O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
poniedziałek, 29 marca 2010
Kocham Pana, Panie Maleńczuk. Psychodancing

"Siedzę w kuchni przy ajerkoniakowym cappucino, które kojarzy mi się z komunistycznym erzacem czekolady czyli wyrobem czekoladopodobnym, bo przecież też nie jest prawdziwą kawą, tylko jakimś napojem w proszku rozpuszczonym w wodzie, ale cóż, jak nie ma...
Z głośników komputera płynie piosenka "Absolutnie" tym razem w wykonaniu Maleńczuka. Wpadłam w euforię, ta aranżancja (w stylu dancingowym) i wykonanie tak mi dzisiaj przypasowało. Czasami tak mam, że mnie muzyka wprowadza w trans, w stan ekstatyczny, sama nie wiem jaki jest klucz to tego, jednego dnia trafia do mnie to, innego tamto. Kocham tego faceta. Za to, że jest, tak myślę, to przeczucie graniczące z pewnością, chociaż go nie znam, nie czytałam wywiadów i pudelków hihi, no więc, za to, że jest wrażliwym nonkonformistą, prawdziwym do bólu, nic nie udaje, żeby nawet oznaczało to 'trudniej', a do tego wydaje się uczciwy i dobry w swojej łobuzerskiej masce. W Opolu zaśpiewał duet z Markowską, siedziałam i płakałam, taka to była piękna piosenka. A teraz bujam się w rozmarzeniu w takt "Absolutnie", jest tam taki przerywnik instrumentalny, podczas którego wyobrażam sobie parę tańczącą tango w pustej knajpce nad morzem. Ech, jakże ja bym chciała być tą kobietą, która nie tylko umie tańczyć tango, ale ma też partnera, który podziela tę umiejętność i lubi taniec".

Tak pisałam w lipcu 2009 roku na dziennikach, a dziś, po obejrzeniu Majewskiego, chciałam tylko powiedzieć, że jestem stała w uczuciach i nadal płonę miłością do Maleńczuka. Miłością słuchaczki oczywiście. Uwielbiam jego głos, jego image, te maski, które wkłada, coraz to inną i to, że nie można za nim nadążyć.  Wynalazłam w necie, że wyszła właśnie nowa płyta - Psychodancing 2. Muszę ją mieć!  Obie zawierają stare piosenki w nowych aranżacjach zaśpiewane przez Maleńczuka.

Niektórzy mówią, że to pijak i narkoman, że pozer, że ... Nic mnie to nie obchodzi. Nie muszę z nim żyć. Ale sluchać go i podziwiać jako poetę i pieśniarza, jak najbardziej. U Majewskiego powiedział, ze przygotowuje nieznane piosenki Wysockiego, tlumaczy je i potem nagra. Już sie rozmarzyłam, cóz to bedzie dla mnie za uczta!

Poniżej wklejam piosenkę śpiewaną w duecie z inną moją ulubioną wykonawczynią Anną Marią Jopek. "Absolutnie" nie mogę znaleźć.

I NIGDY WIĘCEJ

wtorek, 23 marca 2010
Trzy połówki jabłka - Antonina Kozłowska

Dostałam tę książkę dzięki uprzejmości dwóch blogowiczek, jedna jest jej właścicielką (wanda), a druga (holly) ją od niej pożyczyła i za zgodą do mnie wysłala po przeczytaniu. Ponieważ istnieje opcja przekazania jej do biblioteki w Letterkenny, postanowiłam przeczytać ją szybciutko, poza kolejka, żeby i inni jeszcze przed wakacjami zdążyli skorzystać z tego daru.

Historia stara jak świat - jest kobieta, jej mąż i ten trzeci, dawna miłość. Nie bylo go, ale nagle się pojawił na horyzoncie i wróciły dawne fascynacje, coś trzeba z tym fantem zrobić, ale co? Spotykać sie potajemnie, ukradkowe chwile intymności sa dobre dla nastolatek, ale dla dorosłych ludzi to już troszkę za mało, i za durno.  Zostawić męża? Ależ wcale nie przestała go kochać, chociaż fakt, oddalili sie od siebie. No i jeszcze jest żona trzeciego, do tego w ciąży.

Powiem szczerze, gdybym przeczytała opis li tylko na okładce, gdyby to nie było naszej Młodej pisarki, nie wzięłabym do ręki. Bo ja jestem trochę bardzo w tych sprawach czarno-biała. Nie ma miejsca na takie fanaberie, kiedy się już człowiek zdeklarował, trzeba było pochopnie się nie wydawać za mąż, głaskania po główce nie będzie. W dupie się przewraca i tyle. No, nic nie poradzę, nie jestem liberalna w tych sprawach, poza tym maniakalna monogamiczka ze mnie, ale z tego nie mogę być dumna, to nie moja zasługa, jedni rodzą się tacy, inni poligamiczni, uważam, ze nie mamy tutaj wielkiego wpływu.  W świecie zwierząt też tak jest. Natomiast mamy coś więcej niz zwierzęta, wolę wyboru zgodnie z okolicznościami moralnymi, nie musimy kierować się tylko instynktem, możemy też rozsądkiem, zdrowym rozumem itp. Nie będe rozwijać, bo można by o tym w nieskończoność, żeby było jasne, nie stawiam ludzi jednoznacznie ponad zwierzętami, bo one na przykład bez potrzeby nie zabijają, a ludzie a i owszem.

Kiedyś oglądałam wywiad z Jandą i ona zapytana, czy gdyby zakochala się, tak na zabój w kimś innym, czy zostawilaby męża, co by zrobila? - odpowiedziała, ze zabiłaby tę miłosć Za wiele ma powinności, za wiele ja z tym czlowiekiem laczy, za wiele ludzi na niej polega. Moze sie wydawac, ze taki poglad to nieszczeście, bo zamyka sobie tym drogę do czegoś niezwykłego, do wielkiego uczucia, ale ja uważam, że to piekne, co powiedziała.

Wracając do powieści. Wzięlam do ręki, bo mam emocjonalny stosunek do pisarki, wiec koniecznie chciałam się dowiedzieć, co tam wysmarowała. Tak więc, nie bacząc na temat, podjęłam wyzwanie.  I cóz za miłe rozczarowanie!!!

Ta powieść hołduje (może przypadkiem, może nie) ksiązkom pisanym w latach powojennych, gdzieś tak do wczesnych osiemdziesiątych, a także filmom z tego okresu. Kiedy ją czytalam, widziałam przed oczami sceny z 'Pożegnań' Jerzego Hasa, 'Ostatni dzień lata' Konwickiego i Laskowskiego czy 'Do wiedzenia, do jutra' Janusza Morgensterna. W tamtych czasach, zanim wszystko stalo się takie proste i szybko, wręcz w migawkach, podawane 'na wynos', właśnie był czas na roztrząsanie dylematów, nie tylko na dialogi, ale i na zwrócenie uwagi na cień rzęs na policzku, na linię szyi wskazującą na rezygnację, na sińce pod oczami, na posiwałe skronie, na nagłe zmęczenie w oczach ...

Ta książka też jest pisana "jedną kamerą z ramienia", nie ma fajerwerków, ubarwiania (wręcz odwrotnie, wszystko u Kozłowskiej jest szare, bure, przaśnie lub biedne), albo w mojej wyboraźni takie jest, bo nie epatuje nas ona opisami w nieskonczoność, czyli pisze jedynie, że siedzenie w pociągu było "wąską czerwoną ławeczką obitą dermą" (chociaż wlasciwie, tak mi teraz wpadło do głowy, skąd wiadomo, że ławeczka była czerwona, skoro obita dermą?), a kiedy bohaterka wysiada na stacji - "Widok jest taki, jak zapamiętała sprzed 10 lat: czerwone ceglane cielsko dworca, a nad peronami wznosi się betonowa kładka..." Moja wyobraźnia dopisuje mi do tego opisu szarość i burośc, bo takie tylko dworce w Polsce pamiętam. A może dlatego bure, bo kojarzy mi się ta powieść z powyższymi filmami czarno-białymi?

Wprawdzie nigdy w takiej sytuacji jak bohaterka nie byłam, ale jakoś łatwo weszłam w jej połozenie, pod skórą czułam jej ból, wahanie, dygotanie serca w nadziei, a zaraz potem ból tegoż, z rezygnacji. Nie chciałam, zeby odeszła od męża, ale rozumiałam też, że trudno było jej podjąc decyzję, widziałam krzywdę tej drugiej i tego drugiego, ale też i krzywdę, którą oni robili sobie sami. Trochę mnie wkurzalo jej niezdecydowanie, ale z drugiej strony, nie tak bardzo, jak sądziłam. Bo ja jestem radykalna w poglądach, ale też mam w sobie dużo empatii, i to się ze sobą kloci. A może nie, bo nie pochwalam jej działań, ale jednocześnie przecież nie jestem potworem i rozumiem, że takie rozterki przynoszą ból.

Ale zeby nie było takiego zupełniego cukrowania powiem tylko, że ostatnie dwa zdania zakończenia były, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebne. I zupełnie nie rozumiem, co to znaczy - Ścieżki przyszłości przestały istniec, pozostała tylko jedna droga. Czyżby o to, że były dwie ścieżki, a teraz jest tylko jedna? To jedyny zgrzyt. Na Zenku można było zakończyć. No, ale z drugiej strony, jakeś babo taka mądra, to sama napisz, a nie się czepiasz jak rzep, co nie?

Ta powieść przywodzi mi na myśl moje ukochane czytadła Fleszarowej-Muskat, Nepomuckiej, ale też Dygata. Dobrze się to czyta, bardzo polecam.

Poza tym, wiecie, że jest to dla mnie bardzo ważne, książka wydana nakładem wyd. Otwarte (Otwartego?) jest idealna w czytaniu, miękka, ładnie się rozkłada, świetna czcionka w idealnej wielkości i równie idealne odstępy między linijkami i marginesy. Cód miód po prostu.

czwartek, 18 marca 2010
Rozmówki przy kawie - o księgarniach tym razem

Kochane dziewczyny i chłopaki, jezeli takowi tu zaglądają (?). Nie zapomniałam o was, zaglądam, czytam, ale sama piszę mniej, bo jakoś ostatnio bałagan organizacyjny, emocjonalny i czytelniczy zapanował w moim życiu, próbując to uporządkować, muszę czasem tu i ówdzie zamilknąć, bo nie wyrabiam czasowo.  Próbuję pokończyć te milion książek, które idiotycznie pozaczynałam, poddając się temu chaosowi, który mnie jakoś wewnętrznie napadł. W sumie dobrze się stało, że mi mąż Kapuścińskiego w swoje szpony porwał, bo gdybym jeszcze i tę zaczęła, to bym się chyba przez rok z tego bałaganu okładkowego nie wygrzebała.  Nie wiem, co mnie napadło, nigdy tak nie robiłam, ja jestem czytelnikiem jednej książki na raz, a nie kilku w tym samym czasie, więc co mnie napadło, żeby zaczynać wciąż nowe, kończyć jedne i znowu zaczynac inne, zawsze więcej zaczętych nież skończonych?  No nic, stało się i powolutku gramolę się z tej dziury, co ją sobie sama wykopałam.

Ale nie o tym chcialam. W miedzy czasie, w komentarzach pod poprzednim wpisem, gdzie mowa o empiku i nieprofesjonalności jego pracowników, padło kilka zdań na temat dobrych księgarni i ich wspierania.  Czytam teraz powieść Młodej pisarki 'Trzy połówki jabłka' i tam często przewija się w opisach miasta ulica Gagarina, a nawet raz wspomniana została księgarnia Universe (tak się chyba nazywała?) na tejże ulicy.  To mnie jakoś tak natchnęlo, żeby z wami podsykutować, jeżeli macie ochotę, na temat dobrych księgarni, ważnych dla nas księgarni, wyjątkowych księgarni, które teraz działają na rynku, a które są warte wypunktowania, żebyśmy miały świeży ogląd, gdzie warto kupować, jeżeli w ogóle. Pobiegłam sobie zaparzyć kawkę

kurczę, zanim zdązyłam znaleźć aparat przestała parować, ale musicie mi uwierzyć na slowo, że jest to gorąca latte, a kubek jeden z najstarszych, najbardziej ulubionych, często go używam, kiedy przy komputerze. Pamięta jeszcze czasy czarno-białego monitora, takiego w białej, szarawej raczej, obudowie (jakieś 10 lat temu).

Ta księgarnia na Gagarina, to było dla mnie objawienie. Jakby Bóg zstąpil na ziemię i powiedział - idżcie i pomnażajcie swoje biblioteki domowe. Były to wczesne lata osiemdziesiąte, kiedy nie było zupełnie książek, mam na myśli nowości, bestsellerów, na półkach w księgarni, tylko dzieła Lenina i jakieś produkcyjniaki. Mama miała zaprzyjaźnioną księgarkę - panią Jadzię, na Lampego i czasem można bylo coś dostać spod lady. Generalnie odbywały sie dzikie polowania na nowości.  Trudno dziś w to uwierzyć, ale moja ulubiona pisarka młodzieżowa z tamtych czasów, Krystyna Siesicka, była zupełnie niedostępna, nie tylko do kupienia, ale i w bibliotekach do wypożyczenia. Ludzie udawali, że zgubili egzemplarz, a tak naprawdę kradli. Wiele jej powieści przeczytalam będąc już dorołą kobietą, z sentymentu.

Mialyśmy zwyczaj z moja mamą jeździc co jakiś czas, na kilka dni, do Warszawy. Co wieczór gnałyśmy do teatru, tam też było trudno o bilety, ale mama wdzierała się do biura obsługi klienta, załamywała ręcę na mizerotą dostępu do sztuki wielkiej na prowincji i zawsze nam jakieś dwa krzesła znaleźli. W ciągu dnia odbywałyśmy rajd po sklepach, z czego najważniejszymi punktami programu była Hoffland w Juniorze bodajże (pamięć mam jednak zawodną), bazar w Rembertowie i księgarnia na Gagarina, kiedy już powstała.  Pierwszy raz kiedy tam weszłyśmy, to było jak wizyta w świątyni książki (pamiętajcie, że byłam młodą panienką, a do czynienia miałam jedynie z maleńkimi przybytkami Domu Książki). Wchodziło się tam i natychmiast przede oczami otwierała się przestrzeń wielkiego holu, schody, a na ich szczycie sama księgarnia i rzędy lad (nie półek), gdzie na płask były rozłożone nieprzebrane ilości tytułów.  Jasno bylo jak w banku.  Tak to pamiętam, co nie znaczy, że tak to dokładnie wyglądało. Całkiem możliwe, ze gdybym teraz tam weszła (tej księgarni juz tam pewnie nie ma?), to okazałoby się, że wszystko jest mniejsze i nie takie wspaniałe.

Potem wiele były księgarni fajnych, ale jedna mi tylko utkwiła w pamięci, ta na Tatarkiewicza w Koszalinie, której też juz pewnie nie ma. Pisałam o niej przy okazji wpisu o Pokonanych. Powiem wam tylko, że żal mi, że nie mam już kontaktu z kierowniczką, nie pamiętam nawet jej imienia, wiem tylko, że była z Torunia i przyjechała do Koszalina za mężem. Och, jaka to była świetna kobieta, rozmawialyśmy sobie o książkach, pożyczyła mi kilka fajnych, starych, które już nie były wydawane, między innymi drugą część 'Gruszek na wierzbie' Stulgińskiej, pod tytułem 'Mąż z ogłoszenia". Strasznie bym tę książke chciała miec, ale niestety bezskutecznie jej szukam (może nieudolnie?), ona mi dała swoją do przeczytania, chociaz była droga jej sercu i też ją zdobyła z dużym trudem. Tylko mole książkowe wiedzą, jak to trudno zaufać drugiej osobie, kiedy ma się taką książke w ręku i trzeba ją na jakiś czas komuś pożyczyć.

Chciałabym, żebyście napisali tu w komentarzach o księgarniach lub księgarzach, czy też konkretnych pracownikach w dużych sieciach, ktorzy są warci polecenia. Nawet w takim empiku można poprosic o pana Marka, czy panią Irenę niech oni nas obsługują. Mnie jest szkoda czasu na szarapnie się z ignorantami. Poza tym małe, prywatne księgarnie mogą miec tańsze książki i fajne oferty, wcale nie jest to domena dużych sieci. Dobrze stworzyć mapę dobrych miejsc, ja wprawdzie mieszkam zagranicą, ale różnie to bywa, jeżdżę do różnych miast, moja córka na przykład niedlugo będzie w Krakowie, dobrze wiedzieć wtedy, gdzie się udać?

Ja lubię księgranie, gdzie jest atmosfera miłości do książek, a nie poczucie przypadkowości asortymentu, ze mogłby być to równie dobrze skład cementu, jeżeli taka by była koniunktura. Taką właśnie jest Waterstones w Dublinie, na końcu Henry Steet w centrum handlowym Jarvis (tak się chyba to nazywa). Wchodzisz tam i jakby czas się cofnął. Panowie w okularach drucianych i tweedowych marynarkach z łatami na łokaciach, bezszelestnie poruszają się między regałami z ciemnego drewna, wszystko w cieplych brązowych kolorach, a kiedy ich o cos zapytać, znają odpowiedż na każde pytanie.

Ale najbardziej lubię takie miejsca, gdzie można się zaprzyjaźnić z osobami tam pracującymi, żeby oni wiedzieli, co się lubi, nie polecali tego, co wiadomo nie przejdzie nam przez gardło, oczy raczej i zeby można bylo, tak jak ja kiedyś z tą kierowniczką na Tatarkiewicza, wypić szampana na zapleczu w Sylwestrowy dzień.  Echch wspomnienia. Czy takie miejsca jeszcze istnieją?

sobota, 06 marca 2010
Niewielki stos wzniosłam - kto bez winy, niech pierwszy zapali zapałkę. A poza tym Stephen King stracił cierpliwość

Obiecywałam, wiem, wiem, ale nie udało mi się wytrwać.  Nie rezygnuję z postanowienia, nadal je podtrzymuję, to jest tylko taki mały wyłom. Nawet w Polsce bez stosów, były pewnie jakieś wsie, które sie wyłamały i podpaliły chatę jakiejś kobiety, co ziołami leczyła i ciążę naparami przerywała.  No to i mnie diabeł podkusil - kolega wracał z Polski i okazało się, że może mieć trochę wolnego miejsca w bagażu.  Nie można bylo takiej okazji przegapić, bo mogła się więcej w tym roku nie zdarzyć. Wiadomo, walizka nie z gumy, a waga Ryanaira nie zna litości.

Kiedy dowiedzialam się o wydaniu biografii Kapuścińskiego, niezależnie od tego szumu, jaki wokół tego powstał, wiedziałam, że muszę bezwględnie ją przeczytać i to jak najszybciej. Autor tej książki gwaratnował, że będzie ona nietuzinkowa. Mam nadzieję, ze się nie pomyliłam, bo biednego Pawła przegoniłam po calej Warszawie w poszukiwaniu tej pozycji; on wylatywał 3-go marca, czyli dnia, kiedy ona była anonsowana na ukazanie się w księgarniach, ale okazało się, ze jednak można ja kupić wcześniej, to wysłałam do niego histerycznego smsa, żeby mi kupił. W Empiku w ogóle nie wiedzieli, o co mu chodzi i dlaczego ja sie tak gorączkuję. Zaproponowali mu odbiór za około 5 dni. Hello! Wszedzie stoi w oknach wystawowych, od wejścia wyje do klienta - KUP MNIE - a w empiku (złośliwie piszę z małej litery) wszyscy na luziku. Nie zależy im na sprzedaży? Poza tym, to już nie pierwszy raz, kiedy sprzedające tam panny nie mają pojęcia, o czym sie do nich mówi, przeważnie jedna jest zorietowana, ale akurat ma wolne, a reszta robi zdziwione miny. Nienawidzę tej sieci, niezależnie od miasta, zbyt często spotykam się tam z ignorancją i nieuctwem. Poza tym tyle tam książek, a jak sie czegoś szuka, to nie ma. Jak to możliwe?

Nic to, kupił gdzie indziej. Poza tym poprosiłam go o dwie pozycje polskich autorek - Marioli Zaczyńskiej "Gonić Króliczka" i Anny Fryczkowskiej "Trafiona Zatopiona". Mariola Zaczyńska wydaje wkrótce nową powieść - "Twardzielki na przód", a Fryczkowską wypatrzyłam na jakims portalu i wydała mi się wielce interesująca, więc postanowiłam ją tez przeczytać. Interesuje mnie wszystko, co polskie, a młodym autorom trzeba dać szansę, bo tam się mogą kryć brylanty. No i Nocna zamieć, kupiona docelowo dla męża na urodziny, ale chyba mi pożyczy?

A tak poza tym dobrze jest. Wszystko wróciło do normy. Czyta się. Tylko nie w takiej kolejności, jak sądziłam. Jedz, módl się, kochaj, pnieważ czytałam co innego, poszła do koleżanki, wróciła niedawno, będę ją kończyć. Ale zaraz, bo przechodziłam obok półki i Stephen King mnie zawołał - jego "Jak pisać. Pamiętnik pisarza" jest świetny. Przeczytałam kilka zdań i już nie mogłam się oderwac, więc teraz jego mam na stoliku nocnym.  Susan Hill podczytuję, raczej traktując tę książkę jak zbiór felietonów, wiec nie czytam jej ciągiem, tylko po kawałku.  Teraz ciągam wszędzie tego Kapuścińskiego i będe miała pewnie mięśnie ramion jak Pudzian, bo to cegła straszna, ale ładnie wydana i w sumie dosyć, zważywszy rozmiar, poręczna.

Obok Kinga leży ołówek, bo wciąz coś tam zakreślam i wykrzyknikuję.Pierwsza częśc jest o tym, jak to sie stało, że on zostal pisarzem, druga o tym, jak się pisze. Jest to interesujące nie tylko dla tych, co chceliby pisać, ale też dla tych, którzy książki kochają i bardziej czują niż wiedzą, dlaczego coś im sie w nich podoba, a coś wręcz przeciwnie. Dzięki niemu, możemy się dowiedzieć, jak poznać dobry dialog i jaki opis jest do przyjęcia, a jaki jest nudziarstwem. Cieszę sie, ze King zstracił cieprliwość i mnie zawołał ze swojego miejsca przy oknie.  Kiedy do niego zasiadam, musze mieć duży kubek kawy, bo zapominam o całym świecie, przynajmniej się nie odwodnię.

środa, 03 marca 2010
The Lovely Bones (Nostalgia Aniola)- Alice Sebold

Ciężko mi szło czytanie tej książki. To wydanie, którego okładkę zamieściłam, ma fatalny papier, maleńki druk i wygląda jak zadrukowany papier toaletowy. Jedyną zaletą jest cena, można ją było kupić już za 2.50 euro, zależy gdzie, najdrożej 6.45. Musiałam sobie na czytnik poszukać, bo tak mnie denerwowała w ręku ta makulatura, że nie mogłam się skupić.

Jeżeli chodzi o treść - był zaczyn na ksiażkę ważną, jeżeli nie znakomitą, to chociaż bardzo dobrą, a skończyło się na zjadliwym ale lekko zakalcowatym produkcie.

Co my tu mamy - dziwczynkę, którą zamordował chory zwyrodnialec, seryjny morderca, ale nie wiemy o nim za wiele, bo to jedna z postaci, która jest ciekawa, ale, poza kilkoma wzmiankami, kompletnie porzucona w dalszej części książki. Dziwczynka idzie do nieba, tak to miejsce po angielsku nazywa, ale to raczej wyglada na czyściec. Cały czas towarzyszy żywym, tak jakby musiała jeszcze zostać, bo coś tam jest nie załatwione na Ziemi. No tak, ale w dalszej części ta sprawa też zostaje nie zamknięta, została, ale nie wiadomo, czy dlatego, że wszystkie dusze zostają jeszcze na jakiś czas, czy ona bo ją coś tam boli i uwiera? Mamy rodziców, oczywiście w rozpaczy, ojciec najbardziej, matka natomiast nie może sobie poradzić z tą sytuacją, tzn z morderstwem córki, ale i obsesją ojca obwiniającego sąsiada, zresztą słusznie, to wiadomo od samego początku. Ojciec próbuje przekonać policję o swoich przeczuciach, nie ma niestety dowodów, a oni są wyjątkowo opieszali i indolentni;  dziwne, bo dedektyw, który prowadzi sprawę, wdaje się w romans z matką zabitej dziewczynki, wiec myślałam, że się może popisze i jednak bardziej postara. Sprawa romansu nie jest jakoś szczególnie potraktowana, był i się zmył, bo kobieta zaraz wyjeżdża - chce odmienić swoje życie, odnaleźć marzenia, które zarzuciła wychodząc za mąż i rodząc dzieci. Chce, ale tego nie robi, zamiast tego wiedzie jakiś żałosny żywot i w niczym jej ta ucieczka nie pomaga. To jeszcze bym mogła zrozumieć, morderstwo w rodzinie potrafiło ją rozsadzić od środka, jak granat z opóźnionym zapłonem, ale tutaj nie jest to pokazane. Coś tam się dzieje, są jakieś dramatyczne zwroty w akcji, a potem autorka je zarzuca i nie ciągnie dalej. Wiele rzeczy nie wiadomo, po co zostało do historii wproadzone, bo ani nie dodaje atmosfery, ani niczego nie wyjaśnia, ani w niczym nie pomaga. Moim zdaniem najciekawszy charakter - zabójca, zupełnie pominięty, jakby pisarka nie udżwignęla bardziej skomplikowanej psychologicznie postaci. Potem dowiedziałam się, że sama kiedys była zgwałcona, może dlatego nie dała rady.

Najlepszą postacią, obok sąsiada świra, pięknie nakreśloną, krwistą i ciekawą jest matka żony, która decyduje się zamieszkać z rodziną, po tym jak jej córka opuszcza dom, nie oceniając jej przy tym, a nawet w pewnym sensie pomagając jej podjąć decyzję.

Zakończenie marne, nawet bardzo, jakby pisarka miała nad głową deadline i żadnego pomysłu; cliche.

Wiem, że w tej historii był wielki potencjał, tym bardziej przykro mi, ale uważam, że został zaprzepaszony.

Suma sumarum, jak mawiała profesor Początek, marna dobrego końcówka i zmarnowane dobre, co się dziadowsko potoczyło i równie żałośnie skończyło.  Uważam, że jest na rynku dużo więcej dobrej literatury i szkoda czasu i atłasu. Wystarczy obejrzeć film, chociaz może też nie powinnam polecać, bo w ocenie The Guardian dostał zero, chyba pierwszy raz to widziałam. Nie tam jeden, jeden mniej, ZERO.

Z drugiej strony często powtarzam - nie ma złych książek, są tylko nietrafieni czytelnicy; może zdarzyć się tak, że innym bedzie się tak książka podobała nad wyraz.

Trochę mi tylko żal tego czasu, mam tyle książek w kolejce. Poza tym, czy mi się chce, w tym czasie dla mnie niełatwym, nurzać w nieszczęściach, może trzeba by trochę lżej i weselej? Może tu tkwi mój problem, może dlatego jestem niewłaściwym czytelnikiem dla tej powieści, bo mam już dość nieszczęść, słońca mi trzeba i głębokiego oddechu świadczącego o poczuciu ulgi.

Aha, na koniec spowiedź i prośba o rozgrzeszenie - obiecywałam i biłam się w piersi, że nie kupię żadnej książki, ale zamówiłam u kolegi wizytujacego Polskę "Kapuścińskiego non-fiction", bo nie zdzierżyłam i Nocną zamieć dla męża na urodziny...jak spowiedz, to spowiedz, i Gonić Króliczka Zaczyńskiej, bo mi strasznie ślina cieknie na coś polskiego, a do tego autorka mi znana, więc nie wypada jej książki nie przeczytać (raczej wcześniej niz później).

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!