O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
niedziela, 28 lutego 2010
Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1

Książkę czytałam bardzo dawno, ale tylko jedną część, bo jakoś drogie były, a cieniutkie, więc mi szkoda było pieniędzy. Muszę to koniecznie nadrobić, bo po obejrzeniu serialu HBO opartego na sertii książek Alexandra McCall Smitha, oszalałam. Ja w ogóle jestem w pewnych sprawach egzaltowana, kiedy przeczytam superową książkę czy film, spać nie mogę, miotam się, czasem zrywam w trakcie czytania czy oglądania filmu i krzyczę, płaczę, śmieję się lub tańczę, zawsze, kiedy dzieje się coś wyjątkowo strasznego, śmiesznego lub poruszającego.

Serial o Mmie Ramotswe obejrzałam z mężem. Siedzieliśmy zaczarowani atmosferą, pięknymi widokami Afryki, ujęci ciepłem i optymizmem bijącym z głównej bohaterki, a przede wszystkim totalnie zrelaksowani i ujęci tą historią. Tak się jakoś łagodnie zrobiło, miło i ujutnie. I chociaż fanką Afryki nie jestem, no nic na to nie poradzę, że nie mam marzeń typu safari w Kenii i przemierzanie bezdroży Zambii itp. Zostawmiam to Kydryńskiemu, a ja raczej Grecja, Rzym, Francja i te klimaty. Ale to nic nie szkodzi, na tym filmie, nawet takiemu człowiekowi na nie w sprawach Afryki, Bostwana pokazana oczami głównej bohaterki jawi się jako absolutny must see. Cieszę się, że nie mogłam obejrzeć pierwszych trzech odcinków i nagrałam, dzięki temu mam i będę do nich wracać za każdym razem, kiedy będę miała nos na kwintę. Jako poprawiacz humoru działa bezblędnie. Zwariowana sekretarka, kolesie w warsztacie samochodowym, fryzjer gej, sama Mma Ramotswe wreszcie, to są postacie, których nie tylko się nie zapomina, ale nosi w sercu na deszczowe dni, żeby móc sobie przypomnieć, że zawsze kiedyś wychodzi słońce.

Po raz pierwszy od kilku miesięcy spałam jak kłoda i nie miałam koszmarów. Ten film tak na mnie podziałał.

poniedziałek, 22 lutego 2010
WINO TRUSKAWKOWE reż. Dariusz Jabłoński

Zacznę od d..strony, ale tylko pozornie.  Przeczytałam w wielu wpisach, jak to koleżanki i koledzy gardzą telewizją, a to nie mają telewizora wcale, a to go mają, ale go nie włączają, a tak w ogóle to jest passe TV oglądać.  Otóż ja tak nie myśle.  Oczywiście dużo jest tam produkcji poniżej krytyki, dużo mydlenia oczu, ale tyleż samo rzeczy wartościowych.  Szczególnie dla mnie, która do kina sobie nie podskoczy, żeby obejrzeć nowy film, do teatru polskiego też cosik daleko, a tu i Teatr Telewizji (ostatnio Kobieta namiętana z Lipińską, bardzo dobry), kilka dobrych seriali, a jeżeli ma się jeszcze Ale Kino, HBO czy Canal+ to, tak jak w moim przypadku, przy odrobinie cierpliwości można zaliczyć wszystkie filmy, które swego czasu były w kinie.  Mądry człowiek tym się różni od głupiego, że nie ogląda jak leci, tylko wybiera to, co odpowiada jego gustowi i oczekiwaniom co do poziomu.  Mam telewizor i go oglądam, bo pozbawiać się wyboru i naprawdę czasem wybitnych produkcji jest dziwne, co najmniej. A wspominam o tym dlatego, że przeciwnicy, pisząc o swoich preferencjach, sugerują, że ci,którzy jednak mają ten sprzęt w domu i go czasem używają, są bezmyślną masą matołów tępo wpatrujących się w migające obrazki na ekranie.

A ja właśnie w telewizji, bo wcześniej nie miałam okazji, w niedzielę obejrzałam Wino Truskawkowe. Kochani, ten film jest, przepraszam za mój język, zajebisty. Skrzyżowanie Kolskiego i starego kina czeskiego z czasów najlepszych, czyli kiedy królował tam realizm magiczny. Zresztą główny bohater jest grany przez Czecha - Jiri Machacek pasuje do tej opowieści jak ulał, nie przeszkadza nawet, że jest dubbingowany przez Malajkata, on rusza ustami po polsku, tylko pewnie akcent był mocny, stąd ten podkład głosu. Lubice, kobietę, która kusi swoją seksualnością całą wieś, wszystkich chłopów mam na myśli, gra Słowaczka Zuzana Fialova, a z polskich aktorów wspaniali Marian Dzięciel, Lech Łotocki, Maciej Stuhr, Jerzy Radziwiłowicz (zdziwicie się, tu jest zupełnie inny), Cezary Kosiński... Zresztą, co ja wam będę tu listę płac wymieniać, możecie sobie przecież w sieci sprawdzić.  Podoba mi się, że główny aktor nie jest Polakiem, bo to uczyniło tę opowieść bardziej uniwersalną, nie mamy żadnych odniesień do innych ról, żadnych korelacji z tym, co już widzieliśmy, tylko czystą przyjemność zatopienia się w historii mężczyzny przyjeżdżającego pewnego dnia do małego galicyjskiego miasteczka.  Boże, co tam się nie dzieje! Niby takia senna popegieerowskia dziura, niby beznadzieja i czarna rozpacz, a pod powierzchnią buzuje - i namiętności, marzenia, tragedie, trochę jest śmiesznie, często strasznie, jak w życiu. Tylko niech wam się nie zdaje, że to taka ujutna opowiastka o miejscu zapomnianym przez Boga. Daleko jej do przyjemnej, ale też daleko do obrzydliwej. Takie emocje mną targały, kiedy oglądałam, tak mi adrenalina skoczyła, że do późnej nocy jeszcze się po domu tłukłam, bo mi ta historia przed oczami cały czas grała i nie mogłam sobie miejsca znaleźć.  Treści nie będę opowiadać, bo po co, polecam wam ten film, bo mnie serce boli, że ktoś mógłby go przegapić.

Piękną i przejmującą muzykę napisał Michał Lorenc, a film został luźno oparty na "Opowieściach Galicyjskich" Stasiuka (mówią, że luźno, ja nie wiem, bo nie czytałam)

sobota, 20 lutego 2010
Pieces of Me. A Life in Progress - Roisin Ingle

Kiedy przyjechałam do Irlandii, wiele wysiłków włożyłam w to, żeby znaleźć swoją ulubioną prasę, gazetę codzinną i miesięcznik. Coś, na co bym się cieszyła, czekała i miała radość z czytania.  Tak sobie wyobrażam zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu - posiadanie swoich faworytów drukowanych.  Opowiadając na skróty, bo mogłabym bez końca o miezerocie prasy anglojęzycznej opowiadać, o tych wszystkich Hallo i Ok, The Sun i The Star, modelkach ze strony 3 (co są synonimem babki z cyckami na wierzchu, którą sobie budowlańcy w szafkach wieszają, żeby się nakręcać), o magazynach tak zwanych luksusowych, z których tylko Vanity fair nadaje się do czytania i podobno Good Housekeeping też, ale tej akurat nie próbowałam, bo mi ich przepisy do niczego nie potrzbne, a gustu anglosaskiego też w całości nie popieram i nie potrzebne mi są w sumie porady dotyczące nakrywania do stołu. Podobno tam są też dobre artykuły, ale dla jednego czy dwóch fragmentów przecież nie będę kupowac całego magazynu.

Inną sprawą jest, że jestem fanką felietonu jako gatunku i mam taki imperatyw, żeby mieć, gdziekolwiek się znajduję, ulubionego felietonistę, który mnie przez meandry tego miejsca (kraju), jego kultury, pojmowania pewnych spraw, mentalności ludzi, gładko przeprowadzi.  W swej mądrości wskaże, co jest śmieszne, co jest groźne, co jest żałosne, dlaczego jest smutno i dlaczego czasem straszno.  No właśnie, w swej mądrości. Ale jak takiego znaleźć?  Czytać, czytać i jeszcze raz czytać, aż znajdzie się tego, który nadaje na tych samych falach, bo przecież felietonista, to jak przyjaciel, nie można się męczyć w jego towarzystwie.  I wynalazłam sobie taką autorkę tu, w Irlandii, nazywa się Roisin Ingle i pisze dla Magazynu The Irish Times (czasem też wydań codziennych).  W tej chwili jest na urlopie macierzyńskim, urodziła w sierpniu zeszłego roku bliźniaczki, ale wraca już od marca, czekam na nią z niecierpliwością.  Oczywiście nie porzuciłam lektury felietonistów polskich, nadal wyszukuję nowe teksty Olgi Lipińskiej, Talków, Agaty Passent i jej ojca, lubię Pilcha, uwielbiam Tyma, a Roma Ligocka mnie zawsze rozczula.

Na szczęście dla mnie kilka lat temu Roisin Ingle wydała zbiór swoich felietonów, tak więc mogłam przeczytać te, których nie dane było mi znać, bo jeszcze mnie tu nie było.  I mogę je wam tu zaprezentować, bo nawet, jeżeli ktoś nie mieszka w Irlandii, a lubi ten gatunek, może je sobie kupić w tej formie, a jeżeli jest na Wyspie, może zagustuje w jej stylu i będzie czytał w weekendowym Irish Times?

Uprawia ona gatunek felietonu szczególnie przeze mnie lubiany, gdzie prezentuje swój punkt widzenia, poprzez pryzmat własnych przeżyć, niedoskonałości, czy wręcz przeciewnie doskonałości, z punktu widzenia osoby zbliżonej do mnie wiekiem, o takich samych lub podobnych problemach codziennych i co najważniejsze, tu o tę chemię pisarz-odbiorca chodzi, o zbliżonym poczuciu humoru, pojmowaniu świata i rozumieniu fundamentalnych pojęć.  Dowiadujemy się więc o jej walce z nadwagą, poszukiwaniach Pana Idealnego, budzącej się chęci prokreacji, podejściu do w ysiłku fizycznego, babskich spotkań, ale też i poważniejszych sprawach, jak samobójstwo w rodzinie.  Jest w tych tekstach miłość do kraju i miasta, gdzie żyje, ale nie napuszona i pełna wielkich słów, tylko taka zwyczajna, tkwiąca w opisie mostu, wiosny w parku, wieczoru w ulubionym pubie, jest spowiedź nowoczesnej kobiety, która boryka się z tym, że momentami jest za delikatna, momentami za asertywna, najczęściej nie może swoją postawą dogodzić wszystkim, więc wciaż boryka się też z poczuciem własnej wartości w obliczu bycia ocenianą.  Świetne są te felietony, można się pośmiać, zadumać, popłakać i wiele dowiedzieć o Irlandczykach.

O dziwo, oprócz całej rzeszy fanów, ma ona też przeciwników, szczególnie aktywnych w internecie, bo jak się okazuje taka otwartość to za duzo na społeczeństwo hołdujące raczej wstrzemięźliwości w ocenach, zachowaniu, wypowiadaniu opinii, gdzie milczenie jest złotem, ale raczej w takim rozumieniu tego znaczenia, że nie mówisz - mniej o tobie wiedzą, mniej możliwości, że popadniesz w kłopoty.  Small talk tak, rozmowy o rzeczach ważnych nie. A ona swobodnie, dla niektórych zbyt, dla mnie akurat, mówi o tych rzeczach, o których Irlandki czasem nawet 'głośno' nie myślą, bo nie wypada.

Cieszę się, że ją odnalazłam.  Mam już swoje rutynowe sobotnie kawki z Magazynem The Irish Times, niech tylko ona wróci z tego macierzyńskiego, a wszystko bedzie znowu na swoim miejscu. W między czasie odezwała się do czytelników artykułem o początkach swojego macierzyństwa, pewnie, żeby nie dać o sobie zapomnieć i wytłumaczyć, dlaczego zniknęła. Widac, że hormony jeszcze nieustatkowane, taka się miękka i łzawa zrobiła (chociaz pazur gdzie nie gdzie przebija), ale ja jej wszystko wybaczę, w końcu też jestem kobietą, 'byłam tam' i wiem jak to jest w pierwszych miesiącach po urodzeniu dzieci.  Przecież przyjaciół się nie porzuca tylko dlatego, że chwilowo tracą ostrość widzenia.

Czytam teraz dużo prasy, felietony właśnie, którkie formy takie, bo bardzo mi jakoś życie dokopało w ostatnim roku, co odbiło się na mojej psychice, objawia się to rozedrganiem wewnętrznym, brakiem koncentracji, wręcz indolencją umysłową.  Musiało kiedyś tak się skończyć, długotrwałego stresu nie przechodzi się bez skutków ubocznych. Muszę przeczekać.  Książki leżą niedokończone, a ja zaliczam kolejne Newsweeki, Wprosty, Twoje Style, jakieś opowiadanie od czasu do czasu, felietony i nie wywieram na samą siebie presji, bo wiem, że i tak to nic nie da.

wtorek, 16 lutego 2010
Kreativ Blogger

Dostałam to wyróżnienie od młodej pisarki i jest mi niezwykle miło. Tym bardziej, ze bardzo z jej zdaniem się liczę. Druga osoba, która mnie wyłowiła z tłumu to med-ola Świetna dziewczyna z głową pełną marzeń i zawirowaniami życiowymi, które troszkę przeszkadzają je realizować, ale świetnie sobie radzi z tym wszystkim i za to ją podziwiam. Oba blogi były jednymi z pierwszych, które czytałam, bo kiedyś myślałam, że pamiętniki w sieci są nie dla mnie, niepotrzebnie zabierają czas. Trochę w tym racji, trzeba się pilnować, żeby nie przesiedzieć pięciu godzin online, ale od czego silna wola. W zamian za trochę gapienia się w monitor, dostaje się rzecz bezcenną - poznaje się ludzi, których w życiu byśmy nie spotkali, bo jak? I to niesamowicie wzbogaca życie, nawet się nie spodziewałam.

Wiem, że teraz muszę przyznać swoje 7 nominacji. Nie jest to łatwe, pominiętych przepraszam. Po pierwsze nominuję również dwie Panie wspomniane wyżej, bo ich blogi czytam chętnie i odwiedzam jak się odwiedza koleżankę, czy sąsiadkę na krótką kawkę i wymianę kilku zdań.

W ogóle wszystkie wszystkie wyróżnienia są dlatego, że lubię zaglądac na te strony, lubię czytać kolejne wpisy i lubię tam komentować.

Kolejność przypadkowa

Goniąc Króliczka - blog Marioli Zaczyńskiej, również dlatego, że pisze o terenach i ludziach, których i ja znam, przynajmniej z widzenia, ma w sobie dużo optymizmu, kocha zwierzęta i jest fajną babką

Kaja - młoda dziewczyna w wieku mojej córki, ma pięknego bloga, urzekła mnie pamiętnikiem swojej babci, ale i wpisami o sobie.

Virginia - lubię jej styl, ciepło bloga i nadawanie na tych samych falach

Inblanco i jej Zakładka do książek - różnorodny, fajnie tam zaglądać

Joanna Gołaszewska (Kalio) - bardzo dużo czyta, więc moc tam recenzji i informacji o nowościach. Zazdroszczę szybkości zaliczania kolejnych tytułów, Mistrzyni Olimipijska

Bez odwrotu - Stardust zaczęłam stosunkowo niedawno, ale urzekły mnie te zapiski, bardzo ciekawe i lekko napisane

Zaksiążkowani - podoba mi się pomysł bloga małżeńskiego, pewnie dlatego, że mój mąż nie wykazuje zainteresowania internetem, blogowaniem tym bardziej, brakuje mi więc rozmów o znajomych z sieci, o wpisach, o tym, co tam ciekawego Panie w otchłani stron. Poza tym po prostu fajnie się czyta.

Nie wymieniłam padmy, bo i tak ma tysiąc nominacji, jest to tak oczywiste, ze powinna już nie brać udziału w tej konkurencji, tak jak Ci, którzy dostają ileś tam Oskarów lub Telekamer. Choć oczywiście lubię czytać jej zapiski i skrzętnie notuję niektóre tytuły do przeczytania

Ufff, to była orka

poniedziałek, 15 lutego 2010
Valentain's Day i Last Chance Harvey (Ostatnia szansa Harveya)

Byliśmy akurat w gminie w szkole polskiej, chcieliśmy wykorzystać okazję i zobaczyć Sherlocka Holmesa. Nic z tego, grali dziś same miłosne filmy, z nielicznymi wyjątkami dzieci i młodzieży, załapaliśmy się więc na Valentain's Day. I nie żałuję. Typowo babski film, bardzo w typie Love Actually, niestety gorszy, ale bez przesady, nie ma co się czepiac.  Świetna obsada,  historia kilku osób, par i singli.  Jak to w takich filmach bywa, ktoś kogoś kocha, ktoś na to zasługuje bardziej lub mniej, komuś się udało, a kto inny płacze, z puentą jedyną słuszną na takie filmy - każda potwora znajdzie swojego amatora, a jeżeli nie, to widocznie nie nadszedł jeszcze jej czas. Ubawiłam się setnie, mąz się zdrzemnął, same plusy.  Najwspanialsza scena z tego filmu, na długo utkwi mi zapewne w pamięci, to ta na cmentarzu podczas seansu filmowego. Nie pytajcie mnie, dlaczego Amerykanie w dzień Walentynek wybierają się na cmentarz na zorganizowany tam pokaz filmu czarno-białego, na to odpowiedzi nie mam.  Na ekranie widać młodziutką Shirley Maclaine, a w scenie na cmentarzu też ona tylko kilkadziesiąt lat później, w poszukiwaniu męża, któremu wyznała zdradę (w zeszłym stuleciu z facetem, który już dawno nie żyje), on tam poszedł sam, bo strzelił focha, a ona oczywiście idzie go przeprosić.  Stoją oboje na tle tego czarnobiałego filmu, ona tam młoda, tu stara, ale nadal interesująca.  Jest pokazane przemijanie, ale i wewnętrzny blask i uroda, które opierają się upływowi czasu. Piękne, bardzo się wruszyłam.

Wieczorem zasadziłam się na oglądanie 'Ostatniej szansy Harveya' na Canal+. Nic nie słyszałam to tym filmie, ale zobaczyłam obsadę - Dustin Hoffman i Emma Thompson i zaplanowałam właśnie to na dzisiejszy wieczór. Uwielbiam takie filmy, dowcipne, nieprzegadane, a jednak na dialogach się opierajace, nie ckliwe, ale wzruszające, momentami bardzo śmieszne, ale nikt się tam na skórce od banana nie przewraca.  Jest też tam akcent polski w postaci sąsiada, który conajmniej dziwnie (w angielskim rozumieniu) się zachowuje.  A przede wszystkim przesłanie, ze nigdy nie za późno na zmiany, na miłość i nawet, jeżeli wcześniej było się w nieudanym związku i ma się siebie za nieudacznika, to nie oznacza, że nie można znaleźć swojej drugiej, tej właściwej, połówki i wtedy już się nie jest nieudacznikiem, tylko bohaterem.  Ten film jest jak miękki koc w zimową noc, jak futro kaczuszki na słonecznej polanie, jak leżenie na plaży w pierwszy prawdziwie letni dzień, taka to przyjemność. Gorąco polecam. Oba.

Jakie są wasze typy na ulubione filmy o miłości?  Moje to (pierwsze, które mi przyszły do głowy):

Pretty Woman
Nigdy w życiu
Dirty Dancing
Przeminęło z wiatrem
Wichrowe Wzgórza
Love Actually
Masz wiadomość
Rozważna i romantyczna
Notebook
Noce w Rodante

I nie chodzi mi o to, żeby się zadąć na oglądanie dzieła, chodzi o to, żeby się spłakać jak bóbr, a potem śmiać się przez łzy i żeby o kochaniu było.

Zaskoczona donoszę, jest to późniejsza edycja tekstu, że film Ostatnia szansa Harveya nadawany na Canale+ pod tym tytułem, na dvd sprzedawany jest pod innym tytułem. Dziwne, to już się dogadać nie można jak w jednym kraju film będzie sie nazywał?

sobota, 13 lutego 2010
O formatach i czcionce rzecz ta będzie, bo nie mogę przez książkę przebrnąć

Zastanawiam się, czy to tylko ja tak mam, czy dla Was też jest ważne, jak książka jest wydana i jaką czcionką wydrukowana?

Czytam dużo, mam minimalną wadę wzroku, ale przy tym astygmatyzm, więc szczególnie istotne dla mnie jest czytanie książki dobrze wydanej w sensie formatu, wielkości i rodzaju czcionki oraz odstępów między wierszami.  Już pomijając takie drobiazgi, które jednakże potrafią mnie drażnic przez cały czas czytania, jak książki źle zszyte, to znaczy za ciasno i gdzie druk zaczyna się za blisko do wewnątrz, czyli lewy margines jest dobrany przez ignoranta.

Najbardziej lubię format A, tutaj bardzo popularny, wielkości mniej więcej dwóch trzecich formatu A4.  Ale to właśnie ze względu na większe odstępy między wierszami i wielkość liter.  Potem te same tytuły wychodzą w mniejszym formacie, takim jak większość książek w Polsce, jeżeli tylko nie próbują upchać 700 stron na 200, to też jest ok, a najpóżniej wydają w najmniejszym, czyli kieszonkowym, tych już zupełnie nie trawię.

Nazw czcionek nie piszą w stopce wydawniczej, a szkoda. Chociaż ostatnio czytałam Noah's Compass i tam na końcu książki podano jakiego kroju liter użyto (nawet moja córka, która między innymi studiuję typografię, się zdziwiła).  Ona to wie naukowo, a ja bardziej czuję niż wiem, ale kiedy otwieram książkę w księgarni od razu moge powiedzieć, czy dam radę przeczytać tekst z przyjemnością, czy będę się męczyć.  Niestety oszczędności dotknęły również wydawnictwa i coraz częściej wydają na nieprzyjemnym, szorstkim w dotyku papierze i maleńkimi literkami.  W takim wypadku nawet się do takiej powieści nie zabieram, bo nie daję rady tego czytać i niepotrzebnie się do niej uprzedzam.

No właśnie, papier, też wbrew pozorom jest ważny.  Kiedy miły dla skóry rąk, kiedy ma ładny odcień bieli lub, co wole, ecru, przyjemnosć jest zwielokrotniona.  Okładka też ma znaczenie, ale dla tekstu i samego czytania drugorzędne.  Chociaż może zniechęcić do kupienia książki sugerując, że głupia, że nie w naszym kręgu zainteresowań itp.

Lubię móc bez przeszkód książkę wygodnie rozłożyć, może nie wywalić od razu bebechy, ale tak, żeby można było sobie na stole położyć albo bez przeszkód leżąc na brzuchu poczytać (fizjoterapeutka powiedziała, ze to nie zdrowo dla kręgosłupa i mięsni karku, więc coraz rzadziej to robię).  Kiedy jest ciasna, broni dostępu do treści, nabzdyczam się jak panienka, której bronią dostępu do najmodniejszej dyskoteki w mieście.

Dbam o swoje ksiażki, nie zaginam rogów, nie rozkładam do góry nogami w przerwie czytania i zawsze mam stosowną zakładkę.  Tym bardziej denerwuję się, kiedy wydawcy mnie nie szanują i każą sobie płacić duże pieniądze za 'niechlujne szmaty' wydane byle jak, rozpadające się lub co gorsza nie do czytania.  Kupiłam sobie kiedyś Doktorów Segala, nie zajrzałam do środka, jakież było moje zdziwienie, kiedy nie tylko nie mogłam jej otworzyć, ale do tego czcionka miała rozmiar minus 2 chyba (wyd. Podsiedlik-Raniowski i Ska z Poznania, dziwne, a miałam Poznaniaków za solidnych ludzi).

Lubię sposób w jaki wydaje książki Prószyński, Świat Książki,  Zysk i Ska (szczególnie serię Kameleon kiedyś), jak też serię Salamandra Rebisu, Muza też ma ładnie książki wydane. Podoba mi sie też sposób prezentowania nowych tytułów przez Otwarte, WAB i Fabrykę Słów.  Państwowy Instytu Wydawniczy miał kiedyś serię Proza Współczesna, mam dużo tytułó na półce, są niezniszczalne. Za to Czytelnik i seria KIK zawsze rozwalały się po najdalej drugim czytaniu. Książnica ma swoje wzloty i upadki, ale jest w sumie ok. Nie, nie będę wymieniać wszystkich, tak mnie tylko naszło, bo odkurzałam dzisiaj książki i sobie je poprzeglądałam.

Naszło mnie na rozmyślania o powyższym, bo właśnie męczę się z The lovely bones, które są tak wydane, że nie moge przez nie przebrnąć, wprost zmuszam się, żeby otworzyć książkę i chwytam się pierwszego z brzegu wytłumaczenia, żeby ją jak najszybciej zamknąć.  Z tego wszystiego ściągnęłam sobie kopię na czytnik, bo nie mogę zdzierżyć papierowej.  Na czytniku moge sobie zmienić wielkość liter, a na komputerze mogę nawet dobrać czcionkę, jeżeli tamta mi nie odpowiada.  Mam nadzieję, że teraz ruszę z czytaniem tej powieści z kopyta.  Susan Hill znowu, przynajmniej mój egzemplarz, jest tak zszyta, że mi się wciąż zamyka i mnie ręce bolą od siłowania się z okładkami. To jakiś koszmar.

No nic, trzeba byc twardym nie miętkim, idę czytać.

wtorek, 09 lutego 2010
Szczęście za progiem - Manula Kalicka i słów kilka o książkach, które 'uratowały mi życie'

Wspomniałam ostatnio na moim blogu codziennym o udarze mózgu mojej mamy i przypomniała mi się powieść Manuli Kalickiej, którą przeczytałam w biegu, jakby mimochodzem, z rozpaczy i przypadkiem. Po prostu była pod ręką, leżała u mamy w mieszkaniu.  Pojechałam do kraju na wieść o jej chorobie, prosto z samolotu pognałam do szpitala, a potem do jej mieszkania, gdzie zastałam pobojowisko, bo mama upadła i leżała nie wiadomo jak długo. Kiedy się już uporałam z porzadkami, przy pomocy przyjaciela i nieocenionej szwagierki, kiedy już zostałam sama, chociaż dałabym wszystko, zeby nie, kiedy dopadły mnie myśli straszne, czarne i obezwładniające, czepilam się tej powieści, a miałam ją wydaną w innej obwolucie, czerwonej takiej (bodajże dodatek do gazety to był, nie wiem, bo to mama kupiła), i ta czerwień biła po oczach i wbiła się w mózg, przemawiała do mnie natrętnie, chociaż najbardziej chciałam pogrążyć się w rozpaczy i strachu o najbliższą przyszłość - weź mnie, ratuj się, odgonisz złe myśli, może chociaż na chwilę... I tak sie stało.

Uczepiłam się tej historii wręcz histerycznie. Wydawała mi się banalna, pomyślałam, że to nawet dobrze, im bardziej tym lepiej. Nie chciałam skomplikowanych rozpraw filozoficznych, chcialam zapomnienia. I udało się, wpadłam w tę historię młodej dziewczyny decydującej się na wyjazd do Warszawy, w obiciachowym ciuchach z jeszcze bardziej obiciachową walizką, desperacko potrzebujacej się wyrwać z zatęchłego środowiska swojej wsi czy miasteczka, jak w studnię, czytałąm, czytałam... Rozmawiałam sama ze sobą - co ją może gorszego w tej Warszawie spotkać? Otóż w sumie mogło i początki nie były najlepsze, ale była ambitna, cwana i miała wolę przetwania. Nie raz myślałam czytając, że ja bym sobie chyba w łeb palnęła, gdyby mi przyszło przechodzić to co jej, potem myślałam, że to chyba jednak przerysowane, potem, że głupia jestem, ze tak czytam te bzdury, potem, że jednak coś w tej powieści jest, chociaż z pozoru czytadło li tylko. Targały mną uczucia baaardzo ambiwalentne i tylko jedno mnie wkurzyło - zakończenie, jakby bez pomysłu, jakby autorka się zmęczyła, jakby po nic to wszystko było.

W takim amoku tę powieść czytałam, że nawet nie potrafię na chłodno i racjonalnie jej ocenić. Jedno jest pewne, że w tamtym czasie i sytuacji ona mi bardzo pomogła, zwykle w takich sytuacjach nie mogę się skupić na żadnej lekturze, a tym razem weszłam w tę historię i trzymałam się jej do końca jak ostatniej deski ratunku dla zachowania zdrowych zmysłów.  A ponieważ sama byłam wtedy, ani mąż, ani nikt inny nie mógł mi towarzyszyć, powieść ta musiała mi starczyć za wsparcie.

Kilka takich książek miałam w życiu, pewnie nie wszystkie tu wymienię, ale kiedy byłam wczesną nastolatką i umarła moja ukochana prababcia Michalina, nie bardzo się mną przejmowali, nie dawałam sobie rady z poczuciem straty, ale raczej podświadomie niż świadomie, pochorowałam się na dodatek na porażenie nerwu trójdzielnego (miesiąc w domu), przeczytałam wtedy całą serię Ani z Zielonego Wzgórza. Ile tam tych tomów było 8,10? Dużo czasu, żeby się jakoś pozbierac do kupy.  Innym razem z opresji ratował mnie 'Tajemniczy Ogród'.

Kiedy byłam w ciąży z córką, a pierwsze dziecko straciłam i musiałam z nią poleżeć trochę na patologii (stąd to moje łańcuszkowe pytanie), nie mogłam słuchać okropnych historii opowiadanych przez inne kobiety, a leżałam na sali z samymi zagrożonymi przypadkami i inne laski nakręcały się nawzajem niedobrymi myślami, ja ratowałam się Chmielewską (Krokodyl z kraju Karoliny) i Fleszarową-Muskat (Dwie ścieżki czasu). Rodzić Wojtka poszłam z drugim tomem Foresta Gumpa pod pachą. Ale prawdziwie wielką przysługe oddała mi Katarzyna Grochola i jej druga część serii Zaby i Anioły - Serce na templaku

Mąż wyjechał do Irlandii, a ja zostałam sama z dziećmi, miałam dojechałać za kilka miesięcy. Przeszłam straszną zimę, wiele perturbacji było za mną, przeczuwałam, że jeszcze więcej przede mną.  Wielki Piątek przez Wielkanocą 2002, wszystko idzie nie tak, pieniądze od męża nie przyszły, a ja zapłaciłam wszystkie rachunki i jakieś tam zaległe długi, bo liczyłam na ten przelew, lodówka się popsuła i to, co już miałam ugotowane czy podszykowane, mogło nie przetrwać do świąt, a pogoda była jak na złość jak drut (upał po prostu). Nie miałam za wiele pieniędzy i wiecie co zrobiłam? Weszłam do księgarni i kupiłam Grocholę, a w sklepie obok płytę Anny Marii Jopek 'Nienasycenie'. I tak uzbrojona poszłam do domu. Tam okazało się, ze pan mi przyszedł naprawić lodówkę, skasował ostatnie pieniądze, lodówka się popsuła po pół godzinie, kiedy zadzwoniłam do Pana ten mnie zwyzywał od głupich k...w i odłożył słuchawkę. Wojtusiowi rozwaliły się ostatnie dobrze wyglądajace buty (on strasznie niszczył na podwórku) i musiałam poprosić sąsiadów, żeby mi jajka do święcenia zawieżli, bo nie doszlibyśmy do kościoła. Jedzenie się psuło,  ale coś tam jednak zdążyliśmy zrobić i zjeść świątecznie, upał pozwolił dzieciom spędzać całe dnie na podwórku w towarzystwie rówieśników, a ja siedziałam na balkonie okręcona w koc, słuchałam Jopek i czytałam Grocholę. Dzięki temu nie osiwiałam do reszty ze stresu, tęsknoty, samotności i głupich przeciwnosci losu. Za to byłam w dobrym, zważywszy okoliczności, nawet w zadziwiająco dobrym humorze, dzieci nie wyczuły złego nastroju, dzięki temu miały dobre święta i nie zadawały sobie sprawy z tego, co się dzieje.

Całe lato spędziłam na intensywnym czytaniu i jakoś przeczekałam do czasu wyjazdu. O 'Pokonanych' i 'Medicusie' już tu pisałam wcześniej. Ich lektura też przypadła na trudny moment.

Mam na półce książki, które mi towarzyszyły w najważniejszych momentach życia, które czytając przynosiły radość, nie pozbywam się ich, odwiedzam, wyjmuję, głaszczę, a czasem przytulam do serca.  Bywa, że czuję jeszcze zapach lata na obozie harcerskim ('Słoneczniki' Snopkiewiczowej), znajduję ziarenka piasku z plaży w Łebie (Sto lat samotności), pachą orzeszkami ziemnymi, które zjadałam czytając (Piotrek zgubił dziadka oko), albo z pomiędzy stronic wypada płatek róży otrzymanej od pierwszego chłopaka (Sławetna XIIB). Cieszę się wtedy, ze te historie dane mi było przeczytać, że tyle ich było już w moim zyciu i mam nadzieję, że będzie ich duzo, dużo więcej.

czwartek, 04 lutego 2010
Wywołana do tablicy odpowiadam, a tak w ogóle, to tłumy walą drzwiami i oknami

Zostałam wywołana przez Kalio do tablicy. Pokornie więc staję przed klasą i odpowiadam, chociaż takie quizy doprowadzają mnie do rozpaczy, bo zawsze, kiedy ktoś pyta mnie o ulubioną książke, w tym momencie natychmiast zapominam, chociaż kiedy wyluzowana i nie przyparta do muru, o takich mogłabym gadac godzinami. To samo tyczy się bohaterów, cytatów itp. No, ale spróbuję, bo niegrzecznie byłoby dac koleżance czekać w nieskończoność, oryginalna jednak nie będę, bo chodziaz obiecałam sobie pomyślec o tych sprawach w drodze do lekarza (godzine  w samochodzie w jedną stronę), to szybko okazało się, że zapomniałam pytań. Odpowiem więc metodą zaskoczki, na zasadzie, co mi pierwsze do głowy przyszło (jak u psychiatry, wyjdzie ze mnie teraz prawdziwa natura, hehe).

1. Kim jest Twój ukochany bohater literacki? A kogo darzysz największą niechęcią? (No dobrze, może być więcej niż 1 postać, ale maksymalnie 3 z każdej z tych dwóch kategorii).

Moimi ulubionymi bohaterami są - Gabriela i Mama Borejko (ojciec też, no dobra wszystkich lubię oprócz Pyziaka) z Jeżycjady, Ania z Zielonego Wzgórza, Joanna z powieści Chmielewskiej, starsza siostra Elinor Dashwood z Rozważnej i Romantycznej, Wiedźmin, bohaterka Nepomuskiej z serii ...doskonałe, niedoskonałe - jak się okazuje mogłabym wymieniać bez końca, a miało być 3. Nie lubię? Hmm, nie wiem. Nie miałam takiej sytuacji, żeby się jakoś szczególnie męczyła z jakąś postacią, a tych, które bruździły w życiu głównych bohaterów, nie pamiętam. No może Emma z powieści Jane Austen, ona mnie wkurzała strasznie, włosy z głowy rwałam.

2. Które ze światów pokazanych w książce zrobiły na Tobie największe wrażenie i dlaczego?

W sadze o Wiedźminie Sapkowskiego, bo nie czytałam fantazy wcześniej i nie sądziłam, że można mieć taką wyobraźnię, żeby to wszystko stworzyć od zera i to tak, żaby miało ręce i nogi. Swiat Harrego Pottera też.

3. Jaka książka najbardziej Cie przeraziła? A jaka wzruszyła? Która najbardziej rozśmieszyła? Z jakich powodów?

Najbardziej, bo pierwsze na któych śmiałam się do łez, to było Wszystko czerwone Chmielewskiej i Zwyczajne życie/Większy kawałek świata (czytane w młodości) też Chmielewskiej, a także Strefa Księżycowa, która na tym blogu opisywałam, a przy której czytaniu spadłam z łóżka ze śmiechu. Najbardziej wzruszyła mnie Gołowkina i jej Pokonani i Bez pożegnania Rybałtowskiej oraz Kolumbowie Bratnego - jak widać najbardziej porusza mnie wojna i losy jednostki narażone na tragiczne zmiany w życiu spowodowane przez okoliczności od nich niezależne. Zadna mnie nie przeraziła, chociaż ostrzę zęby na serię Pan Lodowego Ogrodu, którą moja córka mi odradza, bo mówi, że będę przerażona.

Ponieważ to łancuszek, zadam trzy pytania czterem osobom - nie wiem, kto już odpowiadał, ale może pytania były inne, wiec odpowiedzcie, jeżeli macie ochotę:

1. Jakie trzy powieści poleciłabyś koleżance idącej na patologię ciąży z informacją, że będzie musiała tam spędzić miesiąc do porodu?

2. Jaka książkę chciałabyś zobaczyć zekranizowaną, a która powinna zostać tylko na papierze, bo jej ekranizacja tylko by ją spłyciła?

3. Jaka powieść poleciłabyś mężczyźnie, a jaką kobiecie, osobom, które nigdy nie czytały nic oprócz lektur, a teraz chcą zacząć swoją przygodę z książką? (staję przed takim pytaniem często w tej bibliotece, którą prowadzę społecznie, ale mam ograniczony wybór do tych, które tam dostępne, ale wy możecie oczywiście wybrać ze wszystkich, nawet tych nie tłumaczonych na polski.

Oprócz tytułów w odpowiedziach do tych pytań proszę o kilka słow dlaczego?

Do odpowiedzi proszę - mdl2, virginię, bookfę i 2lewa strona. Jestem ciekawa odpowiedzi wielu innych, ale podobno nie mogę prosić więcej, szkoda.

A tak w ogóle, to byłam dzisiaj w księgarni. Wiem, bilam się w piersi, że nic nie kupię w tym roku i słowa dotrzymałam. Poszłam sobie tylko powąchać, pogłaskać, sprawdzić czy nie ma obcych w mieście i co nowego wydali.  Zatrzymałam sie przy regale wcale nie z nowościami, tyllko takim, gdzie jest wszystko, i to co mają Amy Tan, i to co Byatt, i to co Russo...I się załamałam. A potem przyjechałam do domu, spojrzałam na moje półki i zapłakałam. Kiedy ja to wszystko, co bym chciała, moje i jeszcze nie moje, przeczytam? Książki, takie do przeczytania na już, natychmiast i 'nie mogą czekac', walą do mnie drzwiami i oknami, a ja mam ograniczony czas, jedną parę oczu i przebieram nimi w określonej szybkości, a kiedy za szybko (próbowałam), nie odczuwam przyjemności tylko mechaniczne zaliczanie książki sztuk jeden, tak jak z seksem - przecież nie chodzi o to, zeby było szybciej i dużo naraz. We wtorek miałam spotkanie w moim book clubie i wybrali 'The lovely bones' Alice Sebold, koleżanka poleciła i pożyczyła Jedz, módl się, kochaj, Susan Hill zaczęta i w połowie, a jeszcze na stoliku lezy i straszy I'm a legend polecony przez jeszcze-nie-zięcia, że warto, że inna, że muszę. Czuje się tak, jakbym utknęła w przejściu pożarowym, w tłumie ludzi, którzy rzucili się do wyjścia po wybuchu pożaru. Zatkałam się.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Okołoczytelnicze rozmyślania

Zanim zaczęłam pisac tego bloga, nie zadawałam sobie sprawy, że tak dużo otaczających mnie przedmiotów zawiera w sobie element książki. Aniołki były kupowane oddzielnie, w dużych odstępach czasowych i bezwiednie zawsze z książką.  Misiaczki (Aga dzięki tę parkę) dostałam dlatego właśnie, że czytają, co skojarzyło się koleżance ze mną, ale reszta jest dziełem działania podświadomego.

Tak samo jest z ludźmi, tłumy się mogą przewalać przed moimi oczami, a ja zawsze zawieszam oko na kimś, kto czyta i oczywiście natychmiast muszę wiedzieć, co czyta.  Najseksowaniejszy mężczyzna dla mnie to taki, ktory idzie z książką, siedzi w gdzieś przy stoliku i popijając kawę czyta, pędzi gdzieś i ma pod pachą gazetę (byle nie The Sun albo The Star, czy Super Expres tudzież Fakt!) lub książkę - jak widać dla mnie seksowny jest mózg, bo zakładam, że jak ktoś czyta, to jednak mózgojad u niego nie głoduje.

Mąz się zawsze śmieje, że dziwnym zbiegiem okoliczności, przy każdym wynajmowanym przez nas mieszkaniu jest księgarnia, a lokalizacja mieszkania to naprawdę zbieg okolicznosci, nie szukałam ich pod względem bliskości "wodopoju". Ale fakt, kiedy mieszkaliśmy na Wolskiej w Warszawie, była tam jedna w bcznej uliczce, zaraz obok mieszkania. W Koszalinie na Podgórnej mieliśmy jedną po przeciwnej stronie ulicy, kiedy na Wyki, była zaraz obok na Tatarkiewicza (juz o niej wspominałam przy okazji wpisu o Pokonanych), w Siedlcach tylko nie było pod nosem, ale dosyć blisko. Za to miałam pod bokiem zalew i można tam było odpocząć z książką, nad wodą.  Tutaj nie mam takiego przybytku pod ręką, ale można już kupowac w sieci, więc nie ma problemu. Chociaż chodzić do księgarni, mimo zakupów przez internet, nadal lubię, macać, wąchać, przegladać, a potem, kiedy cena mi nie odpowiada, szukam online, gdzie taniej.

Nadal czytam prasę. Twój Styl od pierwszego numeru, który kupiłam idąc do szpitala w końcówce ciąży, tak więc ma tyle co moja córka. Lubię też Panią, czasem kupuje Zwierciadło. Jak mam ochotę na ploty to Vivę.  Uwielbiam też Wprost, Politykę i Newsweeka, Politykę pamiętam jeszcze gazetową z felietonami KTT i Passenta na ostatniej stronie, wprawdzie byłam wtedy początkującą nastolatką, ale już czytałam mamine gazety. Tutaj polska prasa jest tak droga, że staram się wybierać tylko te numery, które wyjątkowo ciekawe, ale TS czytam każdy kolejny mumer. Powtarzalność w tym względzie daje mi poczucie bezpieczeństwa, żeby się waliło i paliło, czytam go raz w miesiącu, od prawie 20 lat (mija w lipcu).

Czytam wszędzie, w kolejce do dentysty czy lekarza, w samochodzie na długich i krótkich trasach, kiedy czekam na syna w samochodzie, kiedy chodzę po plazy slucham audiobooków, kiedy w wannie i nawet w toalecie. Tam szczególnie, bo czynności tam wykonywane są nudne. Kiedyś musiałam skorzystać z toalety u koleżanki i czytałam opakowanie proszku do prania, po niemiecku, nie znając tego języka, hehe. A kiedy książka szczególnie zajmująca, wychodzę na drętwych nogach i z oderżniętym kółkiem na tyłku (zostało mi tak z czasów, kiedy chowałam się w ubikacji przed dziećmi, żeby w spokoju dokończyć rozdział).  Mam nadzieję, że nikgo nie zgorszyłam tym akapitem.

Kiedy kupuję nową torebkę, musi być taka, w której mieści się ksiażka, bo coś do czytania noszę ze sobą zawsze, bez wyjątku, przecież nigdy nie wiadomo, kiedy będzie kilka minut na poczytanie. Kiedy wszyscy pomstują, że muszą gdzieś jechać autobusem czy pociągiem, kiedy dłuży się ludziom czas w samolocie, ja czytam i mam wszystko gdzieś. Nawet jestem zadowolona, że mam czas na lekturę.

A kiedy czytam, zawsze mam przy sobie kubek ulubionej herbaty, co w moim przypadku nie jest takie proste, bo herbat mam w domu chyba z 50 rodzajów, białe, czerwone, czarne, wędzona, owocowe, zielone o wielu smakach i różne mieszaki, również robione przeze mnie. Do tego uwielbiam podjadać suszone jabłka. Kiedyś moja ukochana szwagierka Janka wysłała mi torbę takiego suszu, a ja właśnie byłam w dole, na początku mojej drogi w Irlandii, czytłam, jadłam te jabłka i płakałam. I tak mi ta chandra przeszła, nie wiem kiedy? Więc teraz kojarzą mi się te jabłka bardzo dobrze. Poza tym są pyszne, zdowe i nie brudzą palców. Poniżej przestawiam ulubionych kubek towarzyszący mi przy czytaniu i pracy przy komputerze, kupiony na Trafalgar Square w Londynie.

A tak w ogóle to nie rozumiem ludzi, ktorzy nie czytają wcale. To jest dla mnie nie pojęte!

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!