O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
sobota, 28 listopada 2009
Oddaleni (tytuł oryginału "Poles apart") - Polly Courtney

okładka polskiego wydania powieściokładka wydania angielskiegoJak już wspomniałam, w Polsce byłam w nie najweselszym nastroju, bo jak można się cieszyć z faktu, że mama ciężko chora, a człowiek bezsilny, bo daleko.

Znalazła się jednak wisienka na tym słodko-gorzkim torcie.  A mianowicie koleżanka, która prowadzi księgarnię w mieście mojego dzieciństwa, gdzie nadal mieszka moja mama, kiedy mnie ujrzała i miałyśmy okazję odpić kawę i pogadać – zgadnijcie o czym? – o książkach, zaproponowała mi udział w jej programie telewizyjnym o nowościach wydawniczych i wręczyła powieść do przeczytania na tę okoliczność.  Gościem podobno byłam pożądanym, gdyż tyle lat jestem na emigracji, a powieść była o Polce jadącej z Łomianek do Londynu i jej perypetiach.  Strasznie się ucieszyłam, a kiedy zobaczyłam, że autorką nie jest rzeczona Polka, a prawdziwa Brytyjka (150% cukru w cukrze) - Polly Courtney, napaliłam się jak hydraulik ‘Radomskich’ w przerwie śniadaniowej.  Powieść nosi tytuł „Oddaleni” (w oryginale „Poles Apart”).  Miałam na jej przeczytanie pięć dni, jakieś 430 stron, niby niewiele, ale przecież ja byłam zajęta chorą mamą, instalowaniem jej po półrocznym pobycie w domu, załatwianiem opiekunek i wieloma drobiazgami, które były priorytetowe i niestety czasochłonne.  Ale mól książkowy zawsze, niezależnie od okoliczności i pory roku, daje sobie radę z lekturą bez problemu.  Podzieliłam sobie książkę na 5 cześci, 86 stron każda, i trzymałam się planu, żeby mnie to sen miało kosztować.

Nadszedł dzień pobytu ostatni, tego wieczora spotkaliśmy się w teatrze muzycznym na nagranie programu (okazało się, że była obsuwa w terminie, więc niepotrzebnie się tak spieszyłam z tym czytaniem).  Cieszyłam się, że to był wieczór przed moim odjazdem, bo miałam coś przyjemnego i rajcującego, na co mogłam czekać i o czym myśleć, kiedy mi było ciężko i tęskno za rodziną.
Panowie rozstawiali sprzęt, warunki raczej spartańskie, szykowałyśmy się do rozmowy przed kamerami, zastanawiałam się, czy mam tremę i czy mnie zatka? Nigdy nie byłam w telewizji, w radiu owszem, tam nie miałam problemu z tym, żeby język giętki powiedział to, co pomyśli głowa, ale telewizja to co innego.  Poza tym - jaki koń jest każdy widzi, nie jestem jakąś superową laską z giętką talią, a ekran podobno dodaje kilogramów. Pomyślałam, że jeżeli to prawda, to ja wystąpię w charakterze czołgu Rudy 102.  Na szczęście dla mnie, bo inaczej bym się nie zgodziła i ominęłaby mnie przygoda i przyjemność, nie zamartwiam się nieustannie, że mam nadwagę i właśnie mi wyskoczył pryszcz na czole, no może w kostiumie kąpielowym po mieście nie paraduję, mam litość nad innymi, ale przecież się nie zakopię pod ziemię i albo mnie biorą taką jaka jestem, albo nie.

Dziewczyny zaczęły program od omawiania „Trzynastu księżyców”, nowej powieści autora Wzgórza Nadziei – Charlesa Fraziera.  Miałam czas ochłonąć, zobaczyć jak radzą sobie z kamerą, jak zachowują się podczas nagrania i oczywiście upewnić się, że dam radę, bo jeżeli byłyby zdecydowanie lepsze, niż sobie wyobrażałam, że ja będę, dałabym nogi za pas i nigdy by o mnie więcej nie usłyszeli (w duchu gratulowałam sobie, że oddałam już książkę, więc nie byłoby problemu ze spotkaniem po blamażu, o ile takowy miałby nastąpić).  Zadowolona stwierdziłam, że chyba dam radę, nawet więcej, nie czuję w sumie, że to nagranie, że to będzie oglądać jakieś audytorium, nawet śmiałam się w kułak, że pewnie tylko trzy osoby na krzyż ten program zobaczą, bo ma ukazać się przed świętami, więc ludzie będą uganiać się za karpiami i wisieć na oknach ze ścierką.  ‘Nadejszła wiekopomna chwila’, pan od dźwięku przewlókł mi kabel od mikrofonu między cyckami, przypiął urządzenie do koszuli, kazał powiedzieć coś na próbę i poooooszło.  Rozmawiałyśmy o powieści, która mi się nie podobała, bo leciała stereotypami, była mało odkrywcza, brakowało typowego brytyjskiego zęba i spojrzenia na sprawę emigracji w szerszy sposób, nie tylko poprzez pryzmat dziewczyny, która prezentowana była jako bardzo wykształcona, a zachowywała się jak głupia gęś.  Czytadło na słabsze dni (choć znalazłabym bez problemu 10 lepszych), może być, ale nic z tej historii w sercu nie zostanie, nawet klimat powieści mógłby być bardziej londyński, więcej smaczków by się przydało. Bałam się, że za ostro lecę, ale z drugiej strony, nic nie poradzę na to, że ta książka jest po prostu słaba. Miałam nawet taki moment, że myślałam, że napisała ją Polka pod pseudonimem, bo nie było tam brytyjskiego stylu, była natomiast typowo polska gmatwanina; po wygooglowaniu autorki i przekonaniu się, ze istnieje naprawdę, pozostało mi uczucie, że napisała tę książkę ‘z promptera’ niejako, korzystając z doświadczeń i podpowiedzi prawdziwej Marty (bo istnieje takowa!), niestety bezmyślnie te uwagi wykorzystując.  Spodziewałam się zobaczyć obraz polskiej emigracji oczami Brytyjki, a dostałam opowiastkę dobrą do czytania na plażę.  I pozostawienia jej tam po skończeniu, bo na półce szkoda na nią miejsca.  Na obronę autorki powiem jednak, że trzeba jej przyznać, że ma dla nas wiele serca, zdaje się lubić Polaków, co nawet widać na jej stronie, którą możecie zobaczyć TU

A jeżeli chodzi o pobyt w telewizji, no cóż, gwiazda duuużego formatu ze mnie :-))

21:07, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 listopada 2009
A co kupiłam, co dostałam, zaraz wam opowiem...

 

Właśnie wróciłam z Polski. Pojechałam do chorej mamy, miała udar mózgu i od tej pory tak jeżdzę tam i z powrotem.  Nic przyjemnego, bo za każdym razem mam wyrzuty sumienia, że ją zostawiam. Nie sprzyja to zakupom, nie mam wtedy radości ze szperania po półkach, a i kasy ostatnio jakby mniej, to i nabytków też mało.

Gdyby nie przyjaciele, kupiłabym tylko dwie książki.

"Julie & Julia" - Julie Powell już sobie wymarzyłam dawno i zaplanowałam jej kupno, bo pod skórą czułam, że koniecznie musze ją przeczytać. Lubię takie hisotrie, o życiu, gotowaniu, a raczej o życiu poprzez pryzmat gotowania i używając gotowania jako przenośni dla określenia pewnych stanów czy zjawisk w życiu. Nie czytałam jej jeszcze, ale już wiem, że będzie mi się podobać.

"Moskwa Kwa Kwa" - Wasilij Aksionow powieść z gatunku i dla niej, i dla niego, a do tego z mojego ulubionego nurtu rozliczeniowego z czasami Stalinizmu, tym razem trochę w krzywym zwierciadle. Sięgnęłam po nią bez zastanowienia, bo Aksionowa ukochałam sobie po "Moskiewskiej sadze", która mnie zachwyciła i urzekła i to nie tylko dlatego, że jestem rusofilką i łykam wszystko co ruskie. Uwielbiam te klimaty, a ten autor jak nikt inny potrafi o tym pisać.

I to pewnie by było na tyle, gdyby nie przyjaciel, który mnie i mężowi postanowił zrobić niespodziankę i podarował nam: "Róże cmentarne" Czubaja i Krajewskiego - czytałam ich pierwszą powieść "Aleje Samobójców" i bardzo mi się spodobała, więc siłą rzeczy uważam, że i ta nie bedzie gorsza; druga podarowana to "Awantury na tle powszechnego ciążenia" Tomasza Lema, syna Stanisława Lema, który w sposób fantastyczny, lekko i zabawnie opisał swojego ojca. Przyznam się bez bicia, że Lema nie czytałam, bo poległam na Opowieści o pilocie Pirxsie i już nigdy nie sięgnęłam po nic innego, ale tę książkę otworzyłam i utonełam w anegdotach i śmiesznych historyjkach i zapragnęłam mieć ją dla siebie na zawsze. Odłożyłam jednak, ze względu na cenę, chociaz wydana jest ładnie i chyba nawet warta tych pieniędzy, ale jak się ich nie ma za wiele, albo potrzebne sa na inne wydatki, to czasem trzeba dokonywać takich wyborów. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przyjaciel wręczył mi ją w prezencie. Od Piotra żony, Doroty dostaliśmy piękne renifery stojaki na świeczki na stół świąteczny i dwa ludziki w sfetrach i czapkach do powieszenia na choinkę.

W ogóle ten wyjazd był dla mnie wzruszający, bo oprócz zakupów i prezentów książkowych, dostałam też piękny czajniczek od przyjaciółki (dzięki Milena), dla herbaciary zwariowanej na punkcie nie tylko samego napoju, ale i sposobu jego picia, a raczej naczyń do tego slużących, to jest prezent trafiony w 10. Poza tym nabyłam przyprawę do kawy, co mnie bardzo rajcuje, bo lubię ten czarny napój podawany na dziwne sposoby. Poza tym kupiłam krem wasabi, czyli taka polską odmianę chrzanu z dodatkiem wasabi, zielony jak skurczybyk, mam nadzieję, że równie dobry jak oryginał, a trochę mniej ostry, bo kiedy jem wasabi w japońskich restauracjach, lecą mi łzy, taka to moc. Do tego głupia jestem, bo lubię, wiec zawsze nakładam za dużo.

Kupiłam sobie jeszcze aniołka siedzącego na książce, którego wam pokażę przy okazji. Uwielbiam anioły, a takie z książkami szczególnie, mam już 3. Nawiasem mówiąc mam też Mikołaja siedzącego na worku czytającego książke, a do tego parkę niedzwiadków, które siedzą oparte o książki i zgadnijcie co robią - czytają (te w sklepie ze starociami wynalazła dla mnie Agnieszka).

I to już koniec. Niewiele, ale tym razem naprawdę nie pojechałam do kraju na zakupy i obiecałam sobie, ze nie będę szaleć, tym bardziej, że zamówiłam wielką paczkę książek na święta (nie wiedziałam, że będę musiała jechać do Polski), a zeby mnie nie kusiło, wzięłam tylko podręczny bagaż.

A na koniec pokażę wam mój kącik, gdzie sobie siedzę i piszę te notki. Marzyłam o takim biurku w sypialni od dawna i mi się trafiło w spadku od znajomych, którzy przy przeprowadzce chceli go zostawić w starych mieszkaniu. Czyż ja nie mam szczęścia? No i te kwiaty imieninowe, które czekały na mnie po powrocie, jak miło.

czwartek, 12 listopada 2009
Pokonani - Irina Gołowkina

rok wydania 1996 Czytelnik, rok wydania 1996

Z tą powieścią wiąże się historia rodzinna, a mianowicie została ona wydana w roku, kiedy urodził się mój syn, mąż właśnie otworzył nowy biznes i w ogóle nie mieliśmy pieniędzy. Nigdy przedtem, ani potem, nie było tak źle.  Zobaczyłam ją na półce w zaprzyjażnionej księgarni na Tatarkiewicza w Koszalinie i zapałałam miłością od pierwszego spojrzenia, ale kiedy ma się do wyboru jedzenie dla dzieci, odżywki dla nowonarodzonego i pieluchy, rachunki, a książka, to wiadomo, co trzeba wybrać. Jestem wariatką na punkcie czytania i kupowania książek, ale bez przesady, dzieciom od ust nie odejmę. Chodziłam 'odwiedzać' "Pokonanych" do księgarni, gdzie pani kierowniczka była świetną kobietą, godziny przegadałyśmy o różnych autorach i ich dziełach, a był to czas, kiedy nie mieliśmy internetu i komputera w każdym niemal domu, więc te rozmowy potrzebne nam były jak powietrze, poza tym nie raz pożyczała mi książki, szczególnie starsze wydawnictwa, które były trudne do dostania (jak na przykład 'Męża z ogłoszenia" Stulgińskiej). Odwiedzałam więc książkę na półce, pani kierowniczka (jakże mi żal, że nie pamiętam jej imienia, z Torunia się wywodziła) wysyłała uczennicę z Wojtkiem w wózku na spacer, a my sobie gawędziłyśmy. Któregoś dnia, widząc moją rozpacz i straszną chętkę na "Pokonanych" zaproponawała mi jej pożyczenie, bo i tak miała sobie kupic na właśność. I ja tę książkę przeczytałam z zapartym tchem. Oddałam i tyle ją widziałam.  Kiedy mi się polepszyło finansowo, chciałam kupić, ale nakład był wyczerpany, a w antykwariatach ani widu, ani słychu (przypominam o Allegro nikt jeszcze nie słyszał).  Szukałam jej całe lata, kiedy zaczęły się aukcje, wypływała czasami gdzieś w sieci, ale albo zniszczona, albo horendalnie droga. Poza tym mieszkając zagranicą, nie wiem dlaczego, nie mogę kupować na Allegro, nie daje mi się zalogować. Chodziłam, jęczałam, gadałam, aż moja koleżanka powiedziała, że ma taką jedną obeznaną z aukcjami w Polsce i poprosi ją o licytowanie, kiedy będzie okazja. Od innej koleżanki dostałam smsa z Polski, ze jest dostępna i powinnam zacząć licytowac. No to ja w te pedy do tej pierwszej, ta do koleżanki, tamta na licytację i mi ją kupiła - za bagatela 100 złotych. Ale co tam, pomyślałam, nie mogę przecież całe życie uganiać się za ksiażką, mało ich na rynku, tańsza pewnie nie będzie. Pozostało jeszcze cierpliwie czekać na transport z Polski i mam, stoi dumnie na półce i mnie cieszy. Nie szkodzi, że czytałam, zrobię to jeszcze raz, moja córka, w międzyczasie dorosła do takich powieści, mąż przeczyta, bo wtedy nie dał rady, nie zgnije.

Cóż to jest za powieść, że mi tak sen z powiek przez bez mała 13 lat spędzała?
Napisała ją wnuczka Rimskiego-Korsakowa, zarzekała się, że nic w niej nie jest zmyślone, a dotyczy jej rodziny i znajomych. Dzieje się w Rosji po rewolucji pażdziernikowej, traktuje o arystokracji i jej sytuacji w nowej rzeczywistości politycznej. Ci, którzy nie wyjechali z Rosji, z różnych powodów, skazali się na życie w poniżeniu (o ile je w ogóle zachowali), upodleniu, na skraju nędzy. Książka ma 870 stron, była bardzo długo na cenzurowanym w Rosji, przepisywali ją wtedy ręcznie i w takiej formie pożyczali sobie do czytania. Napisana w latach 50tych, w ukryciu przed bezpieką, ujrzała światło dzienne w Rosji w 1992 roku, już po śmierci autorki.

Powieść jest przejmująca. Porównoują ją do 'Przeminęło z wiatrem", nie wiem, czy słusznie, bo jak to niby zmierzyć? Mnie się kojarzy raczej z Doktorem Żiwago, ale pewnie z powodu umiejscowienia akcji.

Kiedy mam gorsze dni, miewam sny, ze jest wojna, ja uciekam z dziećmi w tłumie uchodzców, tracimy dom, majątek, nawet walizki muszę zostawić na drodze, bo nie mam siły nieść młodszego dziecka i targać dobytku.  W tej powieści wszystkie moje strachy ujrzały światło dzienne. Jest starsza kobieta, której do domu wprowadza się hołota, zostawiając jej małą służbówkę, w której może pomieścić tylko małą część dobytku, reszta przechodzi na własność ludu. Kobieta dumnie znosi tę odmianę w życiu, stara się zachować godność i nauczyć tego swoją wnuczkę, która dopiero wchodzi w życie. Jednocześnie przekazuje jej wartości wyniesione z domu, z arystokracji, ale i dostrzega konieczność przystosowania się dla zachowania życia. Trudne wybory. Czułam całym sercem to, co ona czuje, kiedy sprawy przybierały fatalny obrót, namacalnie czułam zagrożenie, ich niemoc, a jednocześnie zwierzęcą wręcz siłę do walki o przetrwanie. Mąż mnie kiedyś znalazł w wannie z tą książką, płakałam tak, że zagroził, że mi ją odbierze i nigdy nie odda.  Rzadko miewam tak emocjonalne podejście do powieści, ale ta zapadła mi głęboko w serce i poruszyła do żywego.

Polecam ją wszystkim rusofilom jako absolutne 'must-read', a całej reszcie jako niezapomnianą przygodę z poznawaniem świata i czasów, których już dawno nie ma.

wtorek, 10 listopada 2009
Opętanie - Possession A.S. Byatt

okładka filmowa Booker Price 1990

Jak widzicie nie jest to gorąca nowość, dlatego umieszczam w dziale Stare, ale jare. Zauważyłam jednak, że nadal wiele jest osób, które nie słyszały nigdy o tej powieści, ani o filmie na jej podstawie, a ponieważ uważam, że jest ona warta uwagi, napiszę tutaj kilka słow.  Mam nadzieję, że niczego nie pomieszam, jeżeli tak, wybaczcie, ale już dawno czytałam, oglądałam też ze 2 lata temu, ostatnio kupiłam na DVD na play.com za jedyne 3.99 euro, wiem, że do tej historii wrócę nie raz.

Jest to romans, bo jakże inaczej nazwać powieść o miłości?  Ale romans z ambicjami, a nie jakiś dziadowska historyjka, nie bójcie się.  Dzieje się w dwóch przestrzeniach czasowych jednocześnie - współcześnie, w środowisku akademickim i w czasach wiktoriańskich.

Współcześnie poznajemy badacza twórczości i życia pisarza Randolpha Asha i biografkę poetki,  zdeklarowanej starej panny, Christabel La Motte. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak im się wydawało, kochający małżonek i pisarz okazuje się mieć romans z rzeczoną ekscentryczną poetką (która wprawdzie nie jest zamężna, ale do starej panny jej daleko) - i to właśnie odkrywa ta para badaczy literatury (nie lamentujcie, wszystkiego wam nie zdradziłam).  Badają trop i ta historia opiera się oczywiście na tym, jak dochodza do prawdy, co się między nimi dzieje, kiedy spędzają czas razem grzebiąc w przeszłości i tak dalej.  Jednocześnie prowadzona jest fabuła w przeszłości, poznajemy bliżej parę kochanków wiktoriańskich, ich motywy (czyli tę wielka bezwarunkową namiętność opierającą się wszelkiej logice i rozsądkowi), tajemnice poetki, których ma więcej, a przy okazji czasy, w których żyli.

Książka jest fascynująca, jeżeli lubi się historie o odkrywaniu meandrów literatury, grzebaniu w przeszłosci i w starych rękopisach.  Ale nie myślcie, że jest nudno, bo ta powieść to też niezły thriller, więc nie będziecie przysypiać nad opisami natury i wielkiej miłości kochanków retro.

Do filmu zasiadłam bez przekonania, przyznam się, że obejrzałam przed przeczytaniem książki, bo tej nigdzie nie mogłam zdobyć (nakład w Prószyńskim wyczerpany, więc szukajcie na Allegro lub w antykwariatach). Moje 'bez przekonania' prysnęło jak bańka mydlana po kilku minutach i zapewniam was, że gdyby wtedy ktoś mi przeszkodził w dokończeniu seansu domowego, zatłukłabym jak psa i każdy sąd by mnie uniewinnił (jak to wszystkie zbrodnie czynione w uzasadnionym afekcie).

Ta historia tak się we mnie zakorzeniła, że bardzo często, kiedy gotuję i siekam warzywa na przykład, a przy tym nie trzeba być szczegółnie skupionym i moje myśli dryfują w kierunku różnych opowieści, które mi było dane przeczytać - baaardzo często jest to właśnie Possession.  Prawdopodobnie urzekła mnie ona też z innego powodu, a mianowicie tak jak para badaczy literatury, miałabym ochotę poświęcić życie na grzebanie w bibliotece, w starych rękopisach czy listach, o czym przypomniała mi padma swoimi wpisami w Mieście Książek, a co stało się jedną z tych rzeczy, których niezrobienia będę żałować do końca życia (nawiasem mówiąc, jaka szkoła przeważa obecnie - imiesłowy razem czy osobno?).

'Opętanie' A.S. Byatt to powieść, która jest dowodem na to, że nie trzeba być jakimś udziwnionym i przeintelektualizowanym pisarzem, żeby być nagradzanym.

Obejrzałam ten trailer jeszcze raz i teraz się boję, że pomyślicie, że ja tak w kółko o miłości i kostiumowo, a do tego tylko w kręgu anglosaskim. Otóż dementuję. Następnym razem wysmaruję jakiś krwawy tekst, haha.

 

 

sobota, 07 listopada 2009
Koniec Empire Falls (tyt. oryg. Empire Falls) - Richard Russo

wydanie polskiewydanie angielskie

Powieść ta dostała nagrodę Pulitzera w roku 2002, moim zdaniem jak najbardziej zasłużenie.

O czym jest ta powieść? Miles Roby prowadzi restaurację należącą do miejscowej potentatki. Opisuje życie w maleńkim miasteczku amerykańskim (Empire Falls), właśnie z perspektywy okna tej restauracji. To raczej taka jadłodajnia w stylu amerykanskim, gdzie dolewka kawy jest za darmo, gdzie dostaje się porządne śniadanie dla budowlańca, gdzie po południu można pogawędzić przy kontuarze lub pograć w szachy z kumplem.  Galeria postaci, któe tam wpadają na przekąskę lub po prostu małe pogaduszki, jest imponująca.  Jest też tajemnica, rodzinny sekret, który powoli wyłania się z mgły, jest całkiem świeża miłość, jest starszy człowiek, który ma mądre maksymy, jest młodzież ze swoimi problemami. Jest wszystko co prawdziwa, soczysta powieść miec powinna. Takie właśnie uwielbiam.  Jestem zakochana w jej klimacie, a sama hisotia jest po prostu fascynująca. Nie chcę nic wam mówić, bo boję się, że zdradzę coś, co nie powinno być wiadome na samym początku.

Na jej podstawie HBO nakręciło mini serial, bodajże 2 odcinki pełnometrażowe (po 2 godz każdy) z fantastyczną obsadą: Paul Newman (ojciec), Joanne Woodward (właścicielka połowy miasta), Helen Hunt (była żona głównego bohatera), Philip Seymour (wiem, ale nie powiem) i Ed Harris (głowny narrator, Miles Roby). Gwarantuję, że wpadniecie w 'pułapke' tej historii niehybnie, więc lepiej przygotujcie sobie coś zawczasu do jedzenia, chusteczki (jeżeli macie oczy na mokrym miejscu, tak jak ja) i uprzedźcie rodzinę, że wyjeżdżacie do Empire Falls na kilka dni.

Mała dygresja dotycząca okładki polskiego wydania - gdybym zobaczyła ją na półce, chyba bym nie kupiła, jakaś dziadowska strasznie i nie oddająca zupełnie charakteru powieści.

Film był nadawany na polskim HBO, tam go widziałam, więc ma lektora polskiego, jakby się ktoś pytał.

15:24, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 05 listopada 2009
Lark Rise to Candleford

okładka pierwszego sezonu na dvdPowieść Flory Thompson sfilmowana przez BBC

Przepraszam Was, że tak wyjeżdżam z powieścią i serialem anglojęzycznym, do tego nie przetłumaczonym na język polski (mam nadzieję, że jednak wkrótce), ale taka jest moja rzeczywistość, że czytam i oglądam tyle samo po polsku, co i po angielsku, bo żyję od tylu lat w Irlandii i staram się też korzystać z dobrodziejstw tej kultury w oryginale. Mam nadzieję, że jest was wiele używających języka angielskiego na tyle, że czytacie lub oglądacie filmy w oryginale, bo takie też będę polecać. A jezeli nie możecie skorzystać z rekomendacji z powodu nieznajomości tegoż (tak jak ja niestety nie czytam po niemiecku, ani po francusku), może wpiszcie na listę - do zaliczenia, kiedy pokaże się tłumaczenie.

Ten serial dostałam na DVD z jednoczesną rekomendacją powieści, z nakazem wręcz, przeczytania jej w najlbiższym czasie, od Jane - ponad siedemdziesięcioletniej czarownicy.  Powaznie mówię, ona jest tak zwaną białą czarownicą, uprawiającą ten proceder na korzyść ludzi i taki jest warunek, gdyby jej się zechciało komuś zaszkodzić, nawet w obronie własnej lub na swój użytek, straci przychylność wróżek, które jej użyczają mocy, którą dysponuje.  Możecie mi wierzyć lub nie, ale gdybyście widzieli jej dom, obejście, gdybyście mieli okazję z nią rozmawiać i przekonać się wielokrotnie o jej umiejętnościach, nie bylibyście już tacy sceptyczni.  Ja w każdym razie już nie jestem. Pokazała mi stareńką książkę, a ja jej nie doceniłam.  Z grzeczności obiecałam, że jak tylko będę miała lukę w czytaniu (ja lukę!) to sięgnę po nią.  Ona na to - to weź chociaż DVD.  Ja na to, jak będę miała lukę.... Tak w ogóle to ja bardzo lubię seriale kostiumowe BBC, ale jakoś tak się nie czułam w nastroju.

Po kilku tygodniach córka poinformowała mnie, że tydzień spędzi w domu, ma przerwę halloweenową na studiach.  No to ja w te pędy do Jane po te filmy, bo z córką to ja chętnie, połaczemy sobie, zjemy coś pysznego, taki czas dla nas.  Czasu nie miałyśmy, bo mamy takie zaległości, że jak już się zejdziemy, to gadamy, gotujemy, ona z bratem coś tam też robi, czas przeleciał i nic, nie obejrzałyśmy.  Ona wyjechała, ja jak zwykle po zamknięciu drzwi za nią - w płacz, a wieczorem, po "Domu nad rozlewiskiem", postanowiłam jednak sama powalczyć z tą historią w 20 kilku odcinkach.  Wlączyłam i przepadłam - pierwszej nocy oglądałam do 3.30 rano, drugiej już musiałam być mądrzejsza, bo na drugi dzień ważne rzeczy miałam do zrobienia, poszłam do łóżka o 2, wczoraj padłam, bo jednak z żelaza nie jestem, ale dzisiaj chyba red bulla wypiję i dalej w tango z Lark Rise i Candleford.

To są nazwy dwóch małych miasteczek w epoce wiktoriańskiej w East Hampshire. Piersze biedniejsze, wieś raczej, a drugie maleńskie miasteczko z eleganckimi sklepami, pocztą, w której to dzieje się większość akcji, bo to ona spina klamrą całą historię.  Na poczcie naczelnikiem jest kobieta, w tamtych czasach niezwykłe, bierze ona do siebie młodą dziewczynę z rodziny, na przyuczenie zawodu i żeby pomóc jej rodzicom, bo w domu biednie i dużo rodzeństwa (to akurat normalne).  Poznajemy wścibskie siostry, które prowadzą sklep z odzieżą po drugiejs tronie ulicy, listonosza, i gospodynię domową, starszą już kobietę, która prowadzi dom poczmistrzyni.  Jest też dwór z właścicielem ziemskim, który robi też za sąd i przestawiciela królowej, ma on młodą żonę i nie bardzo mogą zajść w ciążę.  Łączy go jakiś sentyment z naczelniczką poczty, jeszcze z dzieciństwa.  W Lark Rise mamy całą gamę fantastycznych postaci, młodych i starych.  Życie się toczy, obfituje w nagłe zwroty i niespodzianki, obcy przyjeżdżają, miejscowi się zakochują i kłócą, a to koncert zorganizują, a to kogoś sądzą za długi, a to duchy przeszłości nękają bohaterów - pełna gama, jak to w takich serialach typu Jane Austen lub Emily Bronte.

Niby podobny, a jednak jest w nim jakaś świeżość i wyjątkowość.  Nie mogę się zupełnie oderwać od ekranu, kończy się epizod, a ja koniecznie muszę, imperatyw nieodparty i nie poddający się żadnemu rozsądkowi, obejrzeć następny. Cały dzień czekam tylko na moment, kiedy będę mogła wrócić do Lark Rise i Candleford.  Obejrzałam juz pół, ale to nic nie szkodzi, i tak wpiszę go na listę życzeń na świateczny prezent.  Muszę to mieć na własność, bo wiem, że będę do tego wracać.  Założyłam sobie nawet notes z wyrażeniami z tego filmu, mówią tam tak pięknym angielskim, tyle jest tam powiedzonek i fantastycznych fraz, że sobie je na gorąco zapisuję, bo boję się zapomnieć.  Książkę też kupię i wiem, że po kilkumiesięcznej przerwie, przeczytam z wypiekami na twarzy i wielkim zainteresowaniem.  Taka to historia!!!

Gdyby ktoś był zainteresowany, zapraszam na stronę BBC poświęconą temu serialowi, a na dole fragmenty, żebyście nabrali smaku

 

 

"The story of Edgar Sawtelle" by David Wroblewski

Takie miała świetne recenzje, że postanowiliśmy wybrać ją na kolejną lekturę w bookclubie.  Należę do niego od roku, spotykamy się w bibliotece.  Jest nas 12-14, same kobiety, do tej pory udawało nam się zaliczać dosyć dobre powieści, ale ta mnie niestety zawiodła.  Albo ja zawiodłam.  Bo nie dałam rady przez nią przebrnąć.  Moja okładka była inna, gdyby była ta, którą wkleiłam tutaj, może bym sie i położyła w drzwiach jak Rejtan i błagała o zmianę tytułu, a mianowicie dlatego, ze z zasady nie czytam książek o dzieciach, ani o psach, a o dzieciach i psach w jednej powieści to już w ogóle nie ma mowy.  Jeżeli występują przy okazji, nie ma sprawy, w końcu trudno znaleźć tytuł, żeby ich w ogóle nie było, ale główny bohater (bohaterowie), to już dla mnie za dużo.  Rzecz się ma tak, że od pierwszej strony wyczekuję momentu, kiedy coś się stanie złego z dzieckiem lub zwierzakiem.  Czekał, czekał i doczekał, w tej powieści dziecko (Edgar) rodzi się po serii poronień, lekko niepełnosprawny, psy zdychają, a w pierwszym rozdziale, zeby mnie dobić, akcja dzieje się gdzieś w Wietnamie (?), ktoś kupuje trutkę i sprzedawca wypróbowuje ją, na pokaz dla kupującego, na psie. No proszę państwa, akurat coś, zeby mnie dobić.  Potem to już dla mnie istna męka była.  Nie dość, że opisuje szczególiki najmniejsze, to jeszcze te psy (ojciec ma hodowlę) wciąż i wciąż.  Dziecko się rodzi, ale nie mówi, chociaż ma wszystko niby w począdku z narządami mowy. A na okładce dowiedziałam się jeszcze, że ojciec umiera i będzie towarzyszył dziecku duchem (jako duch?), ja nie bardzo lubię takie wątki, nawet hit kinowy "Uwierz w ducha" obejrzałam z łaski i wcale mi się nie podobał (a przcież ś.p. Patric podobał się wszystkim, sama się w nim kochałam po Dirty Dancing). Perspektywa ducha może mnie zniechęciła, sama nie wiem, w każdym razie, kiedy otwierałam książkę, czułam się tak, jakbym na galery szła.  Jonathan Caroll powiedział kiedyś, że świat jest pełen książek, które chcelibyście przeczytać, ale nie dacie rady zdążyć przed śmiercią, bo wciąż są nowe i nowe, więc jeżeli jakaś się nam nie podoba po powiedzmy 50-100 stronach, odkładac i się nawet nie wahać.  No to i odłożyłam, co nie znaczy, że ona jest beznadziejna, tylko mnie po prostu nie podeszła.  Może gdybym czytała ją po polsku? Ale z drugiej strony tyle książek czytałam po angielsku, więc dlaczego akurat na tej miałabym się wyłożyć?

Ot, mam zagwostkę.  W każdym razie czynię tu wyznanie - nie przeczytałam, poległam na 90 stronie i się tego nie wstydzę (no może troszeczkę).

00:34, kasia.eire
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Miłość w "Bikini"

Bikini

Janusz L.Wiśniewski "Bikini" Bardzo dobra powieść. Do Samotności w sieci się nie zmusiłam, ale kiedy tylko wzięłam do ręki tę i przeczytałam kilka akapitów, wiedziałam, że nie wypuszczę z ręki, aż skończę. Dzieje się na końcu II Wojny Światowej, zaczyna bombardowaniem Drezna, potem poznajemy Amerykanina w tym samym czasie żyjącego w Nowym Yorku. Pracuje jako fotograf dla NY Times, jedzie do Niemiec fotografować wojnę i poznaje dziewczynę znaną nam już z bombardowanego Drezna. Jeżeli ktoś myśli, że to jest zwykły romans, myli się, a ja nie powiem nic więcej, żeby nie popsuć wam lektury. Warto, warto, warto!!!
Nie tylko dla kobiet.

Po jej przeczytaniu zawstydziłam się, że nie dałam szansy Wiśniewskiemu wcześniej, nawet do niego napisałam, a nie robię tego prawie wcale, pogratulować.  Nie odpisał, może się obraził? Bo napisałam, że nie mogłam się przekonać do jego wcześniejszych dokonań.

Może jestem kopinięta, ale lubię powieści niektórych polskich autorów pisane w latach 60/70 tych, roztrząsających rzeczywistość powojenną, jak żyć po przyżyciu wielu okropności, jak budować na gruzach?  Ta książka nawiązuje do najlepszych pozycji z tego nurtu, zadaje pytania ważkie, pozostawia dyskomfort, tak nielubiany w czasach, kiedy dąży się do maksymalnie wygodnego postrzegania świata i nas w tym świecie.  Rodzą się przemyślenia, może nie najprzyjemniejsze, ale nieodzowne do tego, żeby żyć świadomie i pokonywać swoje nadwrażliwości, chęć odsuwania trudnych myśli na później.  Jednocześnie jest to piękna opowieść, płynąca gładko i szybko.  A po zamknięciu książki pozostaje niedosyt - uwielbiam to uczucie.

15:27, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (6) »
Świat Talków - wchodzę w ciemno

Talków felietony t.2 Talków felietony t.1

Słyszałam o nich wiele, ale jakoś się nie składało, żebym cokolwiek przeczytała.  W 2004 roku obejrzałam kilka odcinków serialu nakręconego na podstawie ich felietonów, niestety tylko 6, bo jakoś szybko się TVP znudziło, może nie było wystarczająco wysokiej oglądalności? Odcinki były krótkie, zaledwie 27 minut każdy, i nadawane były, z tego co pamiętam, bardzo późno.  Nie będę wchodzić w szczegóły, jeżeli ktoś chce sobie sprawdzić zapraszam TU

Problemem czytacza maniakalnego jest zbyt dużo pozycji w kolejce, wieczny brak czasu na to, żeby to ogarnąć i wieczna gonitwa, mimo nadmiaru już posiadanego zapasu, za nowościami.  Nic więc dziwnego, że mimo wielkiej chętki, wciąż mi gdzieś te zbiory felietonów umykały. Ale co nam przeznaczone, nas nie ominie - pewnego razu, podczas leniwych rozmów przy herbatce z niedawno poznaną koleżanką, ujrzałam u niej zbiór Talki w wielkim mieście, jednego słowa zachęty zaledwie trzeba mi było, żeby poniosła ją ze sobą do domu.  Wpadłam w świat Talków bez uprzedzenia, nie sądziłam, że można się tak zakochać w ludziach, których się zupełnie nie zna.  O Talkach mówię.  Jakim gatunkiem jest felieton przypominać tu nie muszę, wiadomo, ze kiedy czytasz takie teksty wiesz, że wyszły one z wnętrza autora zabierając ze sobą jego kawałek.  Nie ma felietonu bez obnażania się i odkrywania prawd o samych sobie, jest to po prostu niemożliwe.  W tym przypadku mamy klasyczne 2 w 1, bo piszą i Talko, i Piątkowska jednocześnie.  Przy okazji szukania dla was fragmentu serialu (nie znalazłam, a szkoda), natknęłam się na bloga Czytam, bo lubię, a w nim też kilka słów o Talkach.  Autorka pisze tam, że nic odkrywczego, ale zgrabnie napisane. Hmm, może i nic odkrywczego, ale czy felietony nie są o tym, co wszyscy widzimy za oknem, tylko czasem nie mamy tego czasu nazwać, czasem nie potrafimy tego zebrać do kupy, a zawsze lubimy o tym czytać i dowiedzieć się, co inni, o tej samej sprawie czy zjawisku, myślą.  A jeżeli przy okazji napisane jest to z humorem (i to jaką dawką!), a do tego jakże fabularnie (obrazy pchają nam się do głowy same), jeżeli każde dwie/trzy stroniczki to gotowy scenariusz jednego odcinka serialu (szkoda, ze jednak go nie pociągneli), to czegóż chcieć więcej.

Nie będę opisywała o czym te felietony sa, każdy, jeżeli ma ochotę, może przekonać się sam. Powiem tylko, że gdyby mi było dane wybrać sobie przyjaciół, gdyby Pan Bóg zszedł pewnego razu na ziemię i powiedział - Kaśka wybierz sobie kilka osób, z którymi chcesz się kolegować do śmierci, oprócz Pilcha, który zawsze będzie na pierwszym miejscu, byłaby para Talko i Piąktowska. I wiem, że bym się nie zawiodła.

Podobno w cyklu TVN Style - "Taka miłość się nie zdarza", było też i o nich, muszę to gdzieś wyśledzić, bo przegapiłam.

Jeżeli chcecie się pośmiać i to na głos, serdecznie, tak z bolącą przeponą i potokiem łez (ja zawsze się zalewm łazami, kiedy się śmieję, mam to po tacie) - sięgnijcie po Talków.  Gwarantuję, że się nie zawiedziecie.

15:08, kasia.eire , Czytelnia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009
"Wszystko przez tancerza" Deirdre Purcell, tytuł oryginalny Falling for a Dancer

odkładka filmu dvd okładka polskiego wydania powieści

Pierwsza okładka filmowa, i ta adekwatna do treści i bardzo irlandzka, a druga to niestety polskie wydanie z Prószyńskiego, które sugeruje, że jest to romansidło i to z gatunku, których ja nie trawię.  Nigdy bym w Polsce po tę książkę nie sięgnęła.  Na szczęście dla mnie, zaraz po przyjeździe do Irlandii, serialowa wersja tego filmu była nadawana w telewizji.  Jak przystało na irlandzką opowieść jest tam wszystko - i miłość młodzieńcza, i tragedia, i namiętność, i piękne widoki (w książce opisane, w filmie na wyciągnięcie ręki), i surowa natura oraz równie surowi, ale też i serdeczni ludzie.  Ta historia sięga aż do lat 30-tych ubiegłego stulecia.  Dziewczyna spotyka aktora występującego w małym miasteczku, daje mu się uwieść i, że przytoczę irlandzkie powiedzenie - shit hits the fan, czyli gówno uderza w wiatrak (przepraszam za język, ale dotyczy równie drastycznego zdarzenia w życiu, więc łagodzić tu nie ma sensu) - dziewczyna niedoświadczona i nieuświadomiona (bo niby przez kogo, temat tabu w tamtych czasach) zachodzi w ciążę.  Tu już historia nie jest taka oczywista, bo dla Irlandczyków byłoby jasne, że ona trafi do 'pralni sióstr Magdalenek', ale w tym wypadku rodzice wykazali się swego rodzaju litością i wydają zhańbioną córkę za starszego od niej wdowca z gromadką dzieci. Kto tu mieszka lub był chociaż raz i zna klimat oraz wyobraża sobie życie w tamtych czasach, o co nietrudno, bo natura tutaj nadal wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu, wie, że czasami jest tak

ale częściej bywa tak (zdjęcie zrobione w południe)

(autorka zdjęć Michalina Hordyniec)

a dziewczyna ląduje na prowincji (Irlandia składa się z samych prowincji) i musi się jakoś pozbierać, chociaż pora jest deszczowa i dziw, że sobie z fuzji męża nie strzela w łeb.  Samochodów nie było, centralnego ogrzewania też nie, a ona w ciąży, gromadka pasierbów czeka na jedzenie, trzeba nanieść torfu, rozgrzać w piecach, wilgoć i w sumie bieda. Masakra. I znikąd pomocy. No cóż, ale krew nie woda, gdzieś tam w zmaltretowanej codziennością mężatce czai się namiętność.  Wszystko staje na głowie po jednym tańcu z pewnym facetem.

Kochani, co ja wam będę mówić, jestem zakochana w Irlandii, tutajeszej historii, kulturze i nawet klimacie. Kiedy idę na spacer z moim Frankiem - pieskiem Jack Russel terrierem,

czuję się, jakbym chodziła śladami bohaterów powieści Maeve Binchy, czy właśnie Deirdre Purcell.  Wdycham powietrze pełne jodu, czasami się wzdrygam z zimna na wietrze, a kiedy brnę przez pola pomiędzy kamieniami, wyobrażam sobie, że idę na zabawę, lepsze buty trzymam w torbie na ramieniu, owijam się głęboko szalem i niecierpliwie czekam na moment, kiedy się przekonam - czy on też przyszedł?

Irlandczycy to bajarze, 'story teller' to jest pisarz, który pisze właśnie takie opowieści, obyczajowe raczej, nie romanse.  Boli mnie to, że w Polsce wydawane są w takich seriach: Z Różą, Namiętności, Romans w stylu retro itp.  Deirdre Purcell to bardzo mądra i fajna babka, a nie jakaś wyfiokowana, wyróżowiona autorka romansów.

Nie wiem, co w tej historii jest takiego, ale po 7 latach wciąż myślę o tej dziewczynie i jej historii.  Ostatnio kupiłam na ebay film, ciesze się, ze będę miała okazję obejrzeć go znowu, tym bardziej, że grają tam świetni aktorzy - Elizabeth Dermot Walsh, Liam Cunningham i młody Colin Farrell.

Polecam i powieść, i film (moim zdaniem jedna z najbardziej udanych ekranizacji prozy irlandzkiej), na zimowe wieczory przy lampce wina idealne.

(Ulu - dziękuję za śliczne zdjęcie Franka)

 

 

 

 

 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!