciwstawić oraz Thomas - wykładowca akademicki z Kaliforni, rozwiedziony, postanowił zniknąć z oczu swojej byłej i synowi, kiedy ona wychodzi drugi raz za mąż. Jest to historia jednego lata, poznajemy ich wszystkich po kolei, ich motywy, historię, jak się tam znaleźli, dlaczego i co zamierzają. Postanawiają spędzić na wyspie więcej czasu niż zamierzali, Thomas nawet rok, poznają miejscowych ludzi, zżywają się z nimi, szczególnie z Vonni, Irlandką w średnim wieku, która mieszka tam na stałe. Rozmowy z tą mądrą i doświadczoną przez życie kobietą, pomagają im podejmować decyzje.
Ta powieść dobrze mi zrobiła. Rozpływałam się wręcz w jej greckim klimacie. Jeśli myślicie, że to klasyczny chic-lit to jesteście w mylnym błędzie, jak zwykł mawiać mój matematyk. Zresztą nie wiem, jeśli idzie o Binchy jestem bezkrytyczna. Ona potrafi ze zwykłej historii zrobić coś tak ujutnego, interesującego, wzruszajacego, że słów na to nie mam.
A scena tańca mężczyzn po pogrzebie ofiar pożaru na statku tak mnie poruszyła, że musiałam zatrzymać samochód na trasie, tak płakałam.  I to właściwie tyle, nie mam nic mądrego do powiedzenia, bo tu nie o mądrość chodzi a o uczucia. Po prostu cala Maeve Binchy.

Audiobooka czyta Elżbieta Kijowska i robi to świetnie. Uwielbiam jej głos i sposób czytania, słuchałam kilku powieści przez nią nagranych i zawsze się bardzo cieszę, kiedy widzę, że znowu ona jest lektorem. 

Jeszcze dwa słowa o okładkach- ta polska jest okropna, po raz kolejny w przypadku powieści tej pisarki na rynku polskim - wielka skucha. W życiu bym tej książki nie kupiła, gdybym szukała jakiegoś czytadła, ale nie za głupiego. Natomiast nasze irlandzkie wydanie już bardziej w klimacie, było jeszcze fajniejsze, ale nie mogę znaleźć. Oj, nie ma Maeve szczęścia do polskich wydań.

sobota, 26 marca 2011
Krzysztof - Aleksander Minkowski


Pamiętam, kiedy czytałam tę książkę jako kilkunastoletnia pannica. Najpierw nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy wynalazłam tę powieść w antykwariacie, a potem jeszcze tej samej nocy łyknęłam ją w całości. Mama nie była z tych, które mnie ganiały i tłumaczyły, że oczy zmarnuję. Sama zresztą też w nocy czytała.
Dosyć ryzykowne jest wchodzić do tej samej wody. Wiadomo, czasy inne i upodobania też, chociażby z powodu wieku.
Nie mogę powiedzieć, że ta powieść oparła się upływowi lat, bo bym skłamała, ale wydaje mi się, że fakt naznaczenia latami siedemdziesiątymi, a nawet powojennymi, bo historia sięga wstecz, w tym wypadku działa na korzyść książki. A oto kilka zdań o treści, sama bym tego lepiej nie napisała:

"Nastoletni bohaterowie opublikowanej w 1975 roku powieści dla młodzieży wyrastają na longplayach Santany, wakacjach nad Balatonem i spodniach z "teksasu". Muszą zmierzyć się z legendą o wojennej młodości swoich rodziców. Rodziców, którzy po wyjściu z partyzantki nie zawsze umieli odnaleźć się w rzeczywistości wymagającej uległości i konformizmu. Albo, co gorsza, odnajdowali się za dobrze, zaprzeczając dawnym ideałom. Adoptowany przez krewnych Krzysztof Smuga to Hamlet na miarę PRL-u lat 70. Skłócony ze sobą, pełen nienawiści do przybranego ojca, chętnie nakłada maskę błazna i szaleńca. Dom dziecka Raj nauczył go nie ufać ludziom i spodziewać się od nich jedynie cierpienia i upokorzeń. Gdy Krzysztof nie zdaje do klasy maturalnej, domowy konflikt osiąga apogeum. W końcu wyładowany walizkami samochód odjeżdża na wakacje na Węgrzech, a Krzysztof zostaje w domu bez żalu i bez nadziei na pojednanie.
Przełom przynosi historyjka usłyszana od pijaka. Na szanowanego doktora Smugę pada oskarżenie o zdradę. Pod koniec wojny miał okraść powierzone mu laboratorium, a próbującego go powstrzymać przyjaciela doprowadzić do kalectwa. Krzysztof wyrusza szukać świadków tych wydarzeń. Podróż po prawdę okazuje się podróżą po samowiedzę. Krzysztof poznaje miłość, oddanie, uczy się rozumieć i kontrolować własne uczucia. Pogodzony ze sobą może pogodzić się z ojcem. Zwłaszcza że z opowieści dawnych współpracowników doktora Smugi wyłania się człowiek szorstki, ale niezłomny."

Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do trochę archaicznej narracji i problemy wydawały mi się drążone niepotrzebnie, ale potem sama siebie upomniałam, że to przecież młodzieżówka, więc wstrzymaj konie kobieto, a poza tym w tym wieku wszystkie problemy się właśnie tak bez końca wałkuje. Wyluzowałam się i skończyłam odsłuchiwanie z przyjemnością. Co nie zmienia faktu, że jest ona interesująca głównie dla tych, którzy są w moim wieku, czyli 40+, na zasadzie wspomnieniowej, bo współczesnym nastolatkom to Minkowski swoim Krzysztofem raczej nie zaimponuje. Ale co się dziwić, wiadomo, panta rhei, wszystko płynie i nic nie jest takie samo, a już na pewno nie po 37 latach od pierwszego wydania.

czwartek, 24 marca 2011
Biblioteka odsłona ostatnia - książki młodzieżowe i dla dzieci

To już ostatnie zdjęcia. Napisałam, że zamieszczę, to nie chciałam z gęby wiadomo czego robić. Jeżeli ktoś już ma dosyć tych pokazów, to po prostu nie będzie oglądał. Zapomniałam jeszcze o jednej półce, na której są wielkoformatowe książki z bajkami Disneya i o Skrzatach, Kosmosie itp. Nie będę już latać z aparatem.
Jak widać na zdjęciach, są tam nowe powieści, niedawno wydane, ale i moje z dzieciństwa i młodości - Siesickie, Muminki i inne. Niestety duża część powieści młodzieżowych zaginęła.
Kursy już pokończone, egzaminy zdane (mam nadzieję), wzięłam się z powrotem za czytanie.

Wkrótce pierwsze recenzje.
Dostałam od wydawnictwa Znak Super Freakonomię do recenzji. Sama chciałam, już daaawno słyszałam o tej książce, same dobre opinie. Wkrótce notka.

Zdjęcia się oczywiście powiększają po kliknięciu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

niedziela, 20 marca 2011
Na rosyjską nutę

Za moich czasów w szkołach uczono języka rosyjskiego.  Zaczynało się w czwartej klasie i tak do końca liceum.  Traktowano ten przedmiot poważnie, więc nie można było tak po prostu przebrnąć byle jak przez ten cykl, trzeba było wykazać się znajomością.  Wprawdzie matury nie musiałam zdawać z rosyjskiego, ale zaliczyć przedmiot, żeby być dopuszczonym do matury to już tak.  W podstawówce miałam nauczycielkę, która wszystko traktowała bardzo serio, a swój przedmiot to już w ogóle. Wyglądała jak żywcem wyjęta z filmów rosyjskich, kiedyś byliśmy przekonani, że jest ze Związku Radzieckiego, teraz wiem, że tak nie było, po prostu była wtedy taka ‘demoludowa’ moda. W moim domu rodzinnym nie uprawiało się polityki, wprawdzie rodzice nie należeli do partii i nie sprzyjali ustrojowi, ale też nie latali po ulicach z ulotkami i nie odbywały się u nas zebrania działaczy podziemnych.  Nigdy nie usłyszałam od nich, że język rosyjski, czy ich kultura to jest wielkie G, wręcz przeciwnie, słuchało się u nas ballad rosyjskich Żanny Biczewskiej, Okudżawy i Wysockiego, czytało rosyjskich klasyków, uwielbiało rosyjskie dramaty teatralne, a ZSRR było destynacją naszych wypadów wakacyjnych.  Wiadomo, kraj ten zrzeszał wtedy te wszystkie, które teraz są osobnymi jednostkami, czyli odwiedzanie Gruzji, Azerbejdżanu, Uzbekistanu, Syberii, Petersburga nazywało się wyjazdem do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Moi rodzice uważali te miejsca za fascynujące, a ludzi tam mieszkających, za niezwykle ciekawych i przyjaznych.  Oczywiście ciągnęło nas na Zachód, ale to nie przekreślało atrakcyjności kierunku wschodniego.  Rodzicie oddzielali politykę od sympatii do samego kraju i ludzi tam żyjących.  Jedną z najwspanialszych przygód wakacyjnych był dla mnie rejs po portach Morza Czarnego. Kiedyś już o tym tu pisałam, ale może nie wszyscy to czytali. Miałam chyba z 8 lat, nie pamiętam dokładnie. Pływaliśmy statkiem "Szota Rustaweli" -  Odessa, Batumi, Suchumi, Soczi i tak dalej.  Na tymże statku był Włodzimierz Wysocki ze swoją żoną Mariną Vlady.  Chociaż u mnie w domu często grało się pieśni Wysockiego (na adapterze z płyt winylowych), nie wiedziałam jak on wygląda i mało mnie to w sumie obchodziło. Tam na statku był basen, który po środku miał bar.  „Osiadłam na mieliźnie” i jadłam loda.  W pewnym momencie tak liznęłam nieszczęśliwie, że mi wpadł do wody i go straciłam.  Smutno mi było, bo te rosyjskie lody strasznie dobre były.  Wysocki kupił mi drugiego i wręczył z zawadiackim uśmiechem.  I takiego go właśnie pamiętam.  I to, że strasznie byli zakochani, on i Marina.  To był chyba ich najlepszy czas. Mój też, dzieciństwo przeważnie dobrze się wspomina. 
Czy można, więc mi się dziwić, że nie mam do języka ani kultury rosyjskiej urazu, że wręcz przeciwnie, darzę tamte rejony swoistą estymą i łowię wszędzie różne rusofilskie klimaty, a to książkę wygrzebię, a to film sobie w oryginale obejrzę, nie tylko te stare, ale i nowe ich produkcje staram się na bieżąco zaliczać. Poza tym zauważyłam, że wiele świetnych powieści rosyjskich jest nietłumaczonych na polski, a już najbardziej wkurza mnie to, że moja ulubiona Marinina jest w Polsce wydawana nie chronologicznie, czyli raz dostaję jej powieść o Kamieńskiej, kiedy ta jest zamężna, a kolejna powieść pokazuje panią major, jako pannę.  Zgłupieć można.  Pomyślałam – a dlaczego nie miałabym wrócić do dawno zarzuconej przeze mnie umiejętności czytania w oryginale? Dałoby mi to swobodę czytelniczą, o jakiej marzę.  Jak zapewne wiecie, nie jest to takie łatwe, bo litery alfabetu rosyjskiego nie są takie, jak nasze, więc trzeba mi będzie od nowa do nich przyzwyczaić i nauczyć sprawnie odczytywać.  Miałam to w planach, w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, ale kiedy podczas kursu dla tłumaczy, poznałam Irinę i Dmitrija, postanowiłam te mrzonki wprowadzić w życie – poprosiłam ich o sprzedanie mi jednej czy dwóch książek. Po tygodniu Irina przytargała ze sobą trzy powieści, jedną Doncowej, jedną nowej pisarki, dopiero wchodzącej na rynek, a trzecią Chmielewskiej przetłumaczoną na rosyjski.  Ucieszyłam się bardzo, ale i stropiłam, bo gdy zajrzałam na stronice, wiedziałam, że wprawdzie odwrotu już nie ma, bo jak Panna sobie coś postanowi, to prędzej umrze niż odpuści, ale dochodzenie do jakiej takie sprawności w czytaniu po rosyjsku będzie długie i bolesne. Jak na razie przeczytałam jedną stronę i się tak zmęczyłam, jakbym alpinistą była.  I już sama nie wiem, co jest gorsze, czy to, że sobie znowu jakieś wyzwanie wymyśliłam, czy fakt, że zapuściłam znajomość języka obcego, a przecież to była wartość dodana jakby nie było. Teraz będę musiała te straty nadrobić. 

Na koniec chciałam poinformować, że dowiedziałam sie u źródła, czyli w wydawnictwie WAB, ze w lipcu będzie wydana kolejna powieść Marininy, tym razem major Kamieńska powraca. Hura! Właściwie powinnam powiedzieć Urra!

To jest jedna z piękniejszych pieśni, moja ulubiona, może dlatego, że mój tata, który już nie żyje, zwykł śpiewać ją wraz z Biczewską lecącą z płyty. I do tego pięknie gwizdał w momentach, kiedy ona nuci.

niedziela, 13 marca 2011
Moja biblioteka odsłona trzecia, przedostatnia.

To jest prawa część mojego regału z pokoju dziennego. Oczywiście da się powiększać. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał ochotę to oglądać z bliska, ale jakby co, to jest taka możliwość, bo nie kurczyłam zdjęć przed dodaniem.

środa, 09 marca 2011
Moja biblioteka - odcinek drugi. A tak w ogóle Instynkt na Linii życia jest OK

Tak, jak obiecałam, pokazuję drugą odsłonę mojej biblioteki. Niektórzy się skarżyli, że zdjęcia są za małe, to znaczy za mało na nich widać. Nic nie poradzę. Robiłam bardziej szczegółowe, ale przy tym rozmiarze biblioteki, wyszło mi 109 zdjęć, nikt by nie chciał tylu tu oglądać. Zrobiłam więc inne fotki, bardziej 'panoramiczne', a poza tym lekko je kurczę przed wstawianiem, bo w przeciwnym wypadku po ich załączeniu, musiałabym je zostawić chyba na godzinę do kurczenia przez program bloggera. Mimo to, przeredagowałam zdjęcia tak, żeby były dużo większe po kliknięciu, a i jeszcze daja się powiększyć ponownie, teraz to już nawet ja - ślepiec astygmatyk, widzi wszystko jak na dłoni.
Jakby były pytania dotyczące pozycji na półce, chętnie odpowiem.

 



To jest lewa połowa regału z pokoju dziennego. Druga połowa, jak mawiała Pani Honorata - większe pół - wkrótce.
A tak poza tym, to chciałam powiedzieć, że oglądałam pierwsze odcinki nowych seriali - Instynkt w czwartek i Przepis na życie w niedzielę i bardzo mi się podobają. Pierwszy o policjantce (Stenka), podobny do Criminal Minds (Zabójcze umysły, czy tak to przetłumaczyli w Polsce?), a drugi w stylu komedii romantycznej, a to zagonione tygrysy lubią najbardziej, o kobiecie z dorastającą córką, pozostawionej przez męża-lekarza-pierdołę (Adamczyka) i z tego, co się spodziewam, zaczynającej przygodę z profesjonalnym gotowaniem. Wielce obiecujące oba, mam nadzieję, że się nie zawiodę. Oglądałam też Chichot losu, ale nie mam wyrobionej opinii, dzieci mi się tam podobają, a reszta? Obaczymy, obadamy.

sobota, 05 marca 2011
Moja biblioteka - odcinek pierwszy
Proszono mnie już nie raz o pokazanie swoich zbiorów. Wiem, że teraz jest taka akcja na blogach, mole pokazują drogie sercu półeczki. Nie mam czasu sprawdzać, czy ktoś mnie wezwał do apelu, ale wcześniej juz pojawiały się takie głosy, więc dla relaksu, między uczeniem się do kolejnych zajęć z tlumaczenia, chwyciłam za aparat i strzeliłam kilka fotek.

Moje zbiory mają już ze 30 lat, a może i kilka więcej, bo książki targałam za sobą, jeszcze będąc małym brzdącem. Ale takie świadome kupowanie, polowanie w antykwariatach, na kiermaszach pierwszomajowych i załatwianie spod lady, zaczęło się jakieś 30 lat temu właśnie.
Na pewno nie da się wszystkiego opisać za jednym zamachem. Mimo, ze wiele książek byłam zmuszona sprzedać przed wyjazdem do Irlandii, część przepadła wraz z likwidowaniem domu rodzinnego przed jego sprzedażą (niestety były ważniejsze sprawy, trudniejsze do załatwienia i nie upilnowałam książek), nadal wiele stoi na półkach. A za wieloma ronię łzy, kiedy sobie o nich przypomnę. Staram się o tych, które utraciłam, nie myśleć.
Kiedy oglądam Wasze zbiory, są one takie nowoczesne, błyszczące, kolorowe i świeże. Część mojego księgozbioru jest stareńka, niektóre książki się ledwo trzymają kupy, niektóre mają proste okładki, bez właściwego książkom wydawanym obecnie, blichtru i koloru. Ale są drogie mojemu sercu.
Są też takie, które mi się kiedyś bardzo podobały, a teraz pewnie obudzą u was uśmiech litości, jak seria kryminałów z Amber, czy Danielle Steel z Książnicy. Ale co tam, pokażę wszystko. Takie były moje gusta, kiedy byłam młoda, co innego czytałam kiedyś, co innego teraz, a niektóre wciąż lubię, jak na przykład Dołegę-Mostowicza.
No to zaczynamy: (zdjęcia po kliknięciu będą większe)

To jest widok na regał w pokoju dziennym, jak widać książki są od podłogi do sufitu, w pojedynczych rzędach. Kiedyś miałam głębokie regały, kupne, trzymałam tam książki w dwóch rzędach, ale mój mąż powiedział, ze to niedobrze wygląda i kiedy kupiliśmy ten dom, zrobił mi regały na wymiar i pod kolor mebli, które kupiliśmy w Polsce.

Ten regal jest kupny, pasuje do innych w pokoju. Ma wyjątkowo wysokie półki, nadają się idealnie na albumy, książki kulinarne i słowniki.

Ten też jest zrobiony przez męża, stoi u nas w sypialni.

A oto zbiory właśnie z tego ostatniego. Od góry do samego dołu. Jak widać nowości mieszają się ze starszymi tytułami. W ustawianiu książek nie stosuję żadnej metody, ale pamiętam, gdzie która stoi.

 

 

 

 

W następnym odcinku pokażę półki z pokoju dziennego, a w kolejnym zbiory młodzieżowe i dziecięce z pokoi na piętrze, które należą do dzieci.

środa, 02 marca 2011
Kolysanka mnie rozbawila, Male Kobietki rozczulily, czyli jak mol ksiazkowy spedza czas, kiedy nie czyta

Kochane moje robaczki swietojanskie. Pisze bez polskich znakow, przepraszam, ale nie mam ich na komputerze w biurze. Zostawili mnie na chwile sama, wiec korzystam z okazji, zeby dac tutaj znak sygnal, ze zyje, mam sie dobrze, chociaz kursowanie mnie wykanscza percepcyjnie i po zajeciach nie mam juz sily na czytanie, co najwyzej ogladam film. Zajecia sa bardzo intensywne, tak wiec kiedy przywloke sie juz do domu, mam tak obolaly mozg, jakby mnie ktos po glowie skopal. Siniaki mentalne mam normalnie. Siegam po ksiazke, ale czytanie mi nie idzie, percepcje mam na poziomie 0, chwilami nawet ponizej.
Film to co innego. Szczegolnie, kiedy przypadkiem, bo tego nie planowalam, wpadnie sie na cos szczegolnie smakowitego. W niedziele mialam wlasnie taki wieczor. Wlaczam Canal+ i co widze - polski film Machulskiego 'Kolysnaka'


    

Cos slyszalam, ze jest w kinach w Polsce, ale jak sie nie jest na miejscu, to ciezko o przyswojenie wszystkich nowosci, dlatego nic nie wiedzialam o tym filmie, w sensie, czy dobry, czy nie, jakie ma recenzje, ogladalnosc itp. Szczerze mowiac tego dnia bylo mi wszystko jedno, czy to dzielo, czy chala, byle byl nie za bardzo 'do myslenia'. Tym wieksze bylo zdziwienie, kiedy nie spodziwajac sie zadnego prezentu, dostalam podarunek w postaci swietnie skrojonej komedii, akurat na moje potrzeby - smiesznej, inteligentnej, ciekawej, ze swietna muzyka i wspamialymi aktorami. Wszystko mi sie podobalo. Wpadlam w taki entuzjazm, ze pod koniec, kiedy pokazywane byly 'tance badzience' w roznych konfiguracjach, tez sie zerwalam i odtanczylam taki taniec widziwianiec.
Film opowiada o malej miejscowosci na Mazurach, gdzie pojawia sie dziwna rodzina, a jednoczesnie zaczynaja ginac ludzie. Od poczatku wiemy, ze cos dziwnego dzieje sie wlasnie w ich gospodarstwie, ale nie wiemy co, a jak juz wiemy, to i tak nie staje sie to mniej ciekawe, bo nadal jest smieszne, nadal jest ciekawosc, co sie bedzie dzialo dalej. Nie wiem, moze mam specyficzne poczucie humoru, ale dla mnie to bylo bardzo zabawne widowisko. Kiedy z mezem zasiedlismy do ogladania tego filmu, bylismy strasznie zmeczeni i jacys tacy spiczniali. W polowie maz sie zerwal przyniesc piwka, ja usiadlam prosto, zeby lepiej widziec, pies odszedl zrezygnowany, bo juz widzial, ze mu nie bede pilki rzucac, bom wielce zajeta ogladaniem, a poza tym przeszkadzaly mu nasze wybuchy smiechu.
Wiem,  ze na innym blogu ukazala sie wlasnie recenzja Kolysanki,  ze czegos mu brakuje, ze ogolnie ok, ale jest male ale. Ja uwazam, ze film w swojej kategorii jest wybitny, czyli wybija sie ponad przecietnosc, stawiam go bardzo wysoko na drabinie jakosciowej filmow polskich generalnie, a komedii to juz w szczegolnosci. Gratuluje Juliuszowi Machulskiemu dobrego smaku, inteligencji i poczucia humoru. Normalnie kocham faceta.
Zaraz potem przelaczylam na inny kanal i trafilam na Male Kobietki, ekraniczaje klasycznej powiesci, wiec nie bede sie rozwodzic tutaj o tresci, bo by was to obrazilo, kazdy przeciez zna (a jak nie, to czym predzej nadrobcie, bo warto). 
Film byl juz w polowie, pomyslalam 3 minuty poogladam, zeby sobie przypomniec. I juz nie wylaczylam, nie moglam sie oderwac. To jedna z moich ulubionych historii, i w literaturze, i film mi tez pasuje. Tak mnie ukolysal, wzruszyl, dopiescil, ze usmiechnieta od ucha do ucha udalam sie na spoczynek, gotowa na kolejne wyzwania czekajace mnie na kursie.
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!