O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
poniedziałek, 29 listopada 2010
Służące - Kathrynn Stockett (tyt. oryg. The Help)

Zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Sięgałam po tę książkę z wielką ciekawością, ale i rezerwą, bo tutaj na jej punkcie jest istne szaleństwo, utrzymuje się ona na pierwszych miejscach list bestslellerów, a to zawsze budzi moje podejrzenia. Wiedziałam, że będzie ona omawiana na spotkaniu mojego book clubu, więc nie bardzo miałam wybór - teraz, czy poczekać?

Czytanie kolejnych powieści jest jak odwiedzanie innych w ich domach. Jedne powieści to jak wizyta na szybką kawę u sąsiadki. Inne to dłuższa podróż pełna niespodzianek, ostrych zakrętów i emocji. Mogę cofnąć się w czasie, albo przenieść do świata baśni. Zdarza się, że identyfikuję się z bohaterką, innym razem jest jakbym czytała o kimś, kogo zupełnie nie znam, ale staram się zrozumieć. Bywa, że niechętnie wychodzę z powieściowego świata, a czasem rwę stamtąd szybciej niz weszłam. W przypadku Służących ociągałam się jak długo się dało (zupełnie jak w przypadku "Granatowej krwi', ale niestety koniec i tak nastąpił.

Powieść rozgrywa się na przestrzeni dwóch lat od 1962 do 1964 roku. Opisuje amerykańskie południe, segregację rasową, a akcja ogniskuje się na dwóch czarnoskórych służących i białej kobiecie. W tym miejscu napisałam długi opis, ale skasowałam wszystko, bo cokolwiek bym nie powiedziała, wydawało mi się spojlerem. Tak więc o treści nie powiem nic, a może tylko tyle, że temat Murzynów na południu, segregacji i dyskryminacji nie bardzo mnie interesuje i myślałam, że jednak to nie dla mnie. A tu taka niespodzianka.

Od pierwszej strony zostałam oczarowana tą powieścią, zarówno sposobem narracji, językiem, jak i samą akcją i jej zwrotami. Język - już sama nie wiem, lepiej ją było czytać po polsku czy po angielsku? Dostałam egzemplarz z biblioteki, ale oddałam go koleżance, bo miałyśmy go na spółkę, a sama pożyczyłam polską wersję od Lotty, z jej niebieskiej biblioteczki. Gdybym czytała po angielsku złapałabym wszystkie smaczki, ale polskie tłumaczenie jest tak dobre, że chyba nic nie ucierpiałam.

Ta powieść mnie tak zachwyciła, że pierwszy raz chyba brak mi słów. I za każdym razem, kiedy chcę komuś o niej opowiedzieć, też mnie zatyka. Bo ona ma wiele warstw i sama nie wiem, która bardziej zachwyca. Pierwszą poznawczą, dowiadujemy się, jak wyglądało życie w tamtych czasach w Missisipi, USA. Ze szczegółami, o strojach, wystroju wnętrz, rytmie życia, edukacji, stosunkach społecznych itd. Druga to obyczajowa, opowieść o kobietach, starych młodych, białych, czarnych, matkach i córkach, pracownicach i pracodawcach, przyjaciółkach i wrogach. Trzecie dno to przemiany społeczne i polityczne. A jak głębiej pogrzebać, to ta powieść jest o ograniczeniach, tych wyznaczanych przez normy społeczne, ale i tych, które są w nas i o tym jak je pokonywać, jak sobie z nimi dawać radę? Jak zmienić to, co możemy, jak pogodzić się z tym, na co nie mamy wpływu?

Po przeczytaniu tej powieści, każdej kobiecie błyszczą oczy, prostuje plecy, nabiera głebiej powietrza, czuje w sobie odwage lwa, przebiegłość lisa i siłę wołu. W dziwny i niewytłumaczalny sposób, ta książka daje nieprawdopodobną siłę.

Jest to zdecydowanie jedna z lepszych ksiazek, jakie kiedykolwiek przeczytałam - łatwa w odbiorze, ale nie głupia. Idealne połączenie. Mówi o sprawach ważnych, ale bez patosu, niejako od kuchni. I to był sprytny zabieg. Ciekawe - zamierzony, czy nieświadomy?

Cieszę się, że w 2011 roku wejdzie na ekrany kin film nakręcony na jej podstawie, zdjęcia już trwaja. Poniżej jedno z IMDb

A dla tych, którzy znają angielski wywiad z Kathrynn Stockett

niedziela, 21 listopada 2010
Znowu napożyczałam, Teletydzień roztoczył opiekę, a rozmowy o bibliotece mogą zabić

Tydzień temu, albo i lepiej, pojechałam do lotty na pogaduchy o książkach i co? - oczywiście skończylo się na tym, że wyjechałam od niej z pożyczonymi tomami. Olaboga, kiedy ja się nauczę? Pierwszą miałam w planach pozyczyć, bo to nasze czytanie z book clubu, nie było wystarczającej ilości egzemplarzy, swój odstąpiłam koleżance, a lotta po przeczytaniu przekazała mi tę powieść w polskim tłumaczeniu - a mowa o 'Służących' Kathrynn Stockett. Nie będę o niej jeszcze pisać, bo mi 'troszku' zostało, tak gdzieś 1/3. A piszę o niej, bo w związku z polskim wydaniem właśnie musiałam sobie przypomniec stare czasy. I mi się jakoś tak błogo zrobiło. A mianowicie 'Służące' mają papierową okładkę pokrytą powłoką lakierową, która od dołu zaczęła złazić. Jeszcze lotta miała z tym problem. Nie chciałam pogorszyć sytuacji, bo wiadomo, pożyczona książka - trzeba dbać o nią podwójnie, nie miałam też pomysłu na gwaratnowane utrzymanie jej w nienaruszonym stanie, aż przypomniałam sobie o starym sposobie, który stosowałam w liceum, a nawet wcześniej. A mianowicie trzeba poszukać strony z gazety, jakiegoś magazynu kolorowego z kredowym papierem, jak najgrubszym i obłożyć ksiażkę. Nic nie miałam takiego, bo wiadomo, Twój styl i Pani nie mają tak zszytych kartek, żeby dwie strony naraz wykorzystać, a Wprost czy Newsweek jest mniejszy, nie objął ksiażki, bo ona jednak grubaśna. Ostał mi się jeno Teletydzień, jego okładka. I tak ubraną ksiażkę sobie teraz czytam.  Przypomonają mi się stare, komunistyczne czasy.

'Room' to następna powieść, którą będziemy przerabiać w book clubie, ale nie jestem pewna, czy dam radę i czy chcę ją przeczytać (ze względu na temat), chociaż lotta bardzo zachwala. Pod Teletygodnowymi 'Służącymi' - Małgorzata Warda 'Nikt nie widział, nikt nie słyszał', jej nowa powieść, podobno świetna. A na samym dole Cecylia Ahern 'The Book of Tomorrow' - układ, który zawarłyśmy z lottą jest taki - ona przeczyta jedną powieść Grocholi, a ja jedną (przynajmniej) Ahern, a to dlatego, że nie możemy się przekonać - ona do Grocholi, ja do Ahern. Pomyślałyśmy, ze trzeba dać szansę. Chociaz teraz, po kilku przeczytanych książkach, których nie byłam tergetem, pomyślałam,że właściwie dlaczego ja sie tak do tej Ahern zmuszam i dlaczego tak bronię krytykowanej przez lottę (a priori, bo nie czytała) Grocholi? Ani ja nie powinnam się naginać do młodziutkiej pisarki, ani ona nie powinna czytać powieści obyczajowych pisanych przez dojrzałą kobietę. Ale nic, słowo sie rzekło, kobyłka i te sprawy.

O rozmowcha bibliotecznych, które mnie o mało co do zawału nie doprowadziły napiszę na blogu codziennym, bo to dłuższa historia, a się rozpisałam o książkach tutaj. Zapraszam na Z babskiej perspektywy

niedziela, 14 listopada 2010
Panny roztropne - Magdalena Witkiewicz

Druga część Milaczka. Akcja jest kontynuowana właściwie od momentu zakończenia pierwszej części. Nadal jest tu Bachor i Pani Zosieńka, Milaczek i pies Parys Antonio, ale dodatkowo dochodzi jeszcze kilka innyc postaci - Aleksandra Pieczka mistrzyni olimpijska u schyłku kariery, całkowicie odmieniająca swoje życie, jej przyjaciel gej, uwielbiający Tarota, chętnie stawiający Oli karty na kolejnych etapach jej życia, tajemniczy bliźniacy i bomba.

Ksiażka szybka w czytaniu, nadal śmieszna, na deszczowe popołudnie idealna. Jak juz wcześniej mówiłam, dla zdecydowanie młodszego czytelnika (w sensie ode mnie młodszego), czyli między 20-30 to idealny target. No, ale jak się powiedziało A, trzeba bylo powiedzieć B i doczytać do końca drugą część, bo jednak byłam ciekawa, co autorka znowu wymyśli? Magdalena Witkiewicz trzyma poziom; może spokojnie zameldować wykonanie zadania.

Szkoda mi tylko, że rysunki Sawki zniknęły, zarówno zo okładki, jak i środka. Były świetnym uzupełnieniem tekstu.

Podsunę córce.

czwartek, 11 listopada 2010
"Granatowa krew" - Wiktor Hagen

Zwalniałam, zwalniałam, dozowałam, ale wszystko ma swój kres, lektura tej książki tez. Dawno mi się to nie przydarzyło. Przeważnie zależy mi, żeby przeczytać powieść jak najszybciej, bo tyle innych czeka w kolejce. A tym razem luzik. A niech czekają; mam cegłę do przeczytania na book club - co tam book club, zdążę; książki ze stolika nocnego mnie w nocy, podczas snu, przywalą na amen - a niech, zaryzykuję. Od momentu pierwszych stron ogarnęła mnie taka błogość czytelnicza, że rzuciłam się sprawdzać, ile stron mam przed sobą i dlaczego tak mało!!!

Wiktor Hagen wprowadził do świata fikcji ożywającego w naszej wyobraźni, komisarza Roberta Nemhausera, pracującego w komendzie stołecznej. Typ inteligenta, raczej takiego, który odkupuje swoje radio od złodziei niz takiego, który wali ich po mordzie. Ale nie jest to mięczak, niech was nie zmyli to pierwsze wrażenie. Zdecydowanie siła jego mięśni ogniskuje się w jego mózgu. "Zbrojnym ramieniem" w teamie jest partner Nemhausera  Mario. Wielki, zwalisty facet, może nie przesadnie lotny, ale w sumie w porządku. Wprowadza niezwykły koloryt do historii. Mamy też innych kolegów - Potockiego (piękny pan policjant, zawsze na pierwszej linii ognia - tyle, że kamer telewizyjnych, szalenie ustosunkowany), Konsul (szef, czasem roztargniony, czasem pierdołowaty, a tak naprawdę to świetny aktor), no i Dusia - żyjący portret Doriana Greya, najstarsi milicjanci jeszcze ją pamiętają w roli sekretarki w komendzie.

Ale Robert Nemhaser ma jeszcze alter-życie. Uwielbia gotować, ma niezwykłe umiejętności w tym względzie i nie zawaha się ich użyć, najczęściej i w celu zarobkowym w restauracji znajomego Jasia, wieczorami, kiedy nie łapie zlodziei. Ale i w domu potrafi przyrządzić coś szybko i sprawnie. A czas się w jego życiu liczy, bo nie dość, że gania z gnatem po ulicach Warszawy, nie dość, że dorabia przy patelni jako kucharz, to jeszcze jest w posiadaniu dwóch niezwykle ruchliwych osobników w postaci bliźniaków lat 4 (chyba) - Cyrylego i Metodego. Żona też jest - Paula. Świetna kobieta, chociaż jeden Pan Bóg wie, że trzeba się wykazać nie lada cierpliwością, żeby nie zwariować przy nakręcających się wspólnie chłopcach i tym większym, który niegdy nie wiadomo, kiedy będzie w domu i czy nie zapomniał o czyms ważnym.

Jest też intryga kryninalna (trochę w stylu kryminałów milicyjnych, które uwielbiam), ale mam wrażenie, że nie ona jest tu najważniejsza, przynajmniej nie dla mnie. Dla fanów sensacji zadowalająca, dla tych, co chcieliby coś ponadto - mówisz, masz. Idealna symbioza powieści obyczajowej z sensacyjną. No i Warszawa, obecna w tej książce jak cholera, ulice, budynki, przejazdy, skróty, wszystko tu odnajdziecie.

Autor - niewiele o nim wiem, ale jestem przekonana, że jest mniej więcej w moim wieku, bo ma takie same skojarzenia jak ja, te same wspomnienia i podejście do rzeczywistości. To się po prostu czuje, nie ma dysonansu, czytanie tej powieści jest takie, jakbym siedziała u kolegi z klasy w kuchni i słuchała, co u niego. A jakie poczucie humoru !!! To był wieczór pierwszy, mam nadzieję na więcej.

Jeszcze słów kilka o tym, jak wydana - PIĘKNIE! Ja mam w twardej oprawie, łatwo się rozkłada, czcionka akurat, no i zabieg dla mnie nowy - brzegi kartek po lewej i prawej mają szary kolor, taki cieniutki paseczek - nie potrafię tego wyrazić słowami, ale ma to znaczenie, daje wrażenie wyjątkwości. Aaa, i okładka superowa, z tych, co nie obciach nieść pod pachą lub położyć na stoliku w najelegantrzym miejscu. Wiem coś o tym, bo wciąż ciągam książki ze sobą w różne miejsca i zdarza mi się wstydzić za to, jak wyglądają, a nie za treść.

Reasumując - powieść jest, no dobra powiem, bo mi słów brak, żeby to inaczej wyrazić, zresztą to jedno słowo zawiera w sobie sto innych - ZAJEBISTA :-)

WIKTORU HAGENU - TY SIĘ NIE UDZIELAJ TOWARZYSKO, MEDIALNIE ANI W ŻADNYM INNYM SENSIE, TY SIEDŻ NA TYŁKU I PISZ KOLEJNE CZĘŚCI. BO JA TU CZEKAM.

sobota, 06 listopada 2010
Usta me nie mogą milczeć, kiedy inni hymny pięją

Chciałabym Wam opowiedzieć o wrażeniach czytelniczek mojej biblioteki (mojej, to za dużo powiedziane, ale tak o niej myślę, jak o swoim dziecku, 'moja' z czułością wypowiedziane). Dostały one do ręki kilka książek podarowanych z różnych źródeł. Pomyślałam więc, że należy się kilka słów na ten temat, żeby pokazać, że takie dary są więcej niż docenione. A że żadna z nich nie prowadzi bloga, muszę zabrać głos ja, bo co się komu należy, musi być oddane. Tym razem hołd :-), ża tak górnolotnie polecę.

Po pierwsze, bo najwcześniej dotarły, ksiażki od Agnieszki Lingas-Łoniewskiej - "Bez przebaczenia" robi furorę. Dziwczyny wyrywają sobie ją z rąk, jak tylko jedna zląduje ją oddać, natychmiast druga już kładzie 'pośliniony palec' na ksiażce, żeby jej inna czytelniczka nie podebrała. Mówią, że wszystko odłozyły na bok, liczylo się doczytanie historii do końca, że wstrzymywały oddech, że płakały, że ich ta historia zupełnie uwiodła. Teraz 'Szósty' lata od domu do domu, też się podoba, prawda jest taka, że po 'Bez przebaczenia' Agnieszka ma oddanych czytelnków, sięgną po wszystko, co napisze.

Rewersu od greenhistoryka nie widuję za często, tylko wtedy, kiedy muszę zajrzeć po numer katalogowy, kiedy idzie do następnego czytelnika.

Od wandy28 z Niemiec, poprzez ręce Holly, moich blogowych koleżanek, przyleciała do nas powieść Antoniny Kozłowskiej 'Trzy połówki jabłka'. Ta książka narobiła tyle zamieszania, że aż mnie to zdziwiło, jakie razenie może miec czasem wymyślona historia? Niektóre czytelniczki zareagowały bardzo uczuciowo, jedna mówiła o tej historii jakby miała siebie na myśli, druga nie chciała jej mi wcale oddać, inna jeszcze oddała, ale postanowiła kupić, bo uznała, że będzie do niej wracać. Emocje, emocje, emocje.
Tym większe, że właśnie przybyła od niej najnowsza powieść Antoniny, za co dziękuję i kłaniam się nisko, bo nie tylko biblioteka zyskała, ale i ja dostałam swój egzemplarz. Tak się wzruszyłam. Do serca przytulam

Kilka powieści z Innitium jest zaczytane, gdyby nie były tak dobrze wydane, powiedziałabym na śmierć, ale ona się zadziwająco dobrze trzymają kupy. Nigdy nie stoją na półce. Widuję je tylko w przelocie miedzy jednymi a kolejnymi rękami.

Kilka pozycji Cobena od Paris jest przytulanych do serca, głaskanych z miłoscią, wiadomo, Coben jest miłoscią wielu ludzi obu płci. Ja akurat nie przepadam, ale szanuję punkt widzenia innych.

Dzieciaki aż piszczały, kiedy zobaczyły książki wysłane dla nich przez Merlina. W ich darowiźnie bylo najwięcej pozycji dla nich. One dopiero uczą się czytać, obcować z książką, nie bez znaczenia jest fakt, że jest tych powieści taka różnorodność i że są tak pięknie wydane i pachną nowością.

Powieści Hanny Cygler cieszą się wielką popularnością. Mamy narazie dwie, ale jadą do mnie od Hanny Cygler jej inne książki, przed świętami będę miała niespodziankę dla czytelników. Tym bardziej, że i komplet 'Cukierni pod Amorem' Gutowskiej-Adamczyk, dwa tomy, też mam obiecane, jedną wygrałam w konkursie, ale to dla mnie i dla córki bedzie, ale udało mi się wyżebrać też komplet dla biblioteki. No czy ja nie jestem żebrak znakomity?

Z Otwartego pięc tytułów - zaraz po wpisaniu do rejestru książek, przeszły do rejestru wypożyczonych - kuszą okadkami, dobrymi tytułami i wyjątkowo ładnym wydaniem.

Na koniec dwie powieści Magdaleny Witkiewicz, najmłodsze stażem nabytki dla nas, bo przyjechały pod koniec wakacji, dlatego dopiero we wrześniu trafiły na regały. Są w czytaniu, to nie powiem za wiele, ale rozeszły się migiem, ludzie są spragnieni wesołej powieści, bo tutaj też potrafi być niełatwo, zresztą ludzie zawsze będą łaknąć rozrywki. Dostałam dzisiaj smsa - czytam i zaśmiewam się do łez, dzięki za rekomendację. Czyli działa.

Ot i tak to się kręci. Jedni mówią, że im serce stanęło, kiedy ona rozważała odejście od męża, drudzy że nie spali w nocy, bo chcieli zobaczyć, co dalej, inni macają nowości z niedowierzaniem i pytają - skąd, jak? A ja im mówię - dostaliśmy od pisarki z życzeniami dobrej lektury, od wydawnictwa z pozdrowieniami, do Merlina, bo nie tylko chcą zarabiac, ale też czasem przyjemność komuś sprawić, od zwykłych współblogowiczów wreszcie, którzy książki kochają i lubią się nimi dzielić. Dziękuję Wam wszystkim, w imieniu swoim, bo trochę tego waszego blasku spada i na mnie :-), ale przede wszystkim w imieniu czytelnków. Gdybyście tylko mogli zobaczyć ich uradowane twarze !!!

A pisarzom gratuluję - tyle radości, emocji, wzruszeń - a wszystko dzięki Wam.

 

czwartek, 04 listopada 2010
Błekitna sukienka (The Virgin Blue) - Tracy Chevalier (Audiobook)

Wstrętna okładka. Ja mam wydanie takie:

Oddaje ducha powieści.

Kolejna powieść, którą przeczytałam uszami podczas jazdy samochodem, sprzątania i spacerów. Kupiłam sobie ją kilka lat temu, wraz z Falling Angels (tyt. polski Spadające Anioły), nie wiem dlaczego, najpierw sięgnęłam po tę drugą, a Błękitną sukienkę zostawiłam na potem. Błąd, huuuge mistake! Trzeba ją było przeczytać wieki temu. Jest fantastyczna!

Akcja dzieje sie w dwóch planach czasowych, uwielbiam tak skrojoną opowieść. To samo było w Domu sióstr, równie udanie. Pierwsza to przełom wieku szesnastego i siedemnastego, czas, kiedy do głosu we Francji i Szwajcarii doszli protestanci - Hugenoci. Przejęli oni kościóly katolickie, zniszczyli posągi, obrazy, witraże i podniesione ołtarze, zrównali je z wiernymi, pomieszczenia kościelne zostawiając ascetycznie gołe, żadnych upiększeń. Posągi dziewicy Maryji były zniszczone również dlatego, że oni nie wyzwawali jej kultu, uznali, że to odciąga wiernych od samego Jezusa i Boga.

Niedługo trzeba było czekać na odpowiedź katolików, w 1572 roku miała miejsce noc św. Bartłomieja, pogrom hugenotów przez katolików, głównie w Paryżu, ale i w całej Francji, tamtej nocy zginęło razem ponad 20 tysięcy ludzi.

Tracy Chevalier opisuje tamte wydarzenia, ale nie z punktu widzenia historyka, nie ze szczegółami, stanowią one zaledwie tło dla historii rodziny Tournier. Elizabeth du Moullin, dziewczyna z prowincji, córka akuszerki, która przejmuje od niej umiejętności w tym zawodzie, związuje się z tyranizującym ją, ale w sumie słabym i poddanym matce i rodzinie Ettienne Tournierem. Nie jest z nim szczęśliwa, a wypadki prześladowania hugenotów pogarszają sprawę, gdyż rodzina musi uciekać i ląduje ostatecznie w Szwajcarii, gdzie rozpoczyna nowe życie.

Na drugim planie mamy Ellę Turner, Amerykankę, która wraz z męzem Rickiem przyjeżdzą do Tuluzy, gdyż on dostał tam kontrakt. Kobieta nie może się odnaleźć we Francji, mąż pracuje całymi dniami, ona czuje się odizolowana, samotna. Z zawodu jest położną, nie może jednak uprawiac tego zawodu na obczyźnie, gdyż nie wystarczajaco zna język farncuski.

Postanawia zajść w ciążę, czas wydaję się wielce odpowiedni. Jak tylko zaczynają starac się o dziecko, ona zaczyna mieć sny - śnić dziwne sceny i obrazy sprzed kilku stuleci, a motywem przewodnim jest specyficzny rodzaj błękitu, nazwyanego Virgin Blue, bo taki nosiła Najświętrza Panienka na obrazach.

Ella jest z pochodzenia Francuzką i jej nazwisko, przed zmianą, ktorej dokonali jej porzodkowie po wylądowaniu w Ameryce, było nie Turner, a Tournier. Postanawia ona poszukać swoich przodków, w czym pomaga jej charyzmatyczny, chciaż nieco szowinistyczny bibliotekarz Jean-Paul.

Historia dryfuje w przewidywalnym kierunku, ale jednocześnie zbacza kilka razy, żeby na końcu nieźle zaskoczyć. Nic więcej nie powiem, nie chcę popsuć wam lektury. Powiem tylko, że urzekła mnie ta historia niezmiernie. Wielka to była przyjemność, jak zwykle, obcować z literaturą Tracy Chevalier.  Polecam jej powieści, a tę szczególnie, za je klimat i poetyckość, a jednocześnie za walory poznawcze.

wtorek, 02 listopada 2010
SĄ - Teresa Torańska

Nie lubię wywiadów zebranych w ksiażkach, uważam, że niech one sobie będą w prasie, te z aktorami w Show czy Vivie, a te z politykami we Wprost lub Polityce, natomiast z pisarzami w Przekroju lub Pani (przykłady z czapki, uprasza się o nieczepianie)

Na lekturę tej książki namówiła mnie blogowa Lotta, nawet więcej, zdjęła ją z półki i chociaż ma takie samo podejście do pożyczania jak ja, bo się równie boi o swoje książki, pożyczyła mi i już.

Tak ją schowałam w bezpiecznym miejscu, że co z oczu to z serca, wiadomo, zapomniałam, że ją mam. Ale kiedy wzięłam do ręki, przeczytałam pierwszą rozmowę, bo to rozmowy bardziej, nie wy-wia-dy, z Ewą Łętowską - o przemijaniu, o zyciu z mężem a potem uczeniu się na nowo życia bez niego, o pasji i miłości do opery i muzyki poważnej, też o pracy.  Wpadłam, kupiła mnie Teresa Torańska, zresztą nie musiała, bo wcześniej już mnie zachwycała, ale nigdy nie czytałam jej w dużej ilości na raz, okazało się, że mimo obaw, podoba mi się i gnam przez stronicę, jakbym czytała zajmujący kryminał. Tyle, że tym razem historie pisało życie. Poznajemy znanych ludzi od innej strony, bardziej prywatnie, ale nie w stylu pudelka czy innego ratlerka, ale z klasą, bez taniej sensacji i wchodzenia w życie z butami.

Wzruszyła mnie opowieść Wnuka Lipińskiego o godzeniu się ze śmiercią syna, a potem żony, a także o drugim związku. Zachwyciła postać Popowej, nauczycielki fortepianu Adama Blechacza, z którą zaszedł aż do pierwszego miejsca w konkursie Chopinowskim. Wanda Wiłkomirska, znam nazwisko, ale nic o niej nie wiedziałam, a tu tyle ciekawostek. Bronisław Komorowski, kiedy rozmawiali, nawet nie przypuszczał, ze będzie prezydentem. Jan Nowak Jeziorański - wiele anegdot z jego życia, dziwnie się czyta wypowiedzi ludzi, o których wiadomo, że już nie żyją, a tu jakże obecni i namacalni. I jakże ludzcy. Bo te wywiady nie są po to, żeby ludzi znanych promować jeszcze bardziej, ale żeby pokazać ich bez blichtru, kamer, "kombatanckiej muszki", chociaż czasem wracali oczywiście do przeszłości opozycyjnej, bo jakże o tym zapomnieć, skoro to czasem całe życie rozmówcy.

Uwielbiam sposób rozmowy Teresy Toranskiej, taktowny, mądry, empatyczny, pytania pięknie prowadzą drugą osobę od jednego wątku do drugiego, ale też i nie dają porzucać wątków zbyt wcześnie. Bardzo się cieszę, ze mnie Lotta namówiła na tę książkę. Na pewno sięgnę po następne i poprzednie.  Polecam po stokroć.

 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!