O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
czwartek, 31 grudnia 2009
"Księżniczka" - Andrzej Pilipiuk

Jessssu! Jak ja się zawiodłam na tej książce! Wiem, nie można się było spodziewać, że to będzie dzieło, ale myślałam, że przynajmniej się ubawię czytając o wyczynach wampirzycy, nieśmiertelnej i byłej agentki CBŚ. Mimo wpadki musiałam ją skończyć, bo jest jeszcze trzecia w serii, podobno najlepsza. Nie mogę uwierzyć, że mnie taki gniot dosięgnął na koniec roku!

Jak dla mnie za dużo chemii, alchemii właściwie, już nie mogłam czytać, co tam facet domieszał, spiłował (aaa, bo jeszcze płatnerstwo było przedstawione dokładnie), podgrzał, uzyskał, wymieszał, rozsmarował, wygiął itp. Ktoś kogoś wciąż chciał zamordować, ale napięcia, grozy tam nie było żadnej. Tyle emocji, co przy opiesie smarowania kromki chleba masłem. Fragmenty odnoszące się do historii starożytnej, zwyczajów zycia prywatnego, a to jak się nosiły panienki kiedyś, czy się myły, czy nie, czym oświetlali pomiesczenia, takie drobiazgi, fajne, reszta do kitu - niepotrzebna, nic nie wnosząca do historii o trzech dziewczynach, massa tabulette, do tego kwaśna i niesmaczna. Mam nadzieję, ze trzeci tom odkupi winy drugiego. Jak mniemam, każdemu zdarza się słabsza powieść, może Pilipiuka terminy goniły i leń dopadł? Nie wiem, ale dużo poniżej jego możliwości.

Miałam nadzieję na zimowe czytadło przy kominku, miało być bajecznie i ujutnie, miałam się wyciszyc po miesiącach pełnych stresu, a adrenalina mi skoczyła i kilka dni pomstowałam głośno, jak tylko okładkę ujrzałam.

wtorek, 29 grudnia 2009
Cranford - serial BBC oparty na powieści Elizabeth Gaskell

Kolejny serial BBC, który mnie zachwycił. Mimo, że wszystko to już było, okazuje się, że najbardziej lubimy filmy, które już raz widzieliśmy, hihi. A kiedy ogląda się te oparte na powieściach XIX wiecznych, nie można się spodziewać niczego poza tym, że na pewno będzie małe miasteczko, jakieś stare panny, najpewniej siostry, żyjące razem, z czego jedna ma ochotę na zamążpójście, a druga udaje, że nie. Są też wdowy próbujące przeżyć za grosze i nie spodziewają się już niczego ekscytujacego w ich zyciu, ale czasem się mylą i pokazuje się na horyzoncie jakiś ciekawy wdowiec lub emerytowany wojak, który chciałby osiąść przy ciepłej kobietce. Oczywiście nie może zabraknąć młodzieńców, a to lekarza, a to wikarego, którzy przywołują palpitacje serca u panien na wydaniu, za każdym razem, kiedy pokażą się w towarzystwie. Panny oczywista, robią sobie nadzieje, każde spojrzenie odczytują jako wyznanie miłości, wiele jest przy tym gierek, gry pozorów i pomyłek. Śmiesznie jest, ale jest i smutno. Ja zawsze mam na podorędziu pudełko chusteczek, bo ledwo się do jakiejś postaci przywiążę, ta umiera albo ma wypadek i strasznie jej to komplikuje życie. Większość problemów krąży wokół matrimonium, umierania, chorób i pieniędzy, ale czyż w tych czasach nie jest dokładnie tak samo, tyle, że nowocześniej. Bo w dziewiętnastowiecznej Anglii dużą rolę odgrywały też konwenanse i to, co nam się wydaje normalne, dla nich było nie do pomyślenia, jak na przykład fakt, że dama nie mogła iść za trumną na cmentarz, powinna zostać w domu, a w ostatnią drogę zmarłego udawali się wyłącznie mężczyźni. Tutaj dodatkowo do cichego i oddalonego od wielkiego świata Cranford dobija się kolej żelazna, ma ona wielu przeciwników, wiele budzi niepokoju i sieje panikę w sercach spokojnych ludzi.

Angielska telewizja zrobiła prezent dla wiernych widzów tych seriali i nadali w święta dwa specjalne epizody. Jakże ja się ucieszyłam z tego. Oczywiście sobie je nagrałam i jeszcze nie raz będę do nich wracać.

Nie wiem czy powieść Gaskell o tym samym tytule była przetłumaczona na polski, nie wiem, czy ten serial jest z napisami, czy lektorem, ale jeżeli tak, polecam go z całego serca. Już nie mówię o tych, którzy znają język angielski, to absolutne must-see dla wszystkich wielbicieli Jane Austen, sióstr Bronte i tego typu powieści

Dla tych, którzy przeczytali powieść, chciałabym dodać, że serial jest oparty nie tylko na tym tekscie, ale też na dwóch innyc opowiadaniach (o doktorze przybywającym do miasta i właścicielce ziemskiej żyjącej w dworze) i na dwóch epizodach z życia samej Gaskell, dopiero to wszystko zostało umiejętnie połączone w jedną całość.

Można o tym posłuchać i podejrzeć proces tworzenia serialu na You Tube TU i TU oraz Making of Cranford part 3 TU

niedziela, 27 grudnia 2009
Muzykoterapia

Najlepiej myśli mi się pod prysznicem. Woda zalewająca twarz i uszy odgradza mnie od rzeczywistości – jestem tylko ja i moje myśli.

Jeśli tylko nikomu nie przeszkadzam, towarzyszy mi głośna muzyka. Ten, kto wymyślił sypialnie en suite, czyli łazienka przy sypialni, był geniuszem.

Wybór repertuaru to oddzielny rytuał, w zależności od nastroju – dzikie rytmy kubańskie, romantyczne piosenki w rytmie foxtrotta czy slow-foxa, jak kto woli, innym razem stu skrzypków grających tańce węgierskie lub poezja śpiewana. Jedna muzyka zagłusza niedobre myśli, odgania lęki, inna wręcz na odwrót, zmusza do przemyślenia pewnych spraw, nawet gdyby miało boleć.

Tym razem był to Sting. Stoję więc pod strugami wody, a on śpiewa Fields of Gold:

 

You'll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley
You'll forget the sun in his jealous sky
As we walk in the fields of gold


A ja widzę te złote pola na wsi u mojej szwagierki i czuję, że zaczynam się rozklejać, czuję pieczenie pod powiekami i już wiem, że nie powstrzymam łez, że one muszą popłynąć, bo to taki czas nadszedł. Wiosna przywołuje do porządku naturę, każe jej się obudzić, zapachy bombardują komórki pamięci, a te znowu przywołują wspomnienia i nostalgia gotowa.

Jakby tego było mało na te wzruszenia, słyszę zamyśloną trąbkę Marsalisa i fantastyczne wstawki na fortepianie i już wiem, że nadchodzi „Englishman In New York”:

 

It takes a man to suffer ignorance and smile                      
Be yourself no matter what they say                       

I'm an alien I'm a legal alien
I'm an Englishman in New York
I'm an alien I'm a legal alien
I'm an Englishman in New York

(…)

Confront your enemies, avoid them when you can
A gentleman will walk but never run

 

Jestem obcy w Nowym Yorku, mam inny akcent, lubię moje tosty przypieczone z jednej strony, nie piję kawy tylko herbatę; trzeba prawdziwego człowieka, żeby był w stanie znieść ignorancję z uśmiechem, żeby pozostał sobą, nieważne, co mówią inni, nie bój się konfrontacji z wrogami, ale unikaj ich, jeżeli możesz, gentleman zawsze odchodzi, nigdy ucieka - śpiewa Sting, a ja już płaczę na całego, bo ileż to razy przyszło mi tu zgiąć karku, kiedy gorsi, ale miejscowi zbierali pochwały za to, co ja zrobiłam, kiedy z cierpliwością i pokorą trzeba było dochodzić do lepszego stanowiska, a ludzie wokół, tak przecież życzliwi, nie wytrzymywali zniewagi, że z Polski przyjechała i rządzić nami będzie. A co gorsza pierwsi do wbicia noża w plecy często okazywali się Polacy!

Trąbka uspakaja, tuli przytulnym dźwiękiem, kołysze zmęczoną, może troszkę nadwrażliwą duszę, a Sting przypomina jak delikatni czasami jesteśmy, nawet, jeżeli udajemy mocarzy:

 

Tomorrow's rain will wash the stains away
But something in our minds will always stay

(…)

On and on the rain will fall
Like tears from a star like tears from a star
On and on the rain will say
How fragile we are how fragile we are

 

Śpiewam na głos wraz z nim, daję sobie przyzwolenie na ten smutek, bo moje serce, takie mężne, czasami jest kruche jak porcelana. Kiedy tak śpiewam o deszczu z nieba, jak gwiezdne łzy, przypominającym o tym jak delikatni jesteśmy, wiem, ze nie jestem odosobniona w tych uczuciach. Już nie płaczę, wychodzę spod wody i czuję się jak Feniks powstały z popiołów. Poczucie nadnaturalnej siły, paradoksalnie czerpanej ze słabości, potęguje się z każdym oddechem. Jestem gotowa do podjęcia kolejnych wyzwań, do przyjęcia kolejnych ciosów, bo wiem, że już wkrótce nadejdzie i sukces. Czuję to w powietrzu. Poza tym wyraźnie widzę, co osiągnęłam, ile mam powodów do szczęścia, już żadna kurtyna tego mi nie zasłania. Podoba mi się to uczucie. Już nie czuję się spętana smutkiem.

Dajcie sobie czasami, tak jak ja to zrobiłam, przyzwolenie na żal, złość, na zwątpienie, tęsknotę i nostalgię. Wyrzućcie to z siebie. Nie pozwólcie, żeby te uczucia zagościły w Waszych sercach na stałe, bo działają jak trucizna i odbierają siły do codziennych zmagań z rzeczywistością. A tego przecież nie chcemy.

Tagi: muzyka
22:55, kasia.eire , USB Winyle
Link Komentarze (10) »
piątek, 25 grudnia 2009
Mikołaj przybył!

Wszyscy śpia, a ja jeszcze siedzę i przeglądam świąteczne książki od Mikołaja. Nie wszystkie moje, ale jak powiedziałam, że robię zdjęcie, wszyscy chcieli, żeby ich książki też się tam znalazły.

Tak więc od góry patrząc:

1. Michaliny, mojej córki, Moleskine ode mnie. Powiedziała, że trzeba go tam położyć, bo to przecież notes z tradycjami, produkowane są one od ponad 100 lat, Hemingway w takich notatki robił, Picasso sketcze, kto wie, ile książek (zalążków chociaż) zostało w podobnym zapisanych i wykorzystanych do druku?

2. Dwa filmy Priceless ( polski tytuł to chyba Miłość nie przeszkadzać), z Audrey Tatou, ktora gra dziewczynę, która zawodowo trudni się podrywaniem facetów w celu wycyckania ich z jak największej ilości pieniędzy, zgłasza się do niej chłopak, że niby chce się nauczyć tej sztuki, a się w niej zakochuje. Coś w tym stylu, nie widziałam jeszcze. Drugi to The September Issue, paradokumentalny od wrześniwoym numerze Vogue, jak powstawał i jak to się tam robi. Tak wynika z okładki.

3. Inside Delta Force - dla mojego syna, który uwielbia serial The Unit, a to na podstawie tej książki między innymi, on powstawał

4. George RR Martin 'Gra o tron' i 'Starcie Królów' - dla mojego męza (przeczytałam u Kalio recenzję i wiedziałam, że musze to dla niego zdobyć), bo uwielbia takie powieści, ale przecież i ja od nich nie stronię, więc też dla mnie, ale o tym szaaaa

5. Małgorzata Gutowaska-Adamczyk 'Serenada' - lubią tę autorkę za powieści dla młodzieży, ta jest pierwsza dla dorosłych, która wpadła mi w ręce, cieszę się na jej przeczytanie

6. Magda Szabo 'The Door' - przeczytałam o niej u chihiro i musiałam po prostu mieć (sama sobie kupiłam pod choinkę, a co...)

7. Susan Hill 'Howards End is on the Landing' - tę wyczaiłam u padmy i też był to absolutny must-have (podarowana przez córkę)

8. Stieg Larsson 'Zamek z piasku, który runął' - to jest prezent z serii 'dla całej rodzinki' w tym roku w komplecie z najnowszym Harrym Potterem, który już został wyniesiony przez syna na górę

9. Stephanie Meyer 'Breaking dawn' - głównie dla Wojtka, syna, ale i dla córki, ja ograniczyłam się do oglądania filmów.

10. Joanna Kalicinska 'Fikołki na trzepaku' - gadajcie sobie co chcecie, ja Kalicińską lubię i już. Mam nadzieję, że się nie zawiodę sromotnie. Moj prezent, razem z Serenadą, kupiony dla samej siebie, zamówiłam wraz z innymi tytułami, a potem ją sama przed sobą chowałam do czasu świąt. Żałosne, ale w innym wypadku nie dostałabym żadnej książki, muszę sama lub powiedzieć wprost jakie kupić, w innym przypadku boją sie podejmować takie decyzje

11. Gregory David Roberts 'Shanataram' - kupilam dla męża, przyjaciel kupil dla mnie, mamy teraz każde swoją, hihi. Wiele o niej słyszałam, nieźle się musiałam, żeby ją zdobyć. Bardzo jestem jej ciekawa.

Wiele szumu i radości było przy rozpakowywaniu prezentów. Cieszę się, że udało mi się wszystko tak zorganizować i kupić, mimo wielu przeciwności losu, jak sobie wymarzyły moje dzieci.

W domu cisza, słychać tylko tykanie zegara, popijam napój, który jest połączeniem kompotu z suszu i grzanego wina (taki nasz wymysł), i przeglądam książki. Hmm, za którą wziąć się najpierw? Mąż już dorwał Larssona, córka druga w kolejce, więc ta odpada. Mam problem, chyba pomyślę o tym jutro.

Kochane dziewczyny i chłopaki, jeżeli takowi tutaj zaglądają - Wesołych Świąt Wam życzę!

 

środa, 23 grudnia 2009
Próbki cierpliwości - niesforne myśli czytelnika luksusowych magazynów kobiecych

Padłam ofiarą dodatków do gazet i jak to zwykle ofiara, zorientowałam się, kiedy było za późno. Podczas kolejnego przeglądania zasobów łazienki, zostałam zaatakowana przez masę jednorazowych kremów działających cuda, jedynych w swoim rodzaju-tylko spróbuj-nigdy nie przestaniesz balsamów do ciała, no i oczywiście szamponów z odżywkami w komplecie lub co gorsza bez, wtedy nie wiadomo co robić, jaką dobrać, żeby była odpowiednia? Jakby to było ważnie.

W takiej sytuacji stanęłam przed wyborem – wyrzucić czy zużyć?

Wrodzony zmysł oszczędności mi mówi – nie wydasz na to, będziesz miała więcej na książki i filmy oraz inne przyjemności (taki specyficzny ten mój zmysł). Z drugiej strony pomyślałam, że zużyć taką masę „reklamówek” może być zadaniem ponad moje siły, ale po namyśle uznałam, że próbę trzeba podjąć.

Od rana wprowadziłam plan w życie. Prysznic. Zaczęłam od mycia głowy, wyselekcjonowane próbki z szamponami i odżywkami miałam już wcześniej wetknięte na stojak wiszący w środku. Stoję na golasa pod strugami wody (nie bądźcie tacy zgorszeni, przecież nikt w ubraniu się nie myje) i próbuję otworzyć pierwszą saszetkę z szamponem. Szarpię, ciągnę, ręce mi jeżdżą po śliskim opakowaniu, masakra. Wychodzę z kabiny sięgnąć po nożyczki, mało się nie zabiłam, bo mokre stopy rozjechały mi się na posadzce, każda w inną stronę. Gdybym zginęła śmiercią tragiczną w imię oszczędności pochowaliby mnie chyba w Krakowie i pomnik piękny wystawili, bo oni to cenią.

Wracam uzbrojona, sięgam po szampon i tu druga kłoda pod nogi, bo nie wiem, który wybrać? Czy Nivea, ale czy ja mam do niego pasującą odżywkę? A może Dove, ale mam tylko jeden, a potrzebuję przecież minimum dwa. Ale czy dwa, czy więcej, bo ile tam może być szamponu? Po namyśle, wcale nie krótkim, bo zdążyłam zmarznąć, stwierdziłam, że to chyba wszystko jedno, bo mam poważne podejrzenia, że te wszystkie zawężenia w opisie stosowania do włosów farbowanych, krótkich, niesfornych, suchych, z łupieżem/bez lub zniszczonych itd., to bałach. W rzeczywistości wszystkie są takie same, bo jak niby mielibyśmy sprawdzić czy tak nie jest? Biorę, więc byle jaki, dla mnie to szczyt rebelii, bo zwykle mam nabożne podejście do słowa pisanego, a tu taki wyłom! Wprawiło mnie to w dobry humor i nie wiem, dlaczego, rozpruwając opakowania, zaśpiewałam bojowym głosem „przejdziem Wisłę, przejdziem Waaaartę, będziem Polakami…” Wycisnęłam zawartość na mokry łeb, macam, o kurczę prawie nic nie ma, więc sięgnęłam po drugi szampon i tu już mój repertuar przerodził się w pieśni bojowe, bo się zeźliłam. Jakoś przebrnęłam przez te wszystkie ablucje, ale hola hola, jeszcze odżywka. Próbuję czytać maleńkie literki informujące o działaniu, bo ja nie reformowalna jednak jestem, ślepię, wgapiam się i jak było do przewidzenia, używam mimo wszystko. Sunsilk minutka rozprowadzona, więc mam masę czasu, żeby się umyć. Szukam w próbkach płynu pod prysznic i znajduję Zpevňujici sprchovỳ gel, czyli ujędrniający żel, ale to określenie znajduję dopiero na trzecim miejscu, za tym powyżej i węgierskim, na którego napisanie brakuje mi znaków. Dlaczego na trzecim? Zadumałam się, a woda leeeeeci. Sprochovỳ gel miałam tylko jeden, więc musiałam popracować, żeby się uwydajnił i starczył na całe mycie. Uffff, ale się zmęczyłam tym wszystkim. A to dopiero początek.

Na drugi ogień poszedł balsam do ciała. Czy powinnam użyć klonowego intensywna pielęgnacja suchej skóry, czy winogronowego nawilżajaco-odżywczego, a może melonowego wyciśnij owoce do ostatniej kropli (mniam)? Ten ostatni wydał mi się adekwatny do słonecznej pogody i mojego narastającego rozbawienia całą sytuacją.

Dobra, na trzeci ogień haha, poszła twarz i tu już moje rozbawienie przybladło. Jakim cudem, do cholery jasnej, nie znając francuskiego, na marginesie próbki są z magazynów polskich, mam wiedzieć, do czego one są? Soin profond peau sèche au sphingo-lipide breveté, czy Soin reconstituant profond spf 15, a może Liftactivpro special peaux sèches soin pro-fibrant anti-redes et fermeté? Raz kozie śmierć, wzięłam ten ostatni, bo lift i aktiv, tylko mnie te fermete na końcu zmartwiło, bo nie chciałabym, żeby mi twarz sfermentowała.

Na koniec mycie zębów, to już betka. Wycisnęłam z pomocą szczypiec do depilacji brwi tę odrobinę pasty z saszetki, szczoteczka mi się podczas tej czynności dwa razy wywróciła, umazała całą umywalkę, więc musiałam jednak wziąć pastę z tubki, umyć zęby, wyszorować szczypce, umyć umywalkę i kubek, o który opierałam szczotkę i po sprawie. Dumna z siebie rozejrzałam się wokół i oczom moim ukazało się pobojowisko. Wszędzie walały się pozwijane w rurkę saszetki po próbkach, odcięte ich kawałki, a pod tym wszystkim nożyce i inne sprzęty, żeby to cholerstwo otworzyć i wycisnąć. Rzuciłam się więc do sprzątania, co zajęło mi wieki. I niech mi ktoś powie, że kobiety mają łatwe życie!

Na koniec oświadczenie – próbkowym skrytożercom czasu mówimy NIE!!!

sobota, 19 grudnia 2009
Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi - Toby Young

Toby Young napisał świetną i prześmieszną książkę o tym, jak ponosił porażkę za porażką, w tym najbardziej spektakularną, ustratę pracy w tempie rekordu Guinessa w Vanity Fair. O tej książce mówiło się tutaj, że jest skandalizująca, bo obnaża błagość i głupotę świata showbiznesu.

Prawda jest taka, jeżeli nie macie w sobie za grosz poczucia humoru w stylu brytyjskim, czyli absurdalnym jak Monty Pyton czy Kabaret Mumio, nie zrozumiecie ani książki, ani filmu. Znaczy jesteście po drugiej stronie światła, czyli w grupie tych, którzy tego faceta, kiedy pojechał do USA, nie zrozumieli ani w ząb, traktowali jak głupka i popaprańca. Jeżeli natomiast macie w sobie ten pierwiastek szaleństwa i absurdu, zobaczycie w tej opowieści historię człowieka, który jest obcym ósmym pasażerem promu kosmicznego zwanego Ameryka, nie odnajduje się tam ze swoim być bardziej niż mieć, co powoduje szereg sytuacji, które doprowadzają do wielkiej, spektakularnej katastrofy.

Z drugiej strony nie można powiedzieć, że autor, czyli Toby Young wyleciał z Vanity Fair, bo Anglolom wśród Amerykańców jest trudno zyć. O nie, on jest bardzo utalentowany i wyleciał też z The Times, Guardiana i Independent (a to przecież Londyn), poza tym został zaproszony do Los Angeles, żeby tam zamieszkać i pisac scenariusze, przeprowadził tam całą rodzinę i spektakularnie wyleciał z pracy, co skutkowało ponowną przeprowadzką back.  Czyli WIELKI TALENT. Cóż było robić, czas naglił, pieniędzy coraz mniej, napisał więc o swoich porażkach i wyjątkowym talencie do zrażania sobie ludzi, mimowolnego, bo nigdy tego nie chciał, chociaż? Języczek, jak każdy Angol ma dosyć uszczypliwy, w jego przypadku to mogło być - nie chcem, ale muszem, bo taka moja natura, bierzcie mnie takiego jakim jestem.

Pierwszy raz obejrzałam film i pomyślałam - no fajny, może być. Ale niedawno, podczas prasowania, znowu natrafiłam na niego na Canal+ i obejrzałam go nie tylko z wielką przyjemnością, ale tym razem głośno i donośnie zaśmiewając się do łez. I wcale mi do śmiechu nie było, w sensie nastroju jakiegoś krotochwilnego, wręcz przeciwnie, w jakieś doły ostatnio wpadam, a tu taka niespodzianka. Były takie sceny, takie teksty, bo one są tu równie ważne, jeżeli nie najważniejsze, gdzie aż mnie zatykało ze śmiechu. Oj potrzebne mi to było bardzo.

Tym bardziej doceniłam intelignecje autora, fantastyczny zmysł obserwacyjny (jakże on te gwiazdy i gwiazdeczki oraz ich promotorów świetnie pokazał!) i właśnie te fantastyczne, jakże angielskie, dialogi.

Zachęcam do sięgnięcia po powieść, bo w niej jeszcze więcej smaczków, prawdziwe nazwiska i nazwy miejsc w Nowym Jorku. No i nauka dla nas wszystkich - jak upadek, porażkę przeobrazić w sukces.

Tobiego Younga gra mój ulubiony aktor brytyjski Simon Pegg (Hot Fuzz) i jest tam świetny.

Aaa, i jeszcze jedno, z okazji premiery filmu słuchałam w radio długiego wywiadu z autorem książki, jechałam akurat z jednego miasta do drugiego, dwa razy ze śmiechu musiałam zatrzymywać samochód, bo nie byłam w stanie prowadzić, on jest dokładnie taki, jak w książce, nic nie ściemniał. Bardzo ciekawe, facetom raczej się nie zdarza mówić o sobie tak, jak on, przecież niektórymi rzeczami nie ma się co chwalić. No chyba, że jesteś Brytyjczykiem, oni mają dystans do siebie i do świata, można by się od nich tego uczyć.

środa, 16 grudnia 2009
OPOWIEŚCI WIGILIJNE

Franiu robi korektę moich wpisów, za kazdym razem, kiedy odchodzę od kompa, siada i wącha, co napisałam.

Idą święta, najlepsze z tego wszystkiego jest czekanie, strojenie domu i czytanie opowiastek świątecznych i magazynów pełnych wyjątkowych przepisów i historii o świętach. W tym roku podczytuję zbiór "Opowieści wigilijnych" popularnych autorów polskich.

Nie jest to może szczyt literackich możliwości, nie jest to może lektura wybitna, ale przyjemnie się te opowiadanka czyta i nie ma się co czepiać. A jeżeli robi się to siedząc przy ustrojonej choince, przyjemność jest wielka.

W tym roku nie mamy czubka, poza mną, ale na choince nie, nie mamy też gwiazdy, bo choinka miała pięć czubków, czyli po jednym na każdego członka rodziny liczac psa. Podjęliśmy więc decyzję, że zamieszkają tam na okres świąt anioły.

A czy Wy znacie jakieś piękne powieści o tematyce świątecznej?

Ja kilka lat temu czytałam zbiór opowieści mojej ukochanej pisarki Maeve Binchy "W tym roku będzie inaczej".

Ubolewam jednak, że poza jedną z cześci Jeżycjady Musierowiczowej, nigdy nie trafiłam na powieść, która by się działa w tym czasie i wprowadziłaby mnie w nastrój świąt. Nie żebym bez tego nie mogła żyć, ale fajnie by było coś takiego poczytać.

Liczę więc na Wasze doświadczenie i podpowiedzi.

wtorek, 15 grudnia 2009
"Taryfa Księżycowa" - Ildiko von Kurthy

Ildiko von Kurthy poleciła mi dziennikowa koleżanka blueberry i to był strzał w dziesiątkę.  Dawno się tak nie uśmiałam czytając współczesną powieść.

Bohaterką Taryfy księżycowej jest kobieta trzydzieści i trochę. Jest sobotni wieczór, a ona siedzi w domu i czeka na telefon od pewnego przystojnego lekarza, bardzo liczy na to, że zadzwoni. Jednocześnie czuje się jak looserka, bo wszystkie laski w sobotni wieczór szaleją 'na mieście' w klubach, a ona czeka i się zastanawia, czy facet do niej zechce się odezwać. A dlaczego właściwie ona nie miałaby do niego zadzwonić, przecież jest nowoczesną dziewczyną i to nie wstyd. A może jednak to nie wypada? Akcja dzieje się w ciągu kilku godzin oczekiwania, jej przemyślenia na temat związków damsko-męskich, swojego życia, podejścia do pewnych spraw mogłyby być nudne, gdyby nie to, że Ildiko von Kurthy jest świetną pisarką, była dziennikarką, jej język jest żywy i niezwykle, naprawdę nieeeezwykle dowcipny i inteligentny, a jej sposób widzenia świata, opisywania rzeczywistości spostrzegawczy i zadziorny. Uwielbiam ją za to ostre a jednocześnie śmieszne widzenie świata. Nie raz uśmiałam się do łez w pełnym tego słowa znaczeniu. Polecam ją całym sercem, sprawdziłam, że jest dostępna na Allegro za małe pieniądze, więc warto jej dać szansę, jeżeli jej jeszcze nie znacie.

niedziela, 13 grudnia 2009
Medicus - Noah Gordon

Było już kilka wydań tej powieści w Polsce, więc i okładki mogą być różne. Ta pochodzi ze strony Merlina, gdzie tak wydana widnieje w ofercie sprzedaży. Jest kilka książek, które pomagały mi w radzeniu sobie w trudnych chwilach, kiedy byłam smutna, czy w jak wypadku tej książki, tęskniłam za męzem, który wyjechał do Irlandii, a ja sama zostałam, i to przed świetami, z dwójką dzieci i było mi bardzo, ale to bardzo smutno. Wtedy dużo czytałam, żeby nie myśleć i nie desperować.

Kiedy przychodzi ten czas, początek grudnia i mroźne dni, mnie się to kojarzy z "Medicusem" mojego ukochanego pisarza - Noaha Gordona. I z zapachem krojonych jabłek, bo sobie przygotowywałam talerze całe tychże właśnie i zajadałam czytając historię o młodzieńcu, który chciał zostać dobrym lekarzem.

A był to wiek XI, gdzie więcej było szalbierstwa i niewiedzy w tej dziedzinie, gdzie upuszczało się krew, czy trzeba, czy nie, a rany przypalało żelazem, co akurat nie było takie głupie.  Młody człowiek, sierota, towarzyszy medykowi w średniowiecznej Anglii. W pewnym momencie orientuje się, że ma dar, może wyczuć, kogo można uleczyć, a kto już szans nie ma. Ale nie potrafi tego robić i wie, że niestety medyk, jego opiekun, też nie ma pojęcia jak to się robi. Słyszał młodzieńiec, że jest w Persji słynny lekarz Awicenna i szkoła medyczna, gdzie można zgłębić tajniki tej wiedzy, ale dostęp do niej mają tylko Arabowie i Żydzi. Postanawia udawać Żyda, co grozi w każdej chwili śmiercią i udać się w podróż do Persji. My czytelnicy mu w tym towarzyszymy. Dzieje się wiele, nie ma miejsca na nudę.

Noah Gordon sam jest lekarzem i większość jego powieści jest o ludziach zajmujących się tą profesją. Jest też Żydem, więc wie o czym mówi. Napisał kilka zajmujacych i przejmujących powieści, które tutaj po kolei, co jakiś czas, bedę prezentować. Wiem, że jesteście dziewczyny oczytane i zapewne je znacie, ale jak sie przekonałam, że zawsze najdzie się ktoś, kto jeszcze o tych pozycjach nie słyszał, więc może warto jednak wspomnieć. Bo o nowościach to bez łaski, każdy słyszy i czyta w sieci, ale starsze, jednakowoż nadal wznawiane, muszą być czasem wywlekane na światło dzienne.

Kocham tę powieść jak przyjaciółke, która wyciąga z doła, a czas z nią spędzony wspominam, jako jeden z najpiękniejszych.

wtorek, 08 grudnia 2009
"Nie zabijać pająków" Irena Matuszkiewicz

Nie zabijac pająkówPierwsza powieść tej autorki, którą wzięłam do ręki. Nie wiem, dlaczego mnie zainteresowała, ale ma coś z klasycznych kryminałów Agaty czy Gardnera; przypomniały mi się obozy narciarskie, na których, oprócz jeżdzenia na deskach, picia Ratafii, jedzenia draży pomarańczowych, podczytywałam pożyczone od żony instruktowa powieści detektywistyczne.

Nie dzieje się niby nic. Nie ma fajerwerków, takie morderstwo w starym stylu. Dwie kobiety na spacerze znajdują zabitego sąsiada. I się zaczyna śledztwo. Na miejsce zbrodni przyjeżdża dwóch policjantów, jeden doswiadczony, a drugi młodszy aspirant. Akcja rozgrywa się między lasem, gdzie znaleziono ciało, przyległym do lasu podwórkiem, domem i niewielkim mająteczkiem, który jest właśnie odnawiany i przeobrażany w gościniec. Tam mieszkają dwie kobiety z chłopcem Mieszkiem, a w Sejmiku (tak nazywa się ten wielorodzinny dom, bo nie blok tylko dom właśnie, taki w starym stylu), gdzie jest bodajże 6 mieszkań. Mieszkają tam różni ludzie, jak to w życiu, trafia się na sąsiadów, którzy są powodem do radości i na takich, którzy są powodem do zmartwień.

Nie potrafię tego wytłumaczyć, dlaczego ta książka mnie aż tak ujęła, czytało mi się bosko. Postacie są zarysowane bardzo prawdziwie i ciekawie, kazde mieszkanie i jego lokatorzy ma swój smaczek i atmosferę. Osoby dramatu tez ciekawe, bardzo zróżnicowane środowisko no i te Pająki, rodzina prześladująca resztę, była policjantka, a może milicjantka Pająkowska i jej mąż, który to zostaje zabity. Pająkowska wystąpi w kolejnej powieści "Czarna wdowa atakuje", już się nie mogę doczekać jej przeczytania.

I tak naprawdę nie chodzi o to, kto zabił, chociaż też, jednak jakaś ciekawość jest, ale samo poruszanie się między tymi ludźmi, podsłuchiwanie ich, przyglądanie się policjantom, jest takie fajne w tym wypadku. Miałam wrażenie, że unoszę się tam jak Duch Kacper i widzę te sceny, słyszę ludzi, jestem swiadkiem wydarzeń i śledzę mordercę razem z policjantami. Może do tej powieści jest dołączona czapka niewidka i nieczujka, i sama nie wiem, ze tam byłam, bo tego nie czułam?

Bardzo polecam.

23:22, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (8) »
niedziela, 06 grudnia 2009
BLASK LUKSUSU - REŻ. ANDRIEJ KONCZAŁOWSKI

 

Andriej Konczałowski podpadł mi filmem "Uciekający pociąg". Uważałam wtedy, że reżyserowi "Syberiady" taki film nie przystoi. Potem pomyślałam, że nikt szczęśliwy ze swojego kraju nie ucieka, szczegółnie w tamtych czasach w Związku Radzieckim nikomu, a twórcom w szczególności łatwo nie było, przestałam go więc oceniać, bo jego sytuacja na zachodzie nie była pewnie łatwa.  Cieszę się, że wrócił do swojego kraju i kręci coraz to lepsze filmy. Czego dowodem jest powyższy.

Andriej Konczałowski pochodzi z artystycznej rodziny, jego ojciec Siergiej Michałkow był pisarzem, poetą, jego są słowa hymnu rosyjskiego i radzieckiego. Brat Nikita Michałkow jest moim ulubionym, i jednym z lepszych moim zdaniem, na świecie, reżyserów (Urga, Spaleni słońcem). Andriej przyjął nazwisko panieńskie matki, bo jego zdaniem dwóch reżyserów o jednym nazwisku to przesada.

"Blask luksusu" obejrzałam przypadkiem na Canal+. Coś mnie tknęło i sprawdziłam program, o tym filmie nigdy nie słyszałam, musiałabym grzebać więcej na rosyjskich stronach o filmach, a na to wciąż brak mi czasu, więc muszę zdać się na szczęśliwy zbieg okoliczności i czujność czekisty. Zobaczyłam rosyjski film i postanowiłam nagrać, bo późno było. Jak zasiadłam półdupkiem na fotelu, tak na tym półdupku siedziałam dwie godziny, zupełnie jakby zmiana pozycji miała spowodować wyłączenie ekranu. Zauroczyła mnie ta historia.

Film opowiada historię już niemłodej, ale bez przesady też nie starej, szwaczki, któa marzy o karierze fotomodelki. Jej zdjęcie ukazuje się w miejscowej gazecie i to jest dla niej impuls, lokalna popularność to spowodowała, do marzeń o karierze, a następnie wyjazdu do Moskwy, żeby je zrealizować. Naiwnie myślała, że wystarczy chcieć, pokazać się tu i tam i świat legnie u jej stóp. Pokrętną drogą osiąga swój cel, ale dużo ją to kosztuje. Nie brak też momentów szczęśliwych, bo film nie jest tragedią, ale dłodko-gorzką komedią raczej. Tak jak w życiu, trochę straszno, trochę śmieszno, a Rosjanie potrafią to pokazać jak nikt inny.

Dlatego Konczałowski powinien był wrócić do swojej ojczyzny i to zrobił. Dusza rosyjska nie lubi zachodniego zniewolenia, musi śpiewać jak jej gra w sercu. Świat się zmienił, sytuacja polityczno-ekonomiczna się zmieniła, ale oni, Rosjanie, nie. Jak dawniej mają uczucia na wierzchu, dzielą sie ostatnią skibką chleba, kiedy śpiewają to płaczą, kiedy kochają, to śpiewają, a kiedy nienawidzą, to piją. I dalej nienawidzą.

Rosyjskie filmy współczesne są świetne. W fascynujący sposób ukazują czas przeobrażeń w Rosji, nowobogackich, grupy przestępcze, zwykłych ludzi, jak to się wszystko po pieriestrojce zmieniło i przeobraziło.

Serdecznie was zachęcam to obejrzenia tego filmu. Pierwsze video to fragment filmu, drugi to trailer. Niestety nie udało mi się znaleźć ich po polsku. Film natomiast jest z polskim lektorem, jak to na Canal+.

czwartek, 03 grudnia 2009
"Kuzynki" Andrzej Pilipiuk

Pierwsza czesc trylogiiPilipiuk nigdy mnie nie zawiódł, zawsze kiedy szukam czegoś lżejszego, co przeniesie mnie do innego świata, bajki dla dorosłych, a jego powieści były akurta pod ręką, spełniały one wszystkie te wymagania. My je nazywamy czytadłami nie do odłożenia aż do ostatniej strony, jak mówią Anglicy, prawdziwypage-turner.  Pilipiuk jest archeologiem z wykształcenia, historykiem z zamiłowania, w jego historyczne fantazy są zabawne, ciekawe, pełne anegdot historycznych, smaczków znanych tylko pasjonatom.

Część pierwsza, Kuzynki - opowiada historię trcech kobiet - Stanisławy, która po zażyciu tynktury z kamienia filozoficznego jest nieśmoertelna, ma jakieś 400 lat, zmienia miejsca i kraje, bo przecież nie może żyć w jednym, nie starzejąc się wcale, aktualnie przebywa w Krakowie. Szuka mistrza Sędziwoja, który ma zdolność wytwarzania tynktury,  zapewniającej im długowieczność. On i kilku innych (jego uczniowie) też ją zażyli, słyszała gdzieś, że on właśnie w Krakowie aktualnie przebywa. Jej znowu szuka jeden z uczniów, Dymitr, wstrętna kreatura oraz kuzynka z rodu Kruszewskich, dziewczyna dwudziestokilkuletnia, pracujaca jako specjalista informatyk dla CBŚ. W tej historii jest też młoda (urodzona w 886 roku bagatela) wampirzyca, która zatrzymała się na 16 roku życia i też się nie starzeje, tylko z innych powoduów. Ich przygody przybierają tak szybki obrót, że nie nadążałam oczami przesuwać po tekście.  Jeżeli chcecie zapomniec o bożym świecie, wystarczy sięgnąć po pierwszą część trylogii Pilipiuka.

13:03, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (18) »
środa, 02 grudnia 2009
Marcel - mój Sony ebook reader (czytnik)

Poznajcie Marcela. Tak nazwałam mojego e-book readera. Kupiłam go za pieniądze otrzymane od prawnika, u którego uczę się zawodu legal secretary, czyli sekretarki prawniczej.  Nie spodziewałam się żadnego wynagrodzenia, bo to ja do nich poszłam w łaskę, żeby mi pozwolili się uczyć na 'tkance żywej', czyli na prawdziwych sprawach, aktach, klientach. Kiedy skończyłam kurs, mój adwokat przysłał kartkę z dołączonymi pieniędzmi. Pognałam do domu szczęśliwa i chciałam je wpłacić na konto, ale mąż zaprotestował i stwierdził, że po roku ciężkiej pracy na kursie zawodowym (zrobiłam biurowość i księgowość po angielsku, bo nie traktowali mnie poważnie z dokumentami tylko z Polski), powinnam sobie coś kupić w nagrodę i mam te pieniądze przeznaczyć na to. Padło na czytnika, bo marzyłam o nim od lat.  Jest piękny. Nie ma odblasku komputera, trzeba czytać normalnie tak jak książkę, przy lampce. Strony zmienia się poprzez naciśnięcie przycisku, można też zmienić wielkość liter, dla mnie to ważne, bo mam astygmatyzm i czasem, kiedy zmęczona, ciężko mi czytać. Ma wiele funkcji, a najważniejsza to ta, że kiedy nie moge kupić jakiejś książki w normalnej, papierowej wersji, istnieje duża szansa, że dostanę ją w formie ebooka. Polecam molom książkowym. Kochani, też myślałam, ze tylko papier i nic innego nie jest w stanie mnie zadowolić, ale kiedy przeczytałam powieść, której nigdzie nie mogłam kupić, na tym właśnie urządzonku, byłam szczęśliwa jak gwizdek. Cudo.

wtorek, 01 grudnia 2009
John Banville - The Infinities - jeszcze sobie poczeka

Book Club, do którego należę zarządził czytanie tej powieści. Strasznie byłam na nich zła, bo ja programowo przed świętami nic ciężkiego nie czytam. Poza tym, o czym pisałam w dwóch poprzednich wpisach, mam ciężki okres, więc tym bardziej nie widzę miejsca na lektury wielce ambitne, ciężkie w odbiorze, których przeczytanie może przynosi splendor, ale na pewno nie ulge i zapomnienie (odlot od rzeczywistości).  Taki jest niestety John Banville, nie zawiódł mnie.  Moim zdaniem przeintelektualizowany, popisujący się erudyta, niewątpliwie mądry, ale chyba za jak dla mnie. Dużo odniesień do mitologii i legend (przeżyłam szok, kiedy babki bardzo wykształcone nie znały historii Mefista i Fausta!). to akurat nie najgorsze, ale zdecydowanie nie dla mnie na ten czas, bo jest tam choroba i umieranie ojca, chora psychicznie córka, pogibany jakiś ojciec, matki postać też mi się wydała jakaś nie taka, generalnie wszystko mnie raziło i uwierało.  Postanowiłam więc, że The Infinities sobie jeszcze poczeka, może za rok, może kiedy się u mnie trochę ułożyi uładzi, wtedy będę miała głowę do takich powieści. No coż, trzeba się pododzić ze swoimi ograniczeniami.

23:29, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (4) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!