O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
poniedziałek, 28 listopada 2011
Bożonarodzeniowa lista życzeń, czyli czego sobie nie kupię pod choinkę. Dodam - to nie jest post żebrzący :-)

Każdego roku, odkąd pamiętam, dostawałam książki pod choinkę. Kiedyś kupowane przez mamę, spod lady w znajomej księgarni, potem od męża i przyjaciół. Ale oni mają ze mną problem, bo nie wiedzą nigdy, co mi kupić, czego jeszcze nie mam itd. Gdybym mieszkała w Polsce, byłoby łatwo, bo można by zrobić wish list, czyli listę życzeń. Tutaj sprawa się komplikuje, bo mąż to już w ogóle jest kaleką zakupowym online, więc z Polski mi nic nie kupi, a po angielsku też nie, bo nie ma pojęcia co w tym języku mnie interesuje.
Córka zawsze staje na wysokości zadania, ale to, co chciałam, dostałam od niej na urodziny, a ona w Polsce też zakupów nie robi, więc odpada.
Ostatnio zakupiłam wiele książek do biblioteki, również mnie interesujących, więc w tym roku, po raz pierwszy 'ever', postanowiłam nie palić głupa zamawiając dla siebie samej na Merlinie i skomponowałam listę tylko i wyłącznie dla bliskich. Na Amazon kupiłam dla jeszcze-nie-zięcia i też ani jednej dla siebie.
Przez długi czas byłam z siebie dumna, że mnie nie poniosło i się powstrzymałam.
Ale mi teraz smutno.
Postanowiłam więc, że sobie zrobię listę tytułów pożądanych na święta, co mi złagodzi ten smutek, a przyjemność wybierania pozostanie i nie będzie tej pustki.
Tylko, żebyście sobie nie pomyśleli, że was biorę na litość i oczekuję prezentów. Nie, po prostu tak strasznie mi brakuje tej ekscytacji z wybierania sobie książek pod choinkę.
Po pierwsze kupiłabym sobie lub 'zasugerowała' rodzinie, że nie mogę żyć bez autobiografii Danuty Wałęsowej


Przeczytałam fragmenty w internecie i absolutnie oszalałam, fantastycznie pisze o wielkich sprawach z punktu widzenia kobiety, żony, matki. Dla mnie absolutne must have. Dołożyłabym do przesyłki z Polski, na nic bym nie patrzyła, ale zamówienie zostało skompletowane i zapakowane zanim się zorientowałam, że autobiografia jest już dostępna. Normalnie myślałam, że zawału dostanę, kiedy to zobaczyłam.
A ponieważ sobie udaję, że 'zamawiam' to mogę wpisywać tytuły nawet trudno dostępne. I tak - chciałabym mieć książki Pruszkowskiej

 

Próbowałam na Allegro, ale strasznie drogie. A ja i tak nie mam jak kupić. Chociaż dzięki Pani Minister udało mi się założyć konto, nie mogę jednak kupować płacąc kartą, bo muszę dostać od nich najpierw list aktywacyjny, który idzie pocztą. I tak, i tak kicha.

No, ale ciąg dalszy moje listy
Trochę Skandynawów by mi pasowało

nic jeszcze nie czytałam tej autorki, ale w bibliotece mam Kobietę w klatce.

Wszystko Mankella mam zamiar przeczytać, a tej nie mam, wszystkie inne tak.

Niektórym wersja telewizyjna się nie podobała, mnie o dziwo tak. A, że jej nie znam, to zamówiłabym sobie oba pakiety (tu zdjęcie tylko jednego)
Mało mam dostępu do Skandynawów, dopiero zaczynam swoją przygodę, może bym sobie spróbowała jeszcze tych


A że lubię rosyjskie klimaty to zamówiłabym sobie to

Cenię tę kobietę, chętnie przeczytałabym też to

Na doła i poprawę humoru zamówiłabym wszystkie książki pani Kasi

Zeby wreszcie ruszyć z projektem Decoupage zamówiłabym to (lady mgiełka dała mi linka do świetnej strony, ale ja muszę organoleptycznie, czyli zobaczyć rękami, czyli jednak też książka, a raczej ich kilka, tutaj wklejam tylko jeden obrazek


Powspominać stare lata i różne festiwale piosenki mogłabym przy tej książce


Nie wiem, dlaczego, ale ciągnie mnie też do tej historii



i tej


Cieszę się, że nie kupiłam oddzielnie, teraz bym miała na liście tę (Marcin Świetlicki Powieści, czyli Dwanaście, Trzynaście i Jedenaście w jednym tomie)


Gdyby tylko były dostępne, chciałabym mieć również te, a że w marzeniach wszystko jest dostępne, to sobie je tu też wklejam, a co, jak szaleć, to szaleć

 





Księdza Rafała obie części też bym sobie wpisała na listę




A Marzenie Celta to już na pewno

A w języku angielskim?
Wszystkie Emmy Donoghue, których nie czytałam

 

Przy okazji zamówiłabym sobie drugą serię Downton Abbey. A co tam, obie bym wpisała. Pierwszą też.



To bym strasznie chciała też




No dobra, koniec już, bo się wprowadzam w stan podniecenia,  a przecież to tylko marzenia.
Ale pomogło, czuję się jakbym te książki już wszystkie pod choinką miała. Moja zachłanność zaspokojona i to za darmo.
A wy jakie macie marzenia książkowe? 

wtorek, 22 listopada 2011
Rozmowy przy okrągłym stole wzmocniły dolara, a jabłka się skończyły

Różnie można skonstruować opowieść. Akcja może dziać się na przestrzeni miesiąca, roku, tygodnia, ba - dnia jednego nawet. Pisarz jest panem czasu i przestrzeni, robi z czytelnikiem co mu się żywnie podoba, przenosi go w czasie lub trzyma w jednym pokoju przez 200 stron. A my się temu poddajemy, bo lubimy tę magię.
Kiedy dostałam pocztą trzeci tom Cukierni Pod Amorem, wiedziałam, że na sucho tego nie da się 'rozebrać', że użyję rusycyzmu.


Najpierw musiałam poczekać na właściwy czas, bo nie chciałam na kolanie, na chybcika, toż to ostatni tom, nie wypada zaliczyć 'półgębkiem'!
Nadejszała właściwa chwila, zaparzyłam sobie kawki, takiej smakowitej, od święta, z dodatkiem waniliowego syropu, a na miseczkę, która rychło okazała się za mała, nasypałam sobie suszonych jabłek, które suszy dla mnie cierpliwy mąż (w suszarce, ale obrać i pokroić to już trzeba ręcznie) na pogryzkę, kiedy mnie zajmie lektura i muszę gdzieś zęby zaciskać, cobym sobie ich nie starła do pieńków :-)


Franciszek towarzyszył mi przy stole tak długo, jak były jabłka w miseczce, on też jest ich wielkim admiratorem.


Czy ja Wam muszę opowiadać, o czym jest ta powieść? Chyba nie ma takiej osoby, która by nie wiedziała, przynajmniej nie ma takiego mola. Jeśli zagląda tu ktoś, kto nie zna tej serii jeszcze, powiem tylko, że koniecznie musi się zapoznać z tą sagą o Cukierni, jej właścicielach i rodzinach żyjących w majątkach wokół Gutowa.
O ile w poprzednich tomach zatrzymywaliśmy się czasami, a to w jednym majątku, a to z jednym bohaterem, w tym wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, raz jesteśmy we współczesności, raz w czasie wojny, w jednej chwili w Warszawie, zaraz w Jerozolimie czy alpejskim sanatorium. Prawdziwy zawrót głowy. A może mnie się tak wydawało? W każdym razie miałam wrażenie, że sposób opowieści jest lekko inny, co nie znaczy, że gorszy.
Tym razem miałam wrażenie, że siedzę u cioci w Częstochowie przy okrągłym stole, na nim szydełkowa serweta, nalewka w karafce i piękne kieliszeczki z ręcznie rżniętego kryształu (mam taką ciocię i pamiętam z dzieciństwa nasze spotkanie, kiedy jeszcze żył tata).
Ciocia snuje opowieść, jest zimowy czas, na zewnątrz mróz, ale w mieszkaniu ciepło, no i ta nalewka nas nieźle rozgrzewa. W kolejne wieczory snuje ona opowieść o znajomych i rodzinie, o ciężkich czasach wojennych, o rządach komunistów po wojnie, i jak to w takiej opowieści prześlizguje się po czasach i ludziach, dryfuje czasem w kierunku innych znanych osób, wraca, wtrąca dygresje - jest już starszą osobą, pamięć tamtych czasów wyostrzyła jej się z latami, wcześniej zajęta swoimi sprawami, rodziną, pracą, nie myślała o tym wiele, ale teraz obrazy, ludzie, zdarzenia wracają, przyjemnie jest powspominać.
Ale każda historia kiedyś się kończy, co nie znaczy, że wszystko zostało opowiedziane, po prostu już czas się rozstać. Coś zostało spięta klamrą, coś przemilczane, a inne zdarzenia dzieją się nadal.

Jabłka się skończyły tak nagle, jak książka, myślałam, że jeszcze mam garść w słoiku, ale nie. Myślałam, że jest jeszcze pięćdziesiąt stron przynajmniej, ale to były przypisy i kalendarium. Szkoda, ale cóż poradzić, nic nie trwa wiecznie.

Autorce gratuluję, czułam się czasem jak na zajęciach w szkole Wojakowskich - ćwiczenie pamięci metodą dodawania kolejnych elementów i logicznego ich zapamiętywania. Usilnie próbowałam pojąć kto z kim na przestrzeni wieków, ale poległam, musiałam sięgnąć nie raz do drzew genealogicznych na końcu książki. Nie wiem jak Pani Małgorzata to wszystko ogarnęła, jesem pełna podziwu.

Pozostaje nam 'Cukierniowym sierotom' czekać na kolejną powieść Pani Gutowskiej-Adamczyk i mieć nadzieję, że powstanie serial (bo chyba w jednym filmie się nie zmieści to wszystko) i będziemy mogli wrócić jeszcze na chwilę do Gutowa, Zajezierzyc, do Giny i Adama, wyjechać do Ameryki i zobaczyć jak mieszkali Connorowie,
Cieszę się, że ten literacki dolar stoi tak mocno, gdyby prawdziwy był w takiej kondycji, nie byłoby recesji. Dziękuję autorce za wzruszenia i tak piękną opowieść, a wszystkim tym, którzy się jeszcze wzbraniają - polecam, polecam, polecam !!! 

sobota, 19 listopada 2011
Magia Ani nadal działa. Już zawsze będzie.

Mam trochę zaległości w recenzjach, obiecuję poprawę, będę nadrabiać. Ostatnio co innego mnie zajmuje, nawet kilka rzeczy na raz, a nie chcę pisać tu rzeczy 'na kolanie', chociaż z kolan-topa piszę.

Dzisiaj kilka słów o książce, która zapoczątkowała moją wielką przygodę z czytelnictwem. Uściślając - jest to jedna z książek, nie pierwsza, którą przeczytałam, ale należy do pierwszego etapu zachwytu nad literaturą, czyli okresu dziecięco-młodzieżowego i jest to nie tyle książka, co cała seria. Nie jestem tutaj dzisiaj specjalnie oryginalna, ale pewne zdarzenie przypomniało mi o mojej dawnej fascynacji i stąd ten post.
I po tym iście 'rejsowym' wstępie, zupełnie jak z monologu kaowca, wreszcie wyjawię, o czym mam zamiar Wam opowiedzieć.
A mianowicie koleżanka blogowa, którą mam szczęście znać w realu - Monika z Błękitnej biblioteczki, przywiozła mi z Kanady z Wyspy Księcia Edwarda upominki. A jak z tej akurat wyspy, to już wszystkie mole wiedzą, że chodzi o Anię z Zielonego Wzgórza.
Pierwsze moje czytanie tej książki odbyło się w zimie roku 1981, w grudniową noc, z 12 na 13 grudnia siedziałam w swoim ulubionym fotelu w kratkę, nagrywałam na magnetofon szpulowy z Trójki nową płytę Bee Gees i czytałam Anię. Byłam wtedy we wczesnym okresie nastoletnim. Po północy popsuło mi się radio, nie nagrałam płyty do końca, po nieudanych próbach wskrzeszenia audycji, zrezygnowana wróciłam do czytania książki. Byłam sama w domu, bo moja mama udała się do Szczecina odwiedzić mojego tatę w klinice onkologii. Na zewnątrz była wyjątkowa mroźna i śnieżna zima,a w pobliskiej jednostce wojskowej nikt nie spał, szykowano się do zajęcia newralgicznych punktów w mieście, rano dowiedzieliśmy się o Stanie Wojennym. Nie jestem kombatantem z tamtego czasu, bo byłam dzieckiem i nie walczyłam o niepodległość, niczym takim się tu nie pochwalę. Natomiast tę zimę, kiedy miesiącami nie było szkoły, a mój tata zaczął swoją ostatnią drogę ku krainie wiecznych łowów, przeżyłam o zdrowych zmysłach pewnie dlatego, że miałam w czytaniu całą serię o rudowłosej dziewczynie napisaną przez Kanadyjkę Lucy Maud Mongomery. Wtedy nie było internetu i grup wsparcia, a o to, co czują dzieci, kiedy im umierają rodzice nikt się nie troszczył. Przynajmniej nikt w moim otoczeniu.
Wtedy doświadczyłam wspaniałej mocy książek. Czytałam dużo od dziecka, ukochałam sobie Muminki i bajki Charlesa Perraulta, Godki Śląskie, Latającego Detektywa i Dzieci z Bullerbyn, ale dopiero przy serii Ani, w czasie tak dla mnie trudnym, kiedy umierał mój tata, lekarz nie mógł przyjechać po 22-giej (godzina policyjna), chyba, że do zawału, w sklepach tylko ocet, a węgiel do palenia w piecu (który nam nota bene ciągle gasł i było zimno jak w psiarni) załatwiało się na lewo, kiedy kupienie drzewka bożonarodzeniowego graniczyło z cudem i odbywały się walki wręcz na placu z rzeczonymi, mogłam przekonać się, co znaczy dobra książka i jakim wspaniałym jest towarzyszem. Wcześniej po prostu nie było takiej chwili próby, dopiero wtedy - weszłam w świat Zielonego Wzgórza, podróżowałam z Anią na Uniwersytet, zakochiwałam się wciąż i wciąż w Gilbercie, tęskniłam za Dianą.... nigdy tego nie zapomnę.

 

 

 

Jedynie pierwszy tom miałam na własność, dostałam go od mojej cioci, siostry ojca, która z nami w tamtym czasie zamieszkała (tatę w ostatnim czasie, jakieś 3 miesiące, mieliśmy w domu, bardzo nam pomagała). Resztę wypożyczyłam z biblioteki. Zarówno ta pierwszą, jak i kolejne były pięknie wydane, z płócienną oprawą i malutkimi rysuneczkami, takimi mini-grafikami. Teraz mam nowsze wydanie, ale dałabym wszystko za posiadanie tamtego, niestety mam tylko dwa tomy tak wydane, a właściwie trzy, bo drugi, w żółtym płótnie dla odmiany, zawiera Anię na Uniwersytecie i Wymarzony dom Ani w jednym (Nasza Księgarnia 1971 rok wydania).
Tak więc, jeśli ktoś z Was wie o reszcie, nawet pojedynczym tomie tak wydanym przez NK, to ja chętnie odkupię. Byle by był w jednym kawałku, bo rozpadającego się nie mam tutaj jak reanimować.
Monika miała szczęście pojechać w to miejsce, gdzie dzieje się akcja, pisze o tym na swoim blogu, a ja dostałam kilka upominków stamtąd.


Z lewej cztery podkładki pod kubek z wizerunkiem Ani i Diany, po prawej zakładka do książek, w środku figurka Ani, która teraz stoi na półce z książkami, na dole kolejna zakładka. Czyż nie cudne, że o mnie pamiętała?
A Wy, jakie książki są Wam wyjątkowo drogie i w jakich okolicznościach takimi się stały? 

Tagi: dobre
23:24, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (21) »
środa, 16 listopada 2011
Protestować czasem trzeba, tym razem w sprawie molowej

Czytniki uważam za bardzo przydatne, pisałam o tym nie raz. Swojego Marcela mam już od kilku lat, głównie kupuję zagraniczne książki, bo tańsze, ale i polskie od niedawna można już kupić jako ebooki. I tu pojawia się problem, bo one mają zabezpieczenia DRM, które nie dają ich czytać na niektórych czytnikach, głównie tych bez WiFi. Ja nie mam WiFi, bo kiedy kupowałam miały to tylko komputery, nie moja wina, że się pospieszyłam. Z drugiej strony bez przesady, nie można wymagać, żeby co rok kupować nowe urządzenie.
Na stronie Blog ebookpoint.pl można zaprotestować przeciwko takim praktykom. Mają one niby na celu zabezpieczenie przed publikacją piracką, ale można je obejść bez problemu w minutę. Nie wiem, jak, ale są tacy, którzy wiedzą. Nie zamierzam się uczyć, bo ja starej daty jestem i nie marnuję energii na uczenie się, jak ominąć blokady. Ja chcę zapłacić i korzystać.
Jeśli bliski jest wam ten temat, przyłączcie się. 

piątek, 11 listopada 2011
Szczęśliwy traf - Louise Shaffer. Audiobook

Okładka tej powieści jest piękna. Moim skromnym zdaniem. Zdecydowanie zwróciłabym na nią uwagę, gdybym była w księgarni lub przeglądała nowości na stronach internetowych. Ma klimat dokładnie taki, jak powieść, jeszcze nic nie wiesz o zawartości, a już przeczuwasz o czym będzie. Ostatnio tak utyskiwałam na twórców okładek, tym razem muszę pochwalić.
Gdybym przeczytała o czym jest ta ksiażka, pewnie pomyślałabym, że kolejna opowieść o kilku pokoleniach kobiet i ich wzajemnych, trudnych relacjach. Może bym się skusiła, ale gdyby nie, pewnie bym nie poświęciła jej więcej uwagi, ani jednej dodatkowej myśli.
W ten sposób straciłabym okazję do odsłuchania świetnej, klimatycznej powieści, może nie obfitującej w nagłe zwroty akcji, ale za to płynącej gładko i niezwykle zajmująco. Magdalena Wójcik czyta tak dobrze, że w ogóle nie czuć jej obecności, niesamowite, pierwszy raz mi się to zdarzyło. Nie denerwuje, nie rozprasza, jej głos stopił się z treścią i stał się opowiadaną historią. Fantastycznie nagrane.

Szczęśliwy traf zaczyna się w momencie, kiedy  umiera  Rose, matka Carrie. Córka pogubiła się w życiu, śmierć matki ją przytłoczyła, ale też i wiszące w powietrzu, niedopowiedziane historie nie dawały jej spokoju. Porządkując rzeczy matki, natknęła się na kilka rzeczy, które dały jej do myślenia i zapragnęła poznać historię Rose. W trakcie tej podróży w przeszłość dowiaduje się też wiele o swojej prababce i babce, jak również ojcu.
Wiem, nihil novi. Ale to się naprawdę dobrze czyta!
Ani chwili się nie nudziłam, nie miałam ani jednego momentu, kiedy myślałam, ze tracę czas, a uwierzcie mi, że czasem mi się to zdarza.
Poza tym opowieść częściowo dotyczy czasów bardzo przeze mnie lubianych, lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w USA.
Polecam tę powieść na nadchodzące zimowe wieczory 

Zapomniałam powiedzieć, że książkę do słuchania dostałam od kochanej Pani Bogny ze Świata Książki (Weltbild), która rozpieszcza naszą bibliotekę polską darami, a przy okazji mnie takimi smakowitymi kąskami. Dziękuję. 

czwartek, 10 listopada 2011
Ogłoszenia parafialne - wyniki losowania

Z jakiegoś dziwnego powodu nie mogę zrobić wpisu ze zdjęciami print screenów z losowania. Nie pozwala mi dodać, bo niby za 'ciężki' wpis. niemożliwe, zdjęcia są przecież o wiele cięższe. W związku z tym zapraszam do obejrzenia zdjęć na Notatki Coolutralne na blogspot

a tutaj tylko ogłaszam, że Opowieści Wigilijne wylosowała Rowena 77, a Coming Home pójdzie do Maniiczytania.

Proszę o kontakt i wysłanie adresu na kasia.eire@gazeta.pl

Tagi: losowanie
17:11, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 listopada 2011
Stasiuk wpadł za szybko - Jadąc do Babadag
 
Za szybko postanowiłam przeczytać Stasiuka. Za szybko po reportażach Szczygła, o których piszę TU
Siłą rzeczy, sięgając po tę książkę, zaraz po innej, jej podobnej, naraziłam obu panów na porównania. A to niedobrze, bo porównuje się z reguły przychylając szalę na korzyść jednego lub drugiego.
Jadąc do Babadag podobna jest tylko z tego względu, że też dotyczy podróży i wrażenie niezwykle subiektywnych z tego, co się tam widzi lub kogo się spotyka.
Stasiuk zabiera nas w rajd po Europie środkowej. To moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, więc moje wrażenia będą dotyczyć tylko tej pozycji, sama nie wiem, co napisać, bo się cały czas zastanawiam - czy ja się mu nie dałam uwieść, czy zwieść?
Andrzej Stasiuk nie pisze tak, żeby coś nam uzmysłowić, coś objaśnić, znaleźć sedno sprawy, jego zbeletryzowane reportaże są jak obrazki z życia, jak fotografie stylistyczne. Trochę się popisuje, bo umie pisać i czasem to, co można by powiedzieć prosto, rozciąga na zdania wielokrotnie złożone, a nam pozostaje podziwiać. Czasem miałam problem z połapaniem się, o czym właściwie on pisze? Wydawało mi sie, że mnie atakuje słowami, niezliczoną ich ilością.

No i to wrażenie - że historię swoich podróży opisuje człowiek trochę zblazowany, zmęczony życiem, w stylu Hłaski - przytłoczony wrażeniami, które mu dostarcza świat, bo wszystko dla niego jest mocnym doznaniem. Dwóch mężczyzn pracujących w lesie też. Tak to wszystko odczuwa, że aż musiał wyrobić w sobie lekką ignorancję, nonszalancję i dystans. Widziałam go w rozpiętej koszuli z papierosem zwisającym z ust, nawet wtedy, kiedy otwiera puszkę z mielonką. Najdziwniejsze jest to, że ja nigdy Stasiuka nie widziałam i kiedy zobaczyłam jego zdjęcie, aż mnie zatkało.


Jak żywy z mojej głowy.
Czyli zdolny nieprawdopodobnie, słowa są nim, on jest słowami, które przelewa na papier, a kiedy my je czytamy, słowa są lustrem jego. To wielka zaleta.
A dlaczego nie powinnam go porównywać ze Szczygłem? Ano to jest tak, jak z wypadem do ulubionej kawiarni, gdzie wiadomo, że spotkasz kogoś znajomego. Wchodzisz i już od drzwi widzisz, że przy jednym stoliku w miłym ci towarzystwie siedzi Szczygieł, a po drugiej stronie sali w równie miłym towarzystwie zasiadł Stasiuk; wiesz, że nie obskoczysz dwóch, musisz wybrać, z którym spędzisz wieczór. Gdyby był tylko jeden, stanowiłby główną atrakcję, ale jest dwóch - od dylemat. I ja, ze swoją wrażliwością, osobowością, potrzebami jeśli idzie o obcowanie z określonym typem człowieka, poczuciem humoru i stronieniem od rozdzierania włosa na czworo, w podskokach poleciałabym do stolika pana Mariusza. Tam opowieść szłaby w nieskomplikowanym rytmie, gładko, zabawnie i ze swadą. Może bym momentami żałowała, że nie siedzę z panem Andrzejem, ale wiedziałabym, że jego nostalgiczne oczy, jego zawieszenie głosu na chwilę przed wypiciem łyka czegoś mocniejszego, jego chwilowe zapadanie się w złożoność świata i ludzkiej natury, i mnie wprowadziłaby w taki nastrój, a czuję, że niedobrze mi to robi.
Zaznaczam, że obu panów nie znam, z żadnym nie było mi dane rozmawiać, to są tylko odczucia po przeczytaniu ich książek. I tak - Szczygłowi się oświadczyłam, bo mnie uwiódł swoją opowieścią o Czechach, a Stasiuka, w obronie własnej, chętnie bym spotkała raz, a intensywnie, na rok. Trochę tak, jak z przyjacielem mojej mamy, malarzem Słowikiem - artysta złożony, nieprzewidywalny, szalony, dobrze było z nim biesiadować, ale nie za często.
Nie mogę się mądrzyć na temat tej pozycji, ani tego pisarza, bo albo jestem zwyczajnie na niego za głupia, albo dotyka takich miejsc mojej wrażliwości, których w obronie własnej nie mam zamiaru dopuszczać do głosu, bo czasem mam wrażenie, że intensywność wrażeń i emocji może mnie zabić.
Tak więc, nie jest to post o książce, a o tym, jak odebrałam twórcę.
A dodam jeszcze, że Jadąc do Babadag pożyczyła mi pani, która przychodzi do naszej biblioteki. Stasiuk jest jej ulubionym pisarzem i chciała mi go przedstawić. A ja dałam jej w zamian Zrób sobie raj. Przyszła do mnie po jakimś czasie, oddaję jej książkę, ona mnie i mamy tę samą uwagę - not my cup of tea. Ona mówi - Szczygieł ma słowotok, jego książka jest głośna, pełna historii, zawalił mnie opowieściami. Ja wcześniej do niej o Stasiuku - idzie, staje, popatrzy, coś powie, powiedział i wsiada do autobusu, pojechał. Wysiadł, powiedział, za spokojnie, za filozoficznie, ja nie chcę sekcji zwłok świata, którego już nie ma lub świata, który odchodzi w zapomnienie, ja chcę przekrzykiwania się przy stole, niepohamowanego śmiechu i stukania się kuflami po każdej wyjątkowo śmiesznej ripoście.
Wniosek z tego, że każda z tych pozycji trafiła na swojego człowieka, na odpowiednią wrażliwość. Nie lepszą, czy gorszą, ale inną. Ja jestem postawną kobietą, mówiącą głośno, wymachuję rękami, lecą mi łzy, kiesy się śmieję. Ta pani jest drobna, niska i eteryczna, pastelowa, mówi cicho i wyważone zdania, żadnych niepotrzebnych gestów i rozwianego włosa. Buddyjski balans. Harmonia. Stasiukowa fanka.



środa, 02 listopada 2011
2 lata - komu, komu, bo idę do domu?

Niedawno blog skończył dwa lata - 25go października 2009 roku, wtedy jeszcze tylko na blox, potem również na bloggerze, dokonał się pierwszy wpis i zaczęła się moja przygoda z blogowaniem.

Chciałabym z tej okazji podziękować Wam za te dwa lata, za Wasze wizyty, za komentarze, komplementy i za dobroć objawiającą się pakiecikami, które fruuuu - przylatywały do mnie ze swoją zawartością, czyli książkami lub filmami (ale też i prasą) bezskutecznie przeze mnie poszukiwanymi, a od was otrzymanymi. W życiu nie spotkałam się z takimi pokładami bezinteresownej dobroci i hojności. Aż mi się łza w oczu kręci.
Poza tym dziękuję Wam za utworzenie kręgu moli książkowych, gdzie człowiek może być sobą, mówić o książkach i nikt go nie wyśmiewa, ani nie wznosi oczu do góry, ani nie wzdycha zniecierpliwiony, ani nie zmienia tematu kiedy biorę oddech. Tutaj zapełniam pustkę w realu. 

Pomijając, że kontakt z pisarzami i innymi blogerami, dary dla biblioteki, również od wydawnictw (i to wcale nie pod warunkiem recenzji), jak i księgarni - dały mi takiego kopa do rozwijania biblioteki, że w dwa lata, poczynając od około 400 egzemplarzy, doszliśmy (bo to też Wasza zasługa) do ponad 1200. Prawdziwe bibliotekarki pewnie pomyślą o tym 'sukcesie', że żałosny, ale biorąc pod uwagę, że czytelnicy sponsorują sami nowe zakupy i tylko za pośrednictwem bloga udało mi się wyżebrać trochę woluminów, dla mnie to SUKCES. 

Dzisiaj ja mam dla Was dwie książki. Jedną w języku angielskim, a jedną po polsku. A ponieważ dotrze ona do Was w okresie przedświątecznym, takiej tematyki będą dotyczyć.
Pierwsza to mini powieść Patricii Scanlann - mojej ulubionej pisarki irlandzkiej w kategorii 'babskiej'. Mini, bo przeważnie ona wydaje grube cegły, a ta jest poniżej 500 stron. Ale też nie cieniuteńka. Na ten czas jak znalazł. Dla tych, którzy w Irlandii byli lub są, dużo tutejszych smaczków.


Druga to zbiór opowieści wigilijnych polskich autorów. Bardzo świąteczna, bardzo prawdziwa, świetna do czytania w tej atmosferze oczekiwania.


Nic nie trzeba robić, ani klikać na Lubię to na FB, ani odpowiadać na pytania, ani umieszczać informacji o wygrywajce na swoim blogu, po prostu podajcie, którą książkę byście chcieli i jakiś namiar na siebie, jeśli nie macie bloga. Losowanie odbędzie się za tydzień w środę, jak znam siebie późno w nocy. 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!