O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
środa, 29 grudnia 2010
Gdyby wyrzuty sumienia pozostawiały ślady w postaci czerwonych plam, byłabym Siuksem

Ostatnio się zastanawiałam, dlaczego wolno czytam, a dzisiaj trochę sprzątałam na półkach i się zadumałam, skąd tyle nieprzeczytanych książek na nich?

Do takich oto wniosków doszłam:

  • bierze się to z czasów, kiedy książek nie było na rynku, kiedy się je zdobywało, a ja dobra byłam w zdobywaniu, kupowałam więc zrywami, kiedy rzucili, kiedy je na kiermaszach wystałam w kilometrowych kolejkach, spod lady lub na Skrze piraty, czego się nie wstydzę, bo wydawnictwa, jeżeli chciały zarabiać, powinny były wydawać tyle, żeby starczyło. Długo myślałam, że Siesicka napisała tylko trzy książki, Chmielewska dwie dla dorosłych i dwie dla młodzieży, a McLean może ze 4 (blogów przecież nie było, chociaż niektórym pewnie trudno to sobie wyobrazić), aż trafiłam na faceta, który sprzedawał 'podróby' i o mało nie straciłam przytomności. A potem się obkupiłam. W bibliotekach nie było dostępnych nowości, chyba, że dla znajomych. Kupowałam więc ich dużo naraz, a potem czekały na czytanie. Tylko, że ja kupowałam wciąż nowe i pożyczałam wciąż nowe (a wtedy pożyczanie oznaczało - masz dwa dni na przeczytanie 'Autostrady', bo już czeka w kolejce Kaja, a za nią zaraz Michał), no to któreś musiały zostać pominięte, bo przerób mam, jaki mam. Potem, kiedy już były nowości dostępne, ja komunistycznym zwyczajem, wciąż kupowałam, jakby ich miało jutro zabraknąć. Cholera, w krew mi to weszło.
  • nie mam zwyczaju, wzorem ludzi w cywilizowanych krajach, kupowania dwóch, przeczytania, kupowania następnych trzech, przeczytania itd. W ten sposób na półkach znajdowałyby się tylko te, które już są zaliczone. Tak robi jeszcze-nie-zięć, kiedy pytam, dlaczego nie kupi, skoro już jestesmy w księgarni, a on czegoś tam poszukiwał, odpowiada - jeszcze nie przeczytałem tych, które mam na stoliku nocnym. Zawsze mnie denerwowało takie gadanie, ale widzę, że w tym szaleństwie, moim zdaniem, a normalności, ich zdaniem, jest metoda.
  • jestem już za stara, żeby zmieniać przyzwyczajenia, chociaż małżon zdołał wyplenić u mnie kupowanie proszku do prania i mydła na zapas (powiedzmy duży zapas). Zostało mi to jeszcze z początku małżeństwa, kiedy to stałam w PDT na Woli po zarówki, a wracałam z kilkoma paczkami proszku IXI, czy E, dumna i blada, bo normalnie też ich nie było w sprzedaży. A


potem je oszczędzałam, ze strachu, że zostanę bez. I podobnie jest z książkami, mam nieuzasadniony lęk, że zostanę bez niczego do czytania. Nigdy się to nie zdarzyło, ale to szczegół. A już na pewno odmawiam sobie tych najlepszych, może inaczej to ujmę, tych przeze mnie najbardziej pożądanych, bo czy dobrych, to już rzecz gustu i czasem złudnych wyobrażeń.

  • kiedy wyemigrowałam z kraju, wysyłki za granicę nie były takie popularne, poza tym bardzo drogie, więc książki wąchałam przez ekran komputera, podczas jeszcze bardziej drogiego połączenia internetowego, bo wtedy, i znowu pewnie trudno to niektórym sobie wyobrazić, nie bylo neostrady, bradbandu, czy jak to się w jakim kraju nazywa, tylko kabel w gniazdko telefoniczne i z prędkością osła z dwukółką ładowały się okładki na ekran. Nikt się nie mógł wtedy dodzwonić, a ja sobie musiałam reglamentować czas połączenia, bo jeszcze córka chciała skorzystać, a przecież nie mogłam pracować li tylko na opłaty za sieć. Wtedy nowości znowu urosły w moich oczach do towaru nad wyraz pożądanego i tak jest do dziś. Trzeba ekwilibrystyki (baardzo trudne słowo), żeby w rozsądnej cenie coś kupić, a to kogoś poproszę, a to zamawiam w Merlinie (bo oni jak do tej pory mają najtańsze przesyłki), jakoś leci, ale zawsze trzeba się nagimnastykować. Nic dziwnego, przynajmniej tak próbuję siebie tłumaczyć, że się zachowuję po otwarciu paczek, czy otrzymaniu zakupów od dobrotliwych znajomych, jakbym widziała w postaci tych książek ósmy cud świata. I wciąż ich przybywa. A w oczach ciągły głód. Czy to już trzeba leczyć? I tak to się dzieje, czytam i kupuję, próbuję czytać szybciej, ale odwiedzam koleżankę i wyjeżdżam od niej z naręczem książek, a zaraz potem idę na spotkanie book club i znowu coś wynajduję w bibliotece. I tyły, wciąż nadganiam, a świetne pozycje czekają, czekają, czekają. Jak to w piosence, którą śpiewał syn w pięciolatkach na święta - waiting, waiting, waiting, waiting, waiting for something to happen very soon... A wybieranie książek to już w ogóle masakra, bo jak czytam jedną, to wiem, co chcę czytać zaraz po niej, a potem chodzę i widziwiam i wciąż jestem niezadowolona, ze tamtą bym chciała, a może tą teraz... Nadmiar jest ze wszech miar męczący i niewskazany, bo człowiek głupieje od niego.Tak sądzę, przynajmniej do czasu, kiedy znowu zajrzę do sklepów internetowych. A teraz są wyprzedaże, przynajmiej na Amazon i na Play imponujące spadkiem cen. Ech.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Struktura odbioru, czyli dlaczego czytam wolno (niestety)

Przy lekturze Cukierni pod Amorem wzięło mnie na rozmyślania o tym, dlaczego czytanie idzie mi w sumie wolno. Przynajmniej w stosunku do innych, zaliczających nowe pozycje z prędkością karabinu maszynowego, tak jest, bo przecież nie będę się porównywać do tych, którzy zaliczają jedną książkę na rok. Ci, co szybko, straaasznie mi imponują. Też bym tak chciała, ale się nie da, po prostu nie i już.
Rozmyślania dotyczyły, jak to sobie roboczo nazwałam, struktury odbioru. Kiedy sięgam po książkę, włącza mi się wewnętrzny film. Czytam o kolejnych bohaterach, którzy wchodzą na scenę historii i muszę koniecznie ich sobie dokładnie wyobrazić, nie pobieżnie typu wysoki, siwy, niska gruba, tylko oni dostają w mojej głowie dokładny wizerunek. Też ich sobie ubieram, każdego dnia inaczej, w zimie i w nocy, na balu i w karocy, na wycieczce i w pracy, dostają ode mnie buty i paltocik, bluzeczkę i spodnie, surdut i mitenki, kalosze i melonik, w zależności od tego, kim są i kiedy ta akcja się dzieje. Słyszę też ich głosy, jedni mówią piskliwie, inni tubalnym basem, dzieci zmiękczają wyrazy, a starsze kobiety mówią niewyraźnie jak to ci, którzy mają sztuczne szczęki, czy braki w uzębieniu. Koniecznie też muszę zaraz ich umieścić w jakiejś przestrzeni, czyli dokładnie wiem, w głowie oczywiście, jak wygląda ich dom, izby i ogród, jakim samochodem jeżdżą i jak wyglądają hotele, zajazdy, restauracje i pałace, w których bawią.
Do tego przydają się dobre seriale i filmy, dają wyobrazenie, jak w rożnych epokach i miejscach, ludzie mieszkali i czym się poruszali. Od dawna już szukam takiego wydawnictwa, które pokazywałoby na obrazach, zdjęciach i rycinach, jak sie ubierali ludzie różnego stanu, w różnych krajach i epokach, to by mi się bardzo przydało.
Kiedy czytam, słyszę tych ludzi, widzę ich, więc nic się nie da przyspieszyć, bo jakże to, dystyngowana hrabina Zajezierska miałaby mówić szybko jak baba z magla?
Ja wiem, że szybkie czytanie polega na tym, że człowiek widzi i czyta jakby całymi paragrafami. Próbowałam i odbiera mi to całą przyjemność. Muszę się więc pogodzić z faktem, że nie zaimponuję nikomu ilością przeczytanych ksiazek w tygodniu. Już nie mówiąc o tym, że mam tez obowiązki, jako zona, matka, pracownik, przyjaciółka, sąsiadka. Obowiązki, ale też wynikające z tego przyjemności, bo być z rodziną i przyjaciółmi to nie kara. Rzadko kiedy mam na czytanie cały dzień, czy chociażby kilka godzin z rzędu, ale za to targam ksiażkę ze sobą wszędzie i jak tylko coś mnie zatrzyma w biegu, siedzenie w poczekalni u lekarza czy w samochodzie pod halą sportową, gdzie trening kończy syn, w samolocie, samochodzie czy autobusie, zaraz wyjmuję ją i czytam. Poza tym lubię też dobre filmy, teatr i czytanie magazynów typu Twój Styl czy Pani, tyg. takich jak Newsweek czy Polityka, a to też kradnie czas książkom. Co wiedzie do puenty, że skoro nie można szybciej, trzeba dokonywać bardziej uważnych wyborów czytelniczych, żeby nie tracić czasu na gnioty. A ja mam coś dziwnego w naturze, że te najfajniejsze ustawiam na półce i sobie ich odmawiam. Odwiedzam je tam, czasem wyjmę, pogłaszczę i odstawiam, a do ręki biorę coś na cito, jakiś egzemplarz do recenzji, niewiele ich dostaję, ale jeżeli to mają niby pierwszeństwo, a to książka polecana przez kogoś, a to z book club, a te, na widok, których dostaję dreszczy z emocji, czekają, czekają, czekają.
Od tego roku koniec z tym. Takie mam postanowienie, ale jak to wyjdzie, zobaczymy w praniu.

A Wy jak czytacie, szybko, błyskawicznie, paragrafami czy wolno, dokładnie, czy przeskakujecie opisy? Ciekawa jestem

sobota, 25 grudnia 2010
Stosy spod choinki wymaszerowały wprost w ręce nasze

(W ZDJĘCIA MOŻNA KLIKAĆ, POWIĘKSZĄ SIĘ)

Jakoś mnie tak dzisiaj od rana ciekawość drążyła, co też ja dostanę pod choinkę? Jeżeli chodzi o te sprawy, to ja nigdy nie dorosłam. Cieszę się jak dziecko, nawet z czekoladek. Jeżeli chodzi o książki, to trochę wiedziałam, co dostanę, bo sobie sama z Merlina, przy okazji prezentów dla męża, zamówiłam. A potem przed samą sobą ukrywałam, dałam córce zapakować, żeby nie mieć pokusy macania i przeglądania zawczasu. Oni się śmiali, bo ja skrzętnie zapominałam, co tam jest, żeby mieć ubaw, kiedy odpakuję. Niestety nie mogłam powiedzieć, żeby oni coś dla mnie z wish list zamówili, bo na polskich stronach tylko ja się wyznaję. Poza tym były tam też prezenty dla córki i męża, więc ktoś musiał być poszkodowany.
Cały dzień chodziłam i wąchałam paczki, nie ma u nas małych dzieci, możemy więc kłaść je wcześniej. Po rozpakowaniu, najpierw wszyscy rzucili się oglądać ich książki, a dopiero potem pozwolili mi zrobić zdjęcia

Na górze stoi box z 4 sezonami Bramwell, serialu o kobiecie lekarzu, która była pionierką w tym zawodzie w UK w końcu dziewiętnastego wieku, kiedy to kobiety nie pracowały w żadnym sektorze, a już w szpitalu to w ogóle.
Obok pudełko dwóch talii kart firmy Piatnik. seria Lady, trochę węższe, idealne do pasjansa i do gry w karty (jak gramy w takie gry, które wymagają wielu kart w ręku, mnie zawsze wypadają).
Poniżej Wasilij Grossman Życie i los. Kupiona dla męża. Ale chyba mi pożyczy, nieprawdaż?
Niżej Manula Kalicka i jej Rembrand, wojna i dziewczyna z kabaretu. Od dłuższego czasu na nią polowałam, była niedostępna, ale chyba wznowili i mam.
Idąc w dół - Teresa Monika Rudzka 'Bibliotekarki'. Dobre recenzje miała, a ja nic jeszcze nigdy o tym środowisku, wiec zwyciężyła ciekawość.
Niżej kolejna cegła - The Distant Hours Kate Morton, jej najnowsza powieść, pięknie wydana w twardej oprawie. Tej powieści się nie spodziewałam. Wprawdzie bąknęłam, że bym chciała, ale była droga i odpuściłam. Zapomniałam. A tu taka niespodzianka.
Ken Follet Upadek gigantów. Lubię koleżkę, a ten okres w powieściach (zaczyna się w 1911 roku, ponad 1000 stron i dwa tomy w zapowiedziach).
Na drugim zdjęciu Mankell i Dogs of Riga, kupiłam to dla Marka, jeszcze-nie-zięcia. Przedstawiłam mu tego pisarza i teraz przy każdej okazji dostaje kolejne.
Niżej Piekary Ja Inkwizytor. Dla Miśki, ale i mąż chętnie czyta, ja jeszcze na Piekarę nie zachorowałam, ale to dlatego, że oni są zawsze pierwsi w kolejce i się nigdy nie mogę dopchac, a potem wciąż coś nowego do czytania.
Pod spodem trzy kolejne tomy Stephena Clarka, o pobycie Brytyjczyka we Francji. Dla córki. Mówi, że ją bawią, a między egzaminami tylko takie powieści jej wchodzą, a że egzaminów ci u niej dostatek, więc jak znalazł. Poniżej Monica Ali i 'Od kuchni', dla męża, i znowu mam nadzieję to po nim przeczytać. A na samym dole, zachęcona dobrymi recenzjami i poinformowana przez Padmę, że powinno się podobać synowi, kupione dla niego Gone. Jak zatrybi, kolejne przyjdą na Zajączka.
Ech, tyle dobra. Idę ukroić ciasta, co go wczoraj godzinami wypiekałam i zabieram się za dalsze losy Cukierni pod Amorem.
Pozdrawiam wszystkich i Wesołych Świąt!!!

Tagi: stosik
00:04, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (19) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Blog Roku 2010, kategoria Kulutra. Zgłoszenie

Biorę udział w konkursie na Bloga Roku. Możecie na mnie głosować klikając na ten obrazek. Jeżeli Wam się podoba oczywiście.

Czy ktoś mi może powiedzieć, jak się taki obrazek umieszcza w bocznej szpalcie?

Jednocześnie zachęcam Was, zeby się zgłaszać.

poniedziałek, 20 grudnia 2010
Želary (2003) - reż. Ondřej Trojan

Film produkcji czeskiej, ze wspaniałą Anną Geislerovą i Gyorgy Cserhalmi.

Obejrzałam go wczoraj późnym wieczorem. Po całym dniu przy komputerze, po emocjach przeprowadzkowych, chciałam wyciszenia. Ten film miałam na twardym dysku nagrywarki DVD od wielu miesięcy. Był u nas w telewizji, w dwójce chyba, więc na pewno można go dostać po polsku. A warto, oj warto.

Nic nie wiedziałam o tym filmie wcześniej, jakoś mi umknął. Wystarczyło mi jednak, że jest produkcji czeskiej, zeby się nim zainteresować. Uwielbiam kinematografię czeską, jak również rosyjską, to już pewnie wiecie. Nadawany był jakoś późno, więc sobie go nagrałam. Całe szczęście, że mnie coś tknęło, żeby zaprogramować zapis, bo byłabym uboższa o niezwykłe wrażenia artystyczne, gdybym go nie obejrzała.

Myślałam najpierw, że to będzie o kobiecie w mieście podczas okupacji, walka w podziemiu itd. Taki nasz Czas honoru w wydaniu żeńskim. Po pierwszych kilkunastu minutach miałam wrażenie, ze to jednak będzie historia miłosna w czasach okupacji, w srodowisku szpitala (pielęgniarka i lekarz) i do tego walka pozdziemna. Jakże się myliłam! Jakże nie doceniłam kinematografii naszych sąsiadów. To znaczy doceniam, ale czasem zapominam, że oni potrafią z każdej historii zrobić majstersztyk nie podobny do niczego przedtem.

Historia przedstawia się tak - Eliszka jest pielęgniarką z abmicjami na lekarza, ale w wojnę zamknęłi akademie medyczne i trzeba było gdzieś się zadekować na ten czas. Jest związana ze zdolnym chirurgiem, mieszkają w dużym mieście. Pewnej nocy do szpitala przywożą mężczyznę po wypadku w tartaku, chirurg go operuje, a Eliszka oddaje mu swoją, zgodna grupowo, krew, gdyż ten jej potrzebuje na cito. Joza, bo tak nazywa się ów mężczyzna, dochodzi do siebie powoli, a w międzyczasie Eliszka uprawia działalność konspiracyjną. Jej lekarz też. I grupa wpada, Eliszka szczęściem nie, ale musi się ukrywać. Towarzysze konspiracyjni oddają ją w opiekę Jozy, który zabiera ją do siebie na głęboką prowincję. Myślicie pewnie - i tu się film kończy, będą brykać po polach i zbierać grzyby do końca wojny. I nie będziecie dalecy od prawdy, wojny chwilowo w tej części filmu nie ma, pobrzmiewa tylko gdzieś w tle, w rozmowach, jest natomiast życie, wybory, emocje, nowe znajomości, nieznane, które przeraża, inny styl życia (lepszy?gorszy?). Życie po prostu, w jego wszystkich przejawach. Och, jak Czesi potrafią o takich rzeczach opowiadać, śmiem twierdzić, że najlepiej.
Kiedy już się rozpłynęłam w tej historii, wyciszyłam - BACH!!! Wielki twist, i wszystko staje na głowie, zaczyna się dziać, migają ludzie, zdarzenia następują lawinowo, aż do wzruszającego i zaskakującego jednocześnie końca.
Ten film to muzyka dla mojej duszy, to coś tak pięknego, mądrego, wzruszającego, że aż trudno znaleźć słowa, aż mi dech zaparło. Nigdy go nie zapomnę, jest długi, ma prawie 2.5 godziny, ale wydawało mi się, że trwał krótko; muszę go koniecznie gdzieś zdobyc na DVD, bo ten nagrany, który mogłabym ewentualnie wrzucić na płytkę, mi się zacinał i nie nadawał się na przechowanie. Jest to zdecydowanie wymarzony prezent świąteczny dla kogoś wymagającego i lubiącego mądre filmy. Dla mężczyzn i dla kobiet. Polecam po stokroć.

PO EDYCJI - Zobaczcie co znalazłam, za małe pieniądze, porównując do innych cen:
Żelary film
Hanulka Jozy książka, na której był oparty

niedziela, 19 grudnia 2010
Uwaga, przenosiny!!!

Kochani. Dobrze mi tu było i nadal bym sobie siedziała pod tym adresem, gdyby nie fakt, że wiele funkcji w bloxie brakuje i nie widzę, żeby coś miało się w najbliższym czasie zmienić. Gdybym czekała dłużej, byłoby coraz trudniej. Przeniosłam się więc na bloggera i rezyduję teraz pod tym adresem

http://www.notatkicoolturalne.blogspot.com/

Wpisałam sobie już wszystkie linki do śledzenia na tamtym blogu, więc nie odchodzę zupełnie, zmieniam tylko adres. Mam nadzieję, że będziecie mnie odwiedzać.

A dla moich bloxowych przyjaciół, tutaj też będę zamieszczać wpisy, żebym zupełnie Wam z oczu nie zginęla, tak jak mnie 'umykały' nowe wpisy blogowiczów na blogspocie.

Nie lubię zmian, więc trochę to odchorowuję teraz.

Do zobaczenia

czwartek, 16 grudnia 2010
Coming Home - Patricia Scanlan

Alison Dunwoody właśnie straciła pracę w sektorze finansowym. Jej szef nie mógł snieść porażki, wpędzenia firmy w tarapaty i faktu, że udziałowcy stracili całe swoje pieniądze, dlatego popełnia samobójstwo. W jednej chwili udane życie Alison - piękny apartament w Nowym Jorku, chłopak jak z reklamy Armaniego, zagraniczne wyjazdy i cały ten blichtr - znika i Alison musi wprowadzić się do małego studia po koleżance, która wyjeżdża za pracą do L.A.

Alison jest Irlandką. Nie widziała swojej rodziny od lat. Zawsze było coś ważniejszego, czytaj bardziej interesującego do zrobienia. Poza tym ciężko pracowała, a święta w USA to nie tydzień wolnego, tylko jeden, góra dwa dni, nie opłacało się jeździć. Ale tym razem nie mogła się wykręcić, bo zblizały się 70 te urodziny jej mamy i przyjęcie niespodzianka dla niej. Bilety kupione jeszcze w czasie prosperity, w pierwszej klasie, żal byłoby nie wykorzystać. A jak bezrobotna, to może równie dobrze zostać i na święta.

Do bloku, gdzie mieszka Alison, wprowadza się nowy lokator, też Irlandczyk - J.J. Budowalniec. Zupełnie inny typ mężczyzny niż ci, z którymi miała do czytnienia wcześniej. Czy będą przyjaciółmi? Wydaje się miły i taki dowcipny, tak dobrze czują się w swoim towarzystwie, chociaż cały czas pozostają w koleżenskich jedynie stosunkach.

Nad wszystkim unosi się oczywiście duch zimy i świąt, bo to taka powieść, którą kupuje się pod choinke siostrze lub mamie. Ja kupiłam sobie sama, bo w ten czas mięknę w zawiasach i lubię poczytać o choince i prezentach i innych takich. Kto wie, może nawet te nieszczęsne Stokrotki w śniegu by mi się podobały?

Powieść mi się podobała. Patricia Scanlan jest moją ulubioną, właściwie jedyną jaką trawię oprócz Binchy, chociaż ona trochę inna jednak, pisarką z gatunku zwanego tutaj Chick Lit. Czyli od babskich czytadeł, o rodzinie, o miłości itp. A do tego temat bardzo aktualny, pewnie nie raz wykorzystywany będzie w tutejszej i amerykańskiej literaturze - a mianowicie, co się dzieje po uderzeniu recesji. Bo my to tu odczuwamy tysiąc razy gorzej niż Europa kontynentalna, za dużo mieliśmy powiązań finasowych i gospodarczych z amerykańską ekonomią.

**************

W ten czas, jako część przygotowań do świąt, uważnie wybieram literaturę, kiedy już wszystko zrobione i już tylko leżeć, pachnieć, czytać, oglądać TV i jeść (a w przerwach spacery z Franiem po śniegu). Jakieś opasłe tomisko lub saga nadaje się najlepiej.  Kącik bożonarodzeniowy do czytania już mam

Z czego wybierać też

, jeszcze jeden regał, połowa tego, jest w sypialni

Mam już kupiony grudniowy Twój Styl, Bluszcza grudniowego niestety nie udało mi się tutaj kupić, poprosiłam córkę w Dublinie, ale nie raportuje, że dostała, więc będę musiała obejść się smakiem. Jeżeli chodzi o wybór powieści, padło na Cukiernię pod Amorem. Specjalnie trzymałam sobie tę sagę na zimę i zaczynam właśnie w tym czasie. Dopiero kilkadziesiąt stron przeczytane, bo mogę tylko wieczorem, zanim stracę przytomność ze zmęczenia, ale już wiem, że wybór idalny.

A wy co będziecie czytać w święta?

środa, 08 grudnia 2010
Mistrz - Andy Andrews

Kiedy dostałam maila z wydawnictwa Otwartego z propozycją przeczytania tej ksiażki przyklasnęłam z entuzjazmem. Dlaczego? Bo spodobał mi się sposób promowania tej książki. Wysyłają dwa egzemplarze, jeden mam podarować osobie, która moim zdaniem tego potrzebuje.

Zaraz zaczęłam się zastanawiać komu? Poczytałam w internecie o autorze, o tej powieści i już wiedziałam, gdzie ona powinna pójść. A mianowicie do LOTTY, która nie tylko jest blogową koleżanką, ale i mieszka niedaleko mnie i miałam okazję ją poznać. A dlaczego ona? Bo uważam, że takie książki są adresowane do ludzi w trudnym momencie swojego życia albo na początku drogi, a Lotta właśnie rozpoczyna swoje dorosłe życie, mężatki, pewnie za jakiś czas matki, wiele przed nią decyzji, wyborów i potrzeba jej takiego back-up'u - sięgnie i ma, jak znalazł.

Cóż to za powieść?  Wielu kojarzy ją z Alchemikiem, wyśmiewanym ostatnio, ale nie oszukujmy się,kiedy się ukazał, wielu ludziom odmienil zycie. Znam takich. Sama wprowadziłam zmiany pod jego wpływem. W szczegóły wchodzić nie będę, ale uwierzcie mi na słowo, że były one znamienne, trwałe i bardzo potrzebne w tamtym czasie.

Można też powiedzieć, że jest ona zakamuflowanym, albo nawet i nie, poradnikiem psychologicznym połaczonym z przypowiastką filozoficzną.  Wszystko sprowadza się do tego, że niezależnie jak trudno jest nam w życiu, co właśnie przechodzimy, jak beznadziejna wydaje się nam sytucja, zawsze można spojrzeć na to z innej perspektywy, co może wskazać nam wyjście, o którym wcześniej nie pomyślelibysmy wcale.

Starszy człowiek z walizką pojawia się nagle, nie wiadomo skąd i swoim stoickim spokojem i dobrymi radami pomaga ludziom na rozdrożu. Nie wywarza otwartych drzwi, nie odkrywa Ameryki, po prostu w prostej, przyjacielskiej rozmowie, przypomina ludziom o tym, co ważne, o tym, ze czasem trzeba się odwrócić od ściany, w którą walimy głową i zobaczyć pełen obraz możliwości. Tylko tyle i aż tyle.

Książka, która osobom zadowolonym z siebie, z życia jakie wiodą, szczęśliwym i spełnionym niewiele da, może poza przypomnieniem, że powinniśmy być wdzięczni za dobrą passę i nie traktować tego, jakby nam się należało. Dbać o swoje szczęście po prostu.

Natomiast ci, którzy są pogrążeni w cieniu rzucanym przez różne trudne okoliczności czy niezadowoleni są z kierunku, w jakim idzie ich życie lub ci, którzy jak Lotta, dopiero będą musieli sprostać wielu trudnym sytuacjom, podejmować wyzwania, czy odnaleźć się w meandrach życia - mogą potraktować tę historię jak drogowskaz czy nawet chwycić się jej jak tonący brzytwy, w zależności od potrzeby.

Troche kręciłam nosem, przyznam się teraz. Poradników nie czytam z zasady. Poza tym wydaje mi się, że odnalazłam spokój wewnętrzny i dla siebie i swojej sytuacji życiowej mądrość, która mi pomaga żyć, a co za tym idzie, nie mam juz potrzeby na takie książki, ale o dziwo zdzierżyłam i to z przyjemnością. Pewnie dlatego, że cały czas miałam na uwadze to, że jest masa takich ludzi, którzy znajdą w niej siłę.

czwartek, 02 grudnia 2010
Zielony trabant - Gacek i Szczepańska

No dobra, biję się w piersi, będę narzekać, ale sama jestem sobie winna.

Audiobooki dostaję od koleżanki, taki mamy układ - ja jej papierowe, ona mi do słuchania. Postanowiłam już dawno, że nie będę wybrzydzać, wezmę co mi daje, takie jajko z niespodzianką.

Nie, żeby mi się tak całkiem ta powieść nie podobała, to nie to, ale już mi bokiem wychodzą te historyjki o młodych, zawiedzionych, poszukujących swojego miejsca w zyciu, babeczkach.

Dwie siostry dziedziczą hotel po ciotce komunistce, która pracowała na państwowym. Galerię postaci dopełnia matka, powalona na łeb aktorka, wuj niezwykły oryginał, ogrodnik wiecznie naburmuszony i w złym humorze (ale nigdy nie dowiadujemy się co go takim uczyniło), kierowniczka wkrótce była, kucharz po trzydziestce z pasją, nadal przy mamusi, kilku bandytów i zielony trabant z historią miłosną w tle.

Wiele wątków jest jedynie zarysowanych, najgłowniejszy to urządzanie się w hotelu, próba jego prowadzenia i wątek kryminalny. Niby wszystko gra, nie ma do czego się przyczepić, ale powieść mnie nie porwała, nie wstrząsnąła, lekuchno jedynie rozbawiła.

I znowu - młodym polecam, młodym inaczej odradzam. No i dla wymagajacych rada - omińcie na ladzie w księgarni i szukajcie dalej. Przy tych cenach ksiażek lepiej wydać pieniądze na coś innego.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!