O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
sobota, 30 stycznia 2010
Rewers - Andrzej Bart

Kiedy dostałam tę książkę pocztą od greenhistoryka, ręce mi się tak trzęsły, że nie mogłam otworzyc koperty. Wiedziałam, że będzie mi się podobać, czułam przez skórę, że to historia w sam raz na moją wrażliwość. Bo uwielbiam lata powojenne w literaturze, kiedy kobiety, wprawdzie część z nich na traktorach, ale nadal nosiły sukienki, szmizjerki, garsonki, kapelusze, szaliki, rękawiczki, buty na obcasach (nawet jeżeli niewielkich), czesały włosy w wymyślne koki i warkocze albo trefiły je wieczorami dla starających się o względy, przyjmowały ciastem i herbatą w czajniczku i wzdychały. Ciężkie to były czasy, te biedne, cierpliwe mądre istoty starały się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, ale jeszcze w pamięci miały czasy przedwojenne, eleganckie bale i mężczyzn całujących czule w nadgarstek, obsypujących klejnotami, jeżdzących wielkimi automobilami. Jak to wszystko pogodzić? Siermiężność powojennej komuny - uśmiechamy się, z troską o zbiory się uśmiechamy - i wpomnienia z czasów, kiedy honor, Ojczyzna, lojalność miały zupełnie inne znaczenie. No może nie zupełnie inne dla wszystkich, ale jednak dla wielu po wojnie nabrało innych barw.

No i temat stary jak świat, a jednak znowu zaparło mi dech, kiedy ona się zakochiwała, i to wbrew pozorom nie w ubeku, tylko ...nie zdradzę, zeby nie powiedzieć za dużo tym, którzy jeszcze nie czytali. Miłość to najbardziej oklepany temat świata, a jednocześnie, jestem o tym głęboko przekonana, nigdy się nie znudzi. A tu jej dużo - do mężczyzny, do matki, do babki, do córki, do siebie samej, do brata, do syna, a na tym wszystkim, jak wisienka na torcie - niezgoda na niemoralność, dwuznaczność, konformizm i ślepotę na niegodziwość. Taka mała historyjka, a tak tego tam wiele.

Książka na wieczór. Akurat tyle, żeby wejść w nastój, zachwycić się, zadumać, zaczytać i skończyć.  Konstrukcja samego tekstu, jego styl, trochę mi zalatywał didaskaliami, gdzieś mnie to z tyłu głowy uwierało, bo była właściwie opisem scen filmu - podeszła do okna, odwóciła się tyłem, nie widział jej twarzy; otworzyła drzwi, nie słyszeli jej,  lewa noga kobiety tam i siam, a jego noga tam i tu....jakby ten tekst był instrukcją dla operatora. No cóż, film był pierwszy, pewnie nie dało się tego uniknąć. A może to celowy zabieg pisarski, bo przecież Andrzej Bart to dojrzały i świadomy warsztatu pisarz. Może dlatego ta historia ma takie tempo i aż dech zapiera, tak pędzi, a jednocześnie dużo w niej scen powolnych, półcieni, czasu na zamyślenie postaci?

Zdjęcia wewnątrz książki, dające obraz bohaterów, podające na talerzu, kto kim i jak wygląda, tym razem wyjątkowo nie przeszkadzały. A że lubię i Jandę, i Polony, i Buzek, a już Dorociński to mnie w ogóle ostatnio zachwyca, tym bardziej fajnie było nałożyć ich twarze na postaci, jakby to był gotowy szablon.

Jestem pod wielkim wrażeniem, była to wielka, gigantyczna wręcz przyjemność. Nie moge się doczekać obejrzenia filmu!

Dziękuję Wam - nieznany mi osobiście Wojtku i M. za ten prezent :-)

Wojtek i M. zgodzili się przekazać tę powieść polskiej bibliotece, którą prowadzę przy Polskiej Szkole w Letterkenny. Jestem przekonana, że jak tylko tam trafi, nie tylko ja będę wam wdzęczna, ale rónież cała rzesza osób, mających okazję ją przeczytać.  Biblioteka ta jest w 100% społeczna, księgozbiór z mozołem kompletujemy z pieniędzy podarowanych przez sponsorów, z wpłat za wypożyczenie (25 centów za sztukę) i z darowizn rzeczowych. Mamy coraz więcej czytelników, nie tylko takich, którzy lubią czytać, więcej jest tych, którzy nigdy tego nie robili, a tu, na obczyźnie, zaczęli. Co tydzien, w niedziele, kiedy mój syn uczy się polskiego, historii i geografii polski, ja społecznie siedzę tam od 10-1 i wypożyczam książki. Wymyśliła to Ewa, a ja ją z radością wsparłam. Teraz Ewa jest z powrotem w Polsce, a ja zostałam z całym kramem, ale się nie skarżę, bo widok uśmiechniętych twarzy ludzi sięgajacych po coraz to nowsze tytuły i czytających coraz więcej i więcej, rekompensuje mi stracone niedzielne poranki w łóżku z książką. Ale najpierw, tak jak obiecałam, książka poleci do nutty. Kiedy tylko da mi znak i namiary na siebie.

środa, 27 stycznia 2010
Inner child - Reaktywacja

Podświadomie wzbraniałam się przed obejrzeniem tego filmu. Dzieci chciały jechać do kina, a ja wciąż miałam coś ważniejszego do zrobienia.  Aż przyszedł taki moment, że już nie było ucieczki. Weszłam do kina, wszystkie reklamowane filmy wydawały mi się ciekawsze tego dnia, niż ten właśnie, na który przyjechaliśmy.  Jednocześnie karciłam się w myślach, że przecież tylu ludziom się podobał,  a opinie o nim, to nie normalne recenzje, ale peany prawdziwe. Ludzie mówią, że to najwspanialsze doświadczenie, jakiego doznali w kinie, że nigdy tego nie zapomną, że...A ja się zastanawiałam, czy to nie jakieś zbiorowe oczadzenie, czy się nie zawiodę?  Pewnie bałam się tego zawodu. A może bałam się, że nie ma już we mnie tego dziecka, które obudziło się w każdym widzu, który to już widział?

W kinie obłożyłam się napojami, pocornem i zastanawiałm się, jak ja te 2godziny i 40 minut przesiedzę? Film się zaczął, a ja w duchu się karciłam - trzeba było zaufać intuicji, nie lubisz babo filmów o wojnie i amerykańskiej armii. A tu biegają żołnierze, schematyczne dialogi, schematyczne zachowanie, ale wpadka.

W pewnym momencie zostaliśmy zabrani w świat bajkowy, gdzie nic nie jest takie, na jakie wygląda, bo kiedy tylko dotknąć, kiedy potrząsnąć, kiedy się przyjrzeć - świat rozbłyskuje ferią świateł i barw. I wszystko jest takie klarowne, uporządkowane, wiadomo, co złe, a co nie, wiadomo według jakiego kodeksu postępować i jak się zachowywać, a co ważniejsze, wszyscy się do tego stosują i poczucie ładu jest wszechobecne.

I tu wkracza człowiek z jego chciwością, ułomnością charakteru i ducha, butnością, która rujnuje ten świat, a my pozostajemy w nieutulonym żalu. Ale zaraz podnosi się ten niebieski lud z kolan, staje do walki, a my im sekundujemy zupełnie zapominając, ze my przecież z innego ludu, z tego gorszego, z tego, który właśnie taki ułomny. Mamy jednak nadzieję, że nie wszyscy tacy jesteśmy, że kiedy przyjdzie godzina próby bedziemy mieli odwagę, jak jedna z bohaterek, zawrócić i powiedzieć głośno - my się na to nie godziliśmy.

Avatar obudził we mnie wewnętrzne dziecko, które się gdzieś tam schowało w procesie dorastania i nie miało wcale zamiaru się ujawniać, sądząc, że jego czas już dawno minął. Fajnie znaleźć się znowu w świecie baśni, fajnie sekundować 'dobrym Indianom' i mieć znowu łzy w oczach, chociaż akurat w moim przypadku to wcale nie takie trudne.

Im jestem starsza, tym trudniej mnie zachwycić. Tym razem prawie trzy godziny siedziałam z otwartymi ustami jak dziecko, niesamowite.

Cieszę się, że się jednak zmusiłam, mąż powiedział nawet, że idzie zobaczyć ten film jeszcze raz. Nigdy się to mu nie zdarzyło!

poniedziałek, 25 stycznia 2010
"Czerwony rower"- Antonina Kozłowska

Po pierwsze - powieść dostałam w prezencie z bardzo miłą dedykacją od autorki, to czytanie czyni ciekawszym już na starcie, a jednocześnie odbiór jest trudniejszy. Ciekawszym, bo nie wiem, jak wy, ale nie znam tłumu pisarzy i nie wiem, co oni sądzą o swoich powieściach, nie znam trudów pisania i co temu procesowi towarzyszy. Mogę sobie tylko wyobrażać. Podczytuję bloga autorki i kilka uwag na temat twórczości, pisania i odbióru czytelników miałam okazję tam znaleźć. Dlatego trudniej było mi się w tę treść zanurzyć, bo gdzieś w drugim tle słyszałam te blogowe słowa i one mi jednocześnie z tą treścią grały w głowie.

Ale Antonina zaczęła z grubej rury, tak mnie poruszyła pierwsza scena, ze kartkując coraz szybciej książkę, nie miałam już uważania dla tych podszeptów autorskich. Aż zupełnie zapomniałam o całym świecie, ciekawa jak potoczy się akcja. Zgoda, można sie domyślić kto kogo i dlaczego, ale ja nie mam takiego imperatywu, żeby koniecznie wiedzieć jakie jest rozwiązanie zagadki, zanim autor to wyjawi. Płynę z prądem i czekam co przyniesie historia. Cały czas, podczas lektury, miałam wrażenie, że mam w ręku coś jakby połączenie historii z filmu "Koniec niewinności" i z powieści 'Jasne błekitne okna".  I tu i tam jest mowa o przyjażni na śmierć i zycie, czasem trudnej, czasem niosącej wsparcie, zawsze towarzyszącej trudom dorastania. Jest tajemnica - dlaczego, co się kiedyś stało, że ma wpływ na teraźniejszość? Czy gdyby fakty były inne, gdyby wszystko potoczyło się inaczej, jak wyglądałaby przyszłość bohaterek?

Ta histria uwierała mnie jak kamień w bucie na miłym spacerze. Niby koc w kratkę, niby pies w nogach śpi, niby mój ukochany kubek paruje zapachem kawy, a gdzieś na górze dzieci grają w wii, wybuchając co chwilę śmiechem, ja z ksiażką, czyli czas uświęcony, ale ta historia taka chmurna, bagnista, tyle w niej niedobrej, ciężkiej atmosfery - bo i matka pije, a Beata taka pogubiona (po śmierci mojego taty, ja 14 latka też byłam pogubiona, bo mama w pierwszych latach nie udzwignęła samotnosci i piła, a ja nawet dziadków nie miałam); Gosia wciąż podkreślane, że gruba i spocona, a ja całe życie miałam nadwagę, mniejszą większą, ale zawsze byłam raczej duża niż wiotka i eteryczna, więc mi łzy w oczach stają - czy inni tak właśnie o mnie myślą, że nic nie warta, powolna (chociaż się taka nie czuję) ociężała, głupia, bo gruba? Karolina cóka ubeka, taki garb na całe życie, ale czy tak? Przecież miała w sumie normalny dom, ojciec choć surowy, jednak był dal niej ojcem, który ją kochał i chciał jak najlepiej, a nie katem. A jednak była wciąż niepewna swojej wartości, wciąż cień Beaty, zadumałam się nad sobą w czasach szkoły, czy byłam czyimś cieniem, czy ktoś może był moim? Bo to, co czujemy, co pamiętamy z tamtych lat, wcale nie jest równoznaczne z tym, jak odbierało nas otoczenie.

No i ta tajemnica, która wisi w powietrzu i nie daje głęboko odetchnąć. Niedobra tajemnica.

Sub-bohaterem powieści sa lata 80te, dla bohaterek czasy podstawówki, dla mnie koniec podstawówki, całe liceum i pierwsze lata małeżeństwa oraz college. Czyli ważne, pełne wyborów, dobrych lub złych, małe i duże tragedie, beztroskie i szczęśliwe, ale i trudne. A to wszystko dokładnie w rytm tej samej muzyki, w tym samym otoczeniu polskiej rzeczywistości (tylko miasto inne), zupelnie jakby Antotnina wyjęła to z mojej głowy i przelała na papier. Wielkie wzruszenie.

Suma sumarum, jak mawiała moja kochana anglistka profesor Początek, czytałam, nie mogłam się oderwać, ale czułam dyskomfort. To dobrze, to znaczy, że historia trafiła do mnie, to znaczy, że była zajmująca, a to wszystko, co czułam świadczy tylko o tym, że słowa napisane przez Antoninę Kozłowską nie były tylko zbiorem liter i zdań, ale zawierały emocje, które i mnie się udzieliły.  Gratuluje autorce!

 

sobota, 23 stycznia 2010
Seria Babylon - Air, Fashion, Pop, Beach, Hotel, Wedding - Imogen Edwards-Jones

Kto nie chciałby wiedzieć, co kryje się za kulisami działania kurortów nadmorksich, pięciogwiazdkowego hotelu, wybiegów mody, organizowania wesel, linii lotniczych lub zawiązywania nowych boys/girls bandów?

Wchodzisz do hotelu, wszyscy się uśmiechają, zapraszają do restauracji, wręczają klucz do pokoju, a na zapleczu życie toczy się zupełnie innym torem, są obsuwy, brakuje rąk do pracy, gość zaprosił 5 prostytutek i hałasowali całą noc, w innym pokoju boy hotelowy obraca sprzątaczkę, w kuchni właśnie spaliła się zupa - danie dnia, a dwa pierwsze zamówienia na nią właśnie wpłynęły. Do tego jest to pięciogwiazdkowy hotel, więc wymagania zwiększają się proporcjonalnie do wydanych pieniędzy. Szejkowie ze swoimi żonami, zwariowani biznesmeni, bogate kobiety w kryzysie wieku średniego, intrygi i tajemnice.

Zastanawiasz się czasami, co się dzieje z pasażerem linii lotniczych, kiedy umrze podczas lotu? A co spotyka tego, który urządził awanturę podczas odprawy? Jaki jest los upeirdliwego grubasa, który nie daje żyć stewardesom na pokładzie? Co robi pilot w przerwie w lotach, czy to prawda, że ma dziewczyne w każdym porcie?

Jak to się dzieje, że ni stąd ni zowąd powstaje zespół pop składający się z pięciu/siedmiu chłopaków. Czy każdy z nich jest równie utalentowany? Co się dzieje na trasach koncertowych? Jak wygląda promowanie takiego zespołu i co się robi dokładnie, żeby wyprac mózgu tysięcy nastolatek? Czy ci chłopcy wiedzą, na co sie decydują? Dlaczego girls bandy kosztują więcej niż boys bandy? Czy w tym wszystkim liczy się talent?

Co dzieje się w sześciogwiazkowym kurorcie na tropikalnej wyspie kiedy zabraknie szampana Dom Perignon, a oligarcha na dwutygodniowym urlopie z dwudziestolatką musi, po prostu musi go mieć.  Co wyrabia obsługa, kiedy lezysz na leżaku z drinkiem z parasolką przekonany, że dostajesz to, za co zapłaciłeś? Co sie dzieje, kiedy słońce odmawia wyjścia zza chmur, a przecież to jest to, za co zapłacili goście?

Kto decyduje, co jest tego sezonu modne? Dlaczego jedna kiecka kosztuje 3 tysiące, a druga tylko 30?  Co sprawia, że jedna modelka jest super, a kreator mody na pedestale? Czy modelki faktycznie nic nie jedzą, a może objadają się, a geny robią swoje?

Co musisz wiedzieć, kiedy obmyślasz swoje wesele. Za co warto zapłacić, a co jest zykłym oszustwem? Jak można rozdmuchać ceny  - na torty, kwiaty, zdjęcia lub wynajem namiotu weselnego. A może chcecie posłuchać o wielkich katastrofach weselnych, najgorszych lub najbardziej niezręcznych tekstach przemów i co dzieje się za kulisami, kiedy mówicie sobie TAK.

Imogen Edwards-Jones wymyśliła swój sposób na bestseller i był to strzał w 10. Do napisania każdego z tych tytułów zaprasza do współpracy kogoś, kto chętnie podzieli się tajemną wiedzą, dlatego zawsze pod jej nazwiskiem jest dopisek - & Anonymous.  Ta osoba to przeważnie jakiś manager lub pracownik wyższego szczebla, który o danym biznesie wie wszystko. Nigdy nie zdradziła nazwiska swojego informatora, tym chętniej udzielają jej pikantnych informacji. Rozmawiałam ze stewardesą i ona powiedziała, że w tej książce jest tyle szczgólików, sama prawda, niemożliwe, żeby ona to wszystko wymyśliła. Bo książki są fabularyzowane, jest wymyślony bohater, jego współpracownicy, ale to co tam wyrabiają, to już sama prawda.

Jestem od nich uzależniona jak od komedii romantycznych, niby wiem, że będzie jakiś schemat, ale i tak oglądam następną pozycję z Meg Ryan. Jeżeli chodzi o Babilony jest dokładnie ten sam mechanizm, niby wiesz, że nie jest to dzieło, ale świadomośc, że możesz zajrzeć za klulisy miejsc, gdzie normalnie nigdy nie mielibyśmy wstępu, przyciąga.  Dobre w podóż, na plażę, do pociagu lub do czytania w chorobie. Czyta się szybko, z przyjemnością i z poczuciem, że plotkują za nas inni, a my ich tylko podsłuchujemy przypadkiem, więc poczucie winy żadne.

środa, 20 stycznia 2010
Stenogramy Anny Jambor

Pierwsze wydanie tej serii ukazało się w Polsce nakładem wydawnictwa Iskry w roku 1959. To był prawdziwy bestseller, ale jak to w tamtych czasach, zupełnie jakby nie chceli zarobić, wydali ile wydali i nie było wznowień, a ludzie pożądali tej pozycji jak diamentów. Była ona, jak wiele w tamtych latach, typowym przykladem powieści o któej wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział, zupełnie jak fałszywy banknot  50 euro dzis.

Wydawnictwo Iskry wznowiło całą serię, 6 tomów, powyżej widzicie okładkę pierwszego, w 1997 roku zaczynając, a ostatni tom ukazał się w 1998 roku. Nie wiem, czy to był sukces wydawniczy, bo ludzie, którzy uwielbiali te pozycje i sobie ją z rąk wyrywali, nawet Joanna Chmielewska wspominała o niej kilka razy w swoich wywiadach, dawno już czytali inne rzeczy, a młodzież nie była niczym zainteresowana w tamtym czasie oprócz Ludluma i Alistaira McLeana. W każdym razie nie widziałam, zeby na półkach zalegała, a i w późniejszym czasie nie zawalała antykwariatów, więc może i tym razem była meteorem, co pojawia się i znika, a jego części zostały rozebrane przez ludzi w mig?

Ja uwielbiam historie z okresu międzywojennego. Kocham Dołęgę-Mostowicza, mam na półce i często do niego wracam.  Stenogramy Anny Jambor skompletowałam skwapliwie i przeczytałam z prawdziwą przyjemnościa.  Jest to opowieść dziewczyny, która jak na tamte czasy, była wyjątkowa. Zupełnie nie przystawała do modelu kobiety z tamtego okresu, takiej troche efemerycznej, o cielęcym spojrzeniu, nie interesującej się biznesami, które właściwe były męzczyznom. Ona była ambitna właśnie na męski sposób, od razu wiedziała, od wczesnej młodości, że chce być bogata, miec wysoką pozycję społeczną, ale nie tylko przez za mąż pójście, ale też z powodu swoich własnych działań i decyzji. Poza tym uwielbiała korzystać z uroków życia, pławic się w luksusie, bywać w najciekawszych miejscach, tworząc wokół siebie aurę tajemniczości i grając przy tym femme fatale (z pełna świadomościa).

Te stenogramy są niby prawdziwe, znalezione gdzieś tam w walizce w niemieckiej willi, powierzone opiece niejakiej Kazimierze Różyc, która pracowała dla Niemców w biurze chyba, w 1944 roku została poproszona przez szefową Niemkę o zaopiekowanie się domem (tamta wzięła nogi za pas, bo zbliżał się front) i ewentualnie, jeżeli wkroczą Rosjanie, tą walizką. Potem niby Pani Kazimiera przeczytała te stenogramy zawarte w starannie ponumerowanych i odatowanych bloczkach stenograficznych i przetłumaczyła dla potomnych.  Nie zostało to nigdy udowodnione, w żadną stronę, czy to prawdziwe, czy tylko taki zamysł literacki. Jest wokół tych stenogramów jakaś aura tajemniczości, a fakt, że nie były pisane jako biografia do wydania, tylko sekretny pamiętnik szyfrowany stenograficznie, jeszcze to uczucie potęguje. I niech tak zostanie, czyż nie po to czytamy książki, żeby w sobie to uczucie zaglądania do czyjejś duszy, odnajdywania czyichś śladów pielęgnować?

Polecam po stokroć.

sobota, 16 stycznia 2010
Dziedziczki - Andrzej Pilipiuk

Moja okładka jest ładniejsza, ale nie wiem, gdzie podziałam aparat, nie mam więc jej zdjęcia, jedynie to z sieci. Swoją droga, po co zmieniac okładkę nowego wydania? Jeżeli ono jest tylko 4 lata młodsze, albo i mniej? I to samo wydawnictwo.

Czytanie 'Dziedziczek' juz mnie tak nie bolało, jak to miało miejsce z 'Księżniczką', poprzednim tomem. Wprawdzie nadal uważam, że najlepszy był pierwszy, ale uważam też, że nalażało dac szansę serii, skończyć ją i przynajmniej dowiedziec się, gdzie to wszystko zdążało.

Na początku autor serwuje nam sielskie i swojskie obrazki polskiej wsi, trochę historii ziemiaństwa i pańszczyzny, pochwałę tejże, potem kilka obrazków z tego, co sie dzieje z Alchemikiem, ale bez przesady, bez epatowania przemocą, raczej chodziło o to, żeby ukazać, że wszystko co dobre, kiedyś się kończy i ten bohater też kiedyś musi odejść. Przez całą powieść przeplata się letnia raczej opowieść o Księżniczce i zmianach jakowyś, które w niej zachodzą, a na końcu, dosłownie na przestrzeni kilkunastu ostatnich stron, następuje nawał zdarzeń, dziwów i różnych strachów, mrożąca krew w żyłach opowieśc o legendach huculskich, zmaterializowanie tychże, no i akcja jak z horrorów. Aż mi włosy deba stanęły (bo ja lekuchno słabowita na nerwach jestem). Pilipiuk najwyraźniej obudził się w ostatniej chwili z letargu, urok może ktoś na niego rzucił, i ostatnim rzutem na taśmę wykreował akcję niesamowitą, która w niepamięć pchnęła wszelkie nidociągnięcia całego cyklu. W każdym razie wrażenie po skończeniu zostało niezatarte i wcale wcale dobre. Ha, może to on na nas jakiś huculski urok rzucił, żeby nie rezygnować z czytania jego innych powieści.

Reasumując powiem tak - dla jego wielbicieli będzie to miła i relaksująca lektura, dla tych, którzy go nie znają, raczej zacznijcie od czegoś innego.

A poza tym u mnie duże zmiany, wewnętrzne raczej. W nocy śniłam, że jestem w ciązy. Rano w mojej głowie wybuchł meteor i zaowocował milionem myśli, płodnych myśli. Wielkie emocje mną targają, czuję się jak w gorączce. Ciekawe co z tego wyniknie?

15:43, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Noah's Compass - Anne Tyler

Biedni ci, którzy znajomość z tą pisarką zaczęli od tej powieści. Nigdy by po nią więcej nie sięgnęli. Kiedyś Anne Tyler wydawała mi się jedną z tych autorek, które nie miewają słabych okresów, są dosyć równe w swojej twórczości i co jakiś czas wydają, jeżeli nie świetną, to przynajmniej dobrą powieść. Kiedy mój book club wybrał jej nowy tytuł do czytania, byłam więcej niż zadowolona, bo to i święta idą, i zimowy czas, dobre na takie czytadła z duszą i dobre gatunkowo. Kurcze, jak ja się przy tej książce wynudziłam. Przez 277 stron, na szczęście wydanie dużoforamotwe i pisane Berlingiem (taka przyjemna dla oka czcionka), czytałam, czytałam i czytałam i nie mogłam uwierzyć, że nic się nie dzieje. Nie u Anne Tyler, u niej tylko pozornie może się nie dziać, ale gdzieś tam w wodach podskórnych aż wrze. Well, nie tym razem.

Liama, ojca trzech dorosłych (no, jedna na ostatnim roku liceum) córek, wdowca i rozwodnika poznajemy w momencie, kiedy zostaje zwolniony z pracy z powodu redukcji etatu. Nauczyciel, któremu odebrali jedną klasę, mimo, że należało zwolnić innego, z krótszym stażem, zwalniają jego. Burzy to jego krew? Nakłania do działań, walki o swoje? Nie. Pan zmienia mieszkanie na mniejsze, pozbywa się większosci rzeczy i git. Przeprowadza się, pierwszej nocy dostaje w łeb od włamywacza, traci pamięć tej konkretnej nocy, ale generalnie nie jest źle, z kilkoma szwami wraca do domu. Córki go olewają, chociaż on wydaje się w porządku, ale smutno mu? Desperuje? A gdzież tam. Poznaje laskę trochę młodszą (on ma 60), zakochuje się, różne dziwne rzeczy się dzieją, nie powiem co, bo to jedyny twist w powieści, który przyspiesza bicie serca. W każdy razie targają nim jakieś emocje, no chyba nie mieliście nadziei, że powiem tak.  Najmłodsza córka wprowadza się do domu, zderzenie pokoleń, kłótnie, docieranie się? Nic z tych rzeczy. Ech, juz nie będę wymieniac, a mogłabym jeszcze.

Nie znajdziecie tu emocji, krwi, łez, smutku, rozdarcia wewnętrznego. Wszystko jest takie letnie, dzieje się samo i jest przeraźliwie nudne. Tam, gdzie powinny być - złość, frustracja, nadzieja, zakochanie, radość, jest dziadek, który nawet w domu nic do jedzenia nie ma, ale się tym nie martwi, bo właściwie to nie był głodny, zje sobie chrupki z zimnym mlekiem, chociaż nienawidzi.

Czytałam i myślałam, że jedynym powodem do napisania książki takiej jak ta, jest uzmysłowienie czytelnikowi, że sa też tacy ludzie na świecie, którzy nie mają w sobie energii, pasji i ikry. Żyją życiem, nie oglądają TV, nie czytają, nie szydełkują, nie spotykają się na karty, wstają, jedzą i wydalają. Tylko czy my musimy o tym czytać? Żeby chociaz cos nim wstrząsnęło, a było takie wydarzenie, nawet dwa, żeby chociaż na minutkę obudził się z marazmu, to wiedziałabym po co się tak męczyłam. Nic się jednak takiego nie stało.

A tak w ogóle to opanowała mnie 'sraczka czytelnicza', biorę jedną książkę, zaczynam, ale już bym chciała inną, nie tę, którą czytam, ciągle biegam wzrokiem po regałach w poszukiwaniu następnęgo tytułu, jestem niespokojna i nie mogę się skupić, kiedy czytam i wciąż mam wrażenie, że nie tę pozycję powinnam mieć teraz w ręku. Jessssu, jakie to męczące. Mam nadzieję, że mi zaraz przejdzie. Miewam tak czasami, raz w roku może. Obiecałam sobie, że nie będę czytać dwóch powieści na raz, bo to powoduje u mnie rozdwojenie jaźni. A wy jak czytacie, pojedynczo, po kilka jednocześnie, co innego w autobusie, a co innego na stoliku nocnym? Ciekawa jestem.

czwartek, 07 stycznia 2010
Aleja samobójców - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Postanowiłam schudnąć. U nas, dla tych, którzy mają ograniczony dostęp do siłowni, nie lubię turlać się grupowo na piłce, podskakiwać tym bardziej, najmodniejsze i najefektywniejsze (nie mylić z efektowynym, chociaż pewnie zależy kto to robi) jest szybkie chodzenie albo, jeżeli ktoś zakupił kijki w Lidlu, Nordic walking. Nie wiem na czym polega ten nordic, muszę się tym zainteresować, ale bez zbędnych przygotowań postanowiłam zacząć normalnie maszerować dla zgubienia kilogramów. Postanowiłam nie znaczy, ze robię to systematycznie, to dopiero muszę postanowić.

No tak, ale chodzić i nic poza tym? Rozmawiać się za bardzo nie da, bo podczas marszobiegu nie wskazane, a chodzenie samo w sobie jakoś mnie nie rajcuje. Mąż się śmieje, że jakby mi powiedzieli, ze na końcu 10 km odcinka jest księgarnia, szłabym jak w dym. A gdyby jeszcze była tam wyprzedaż, pobiłabym rekord świata w marszobiegu na tym dystansie. Trzeba wiec było znaleźć coś, co uczyni te spacery znośnymi, a może nawet przyjemnymi. I tak zaświtała mi w głowie myśl, że może mogłabym słuchać ksiązek, poszłam dalej za ciosem i teraz to nawet słucham ich w samochodzie, w autobusie to już obowiązkowo, ale tym środkiem transportu przemieszczam się niezwykle rzadko.

Krajewskiego, ani Czubaja nie czytałam nigdy przedtem, ciekawa byłam tej powieści. Czytają autorzy na zmianę. Hmm, nie wiem, czy to dobry pomysł. Moim zdaniem żaden z nich nie ma fonogenicznego głosu, ale jakos można z tym żyć, bo treść jest na tyle ciekawa, że się człowiek jakos przyzwyczaja i już tak nie razi. Małe 'ale', jak się już oswoiłam z głosem jednego, kolejny rozdział zaczynał czytać drugi autor i tak w koło Macieju. Troche mi to przeszkadzało. Wyobraźcie sobie oglądanie filmu, jakby wam zmieniali lektora co kilka scen, oszaleć można.

Głównym bohaterem jest komisarz Jarosław Pater. Zgorzkniały, samotny rozwodnik, trochę dziwak, erudyta. Miejsce akcji - Wybrzeże, eksluzywny dom starości EDEN. Zostaje tam zamordowany i oskalpowany mężczyzna na wózku inwalidzkim. Drugi, emerytowany profesor, znawca okaleczeń rytualnych i sekt, znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Na dodatek sprawę nagle przejmuje ABW. Pater nie daje za wygraną, toczy własne śledztwo. W jego trakcie poznajemy szereg ciekawych charakterów, pensjonariuszy domu seniora, dyrektora tegoż, kolegów Patera. Ciekawa, męska proza. Zadnych udziwnień i ubarwień, trochę jakby się czytało akta sprawy z komentarzami. Trzyma w napięciu, nie mogłam sie oderwać, złapałam się na tym, że wynajduję czynności, które byłyby usprawiedliwieniem do dalszego słuchania.

W zanadrzu, tym razem w wydaniu papierowym, mam jeszcze Róże Cmentarne, ciekawe, czy równie dobre.

wtorek, 05 stycznia 2010
WOŁKODAW. OSTATNI Z RODU SZARYCH PSÓW

Wkleję poniżej co przeczytałam w necie na stronie Canal+, żeby się nie wysilać z opisami, a pod napiszę o moich wrażeniach:

"Wołkodaw (Aleksandr Bukharov) jest Wenem, ostatnim żyjącym potomkiem klanu Szarych Psów. Jego ojciec Mezhamir para się kowalstwem, a miecze, które wykuwa są warte swej wagi w złocie. Gdy nadchodzi czas inicjacji Wołkodawa, osadę Wenów atakują wojownicy Ludojada (Aleksandr Domogarov), kapłana bogini śmierci Morany.

Najeźdźcy zabijają całe plemię. Rodzice Wołkodawa mordują na oczach chłopca, a jemu samemu darują życie, tylko dlatego, że ma przydać się jako niewolnik. Wołkodaw trafia do kamieniołomów w Kryształowych Górach. Zadziwia współtowarzyszy niewoli uporem, bowiem codziennie, po wielu godzinach wyczerpującej pracy, ćwiczy się w walce wyimaginowanym mieczem. Siła charakteru i pragnienie zemsty pomagają mu przetrwać siedem lat. Odzyskuje wolność po wygranym pojedynku z nadzorcą, zwanym Wilkiem, po czym trafia pod opiekę wędrownej czarodziejki Kendarat (Natalya Valery). Dzięki niej Wołkodaw zgłębia tajniki dobra i zła oraz doskonali umiejętności zgodnie z zasadami świętej sztuki walki Kan-Kiro. Wciąż myśli jednak o zemście. Nieoczekiwanie nadarza mu się okazja, by jej dokonać. Ma bowiem ochraniać córkę króla Galiradu, piękną księżniczkę Elenę ( Oksana Akinshina), która wychodzi za mąż za Vinitara (Anatoli Belyj), syna Ludojada.

Maria Siemionowa jest autorką kilku książek, które osiągnęły w Rosji status bestsellerów. Pierwsza powieść z serii o Wołkodawie została opublikowana w 1995 roku, podbiła serca czytelników i przyczyniła się do powstania nowego gatunku literackiego - słowiańskiego fantasy. "Wołkodaw. Ostatni z rodu Szarych Psów" to projekt o budżecie przekraczającym 30 milionów dolarów i ogromnych ambicjach. Prace nad scenariuszem trwały rok, a autorem adaptacji powieści i reżyserem obrazu jest NIKOLAY LEBEDEV. Jego poprzedni obraz "Kryptonim Gwiazda" zachwycił producentów z firmy Central Partnership, którzy szczególnie wysoko ocenili jego walory artystyczne, efekty wizualne i wykorzystanie technik komputerowych. Kompletowanie obsady aktorskiej trwało sześć miesięcy"

Ten film spadł mi jak z nieba, klikałam pilotem po kanałach, bo miałam ochotę na coś takiego mięsistego, a nagrane filmy czekają na oglądanie z córką, któa tego wieczora była zajęta. Bolał mnie kręgosłup bo coś mi chrupnęło w krzyżu i nie mogłam znaleźć sobie wygodnej pozycji, jakaś taka byłam do niczego po lekach przeciwbólowych...Nagle patrzę, a to się jakiś fantazy, do tego rosyjski, zaczyna. Taka mnie nagła opanowała euforia, bo zapowiadał się od pierwszej sceny superowo. I się nie zawiodłam, o bólu zapomniałam, przypływu energii dostłam, senność i rozmemłanie gdzieś odpłynęły, emoccje mną takie targały, że się nie mogłam przestać dziwić, raczej moje alterego pozostające zawsze trzeźwe nie mogło sie przestać dziwić, jak to bajka fantazy może targać ludzkimi uczuciami.

Ta historia, chociaż całkowiecie wymyślona, opiera się mocno na kulutrze i podaniach rosyjskich, jest więc kniaź i kniaziówna, jej brat stryjeczny zazdrosny o władzę, ludowe gusła i przesądy, bogowie liczni czczeni przez różne grupy, w zależności od zamożności, statusu spłecznego itp. Są tez czary, a jakże, piękny niewolnik, dobry, silny, prawy przeciwstawiający się złu tego świata. Jest to, co było w bajkach wszelakich, niezależnie od kraju pochodzenia, a ja pamiętam też podania i legendy rosyjskie, które miałam (pewnie nadal gdzieś leżą, muszę je odszukać) pięknie wydane w twardej oprawie, dziecięciem będąc.

Film jest nakręcony w niezwykle poetyckiej aurze, piękne scenerie, a do tego efekty komputerowe, które nie odstają od obrazu, nie wiemy, kiedy to jest podrobione, a kiedy jeszcze tak nakręcone, że wydaje się prawdziwe aż do bólu.

Przez cały firm towarzyszyły mi nie tylko emocje związane z treścią, ale też z porównaniem, które podczas oglądania nasuwało się samo, do naszego Wiedżmina. Przez pół filmu, bo potem mąż zagroził mi ukamieniowaniem orzechami włoskimi, co 10 minut zrywałam się z fotela (z moim bolącym kręgosłupem!) i wywrzaskiwałam - czego nam do jasnej cholery brakuje, że nie mogliśmy Wiedżmina zrealizować równie dobrze!!!

Polecam ten film wszystkim tym, którzy kochają fantastykę, ale rónież, a może przede wszystkim tym, którzy nie zabili w sobie wewnętrznego dziecka i nadal kochają bajki. I to jakie bajki. A na koniec dodam, że po tym filmie na zawsze przestaniecie się bać nietoperzy.

Film można oglądać na Canal+ i Canal+ Film

niedziela, 03 stycznia 2010
Nasz blogowy book crossing - co o tym myślicie?

Dostałam komentarz od greenhistoryka, że chętnie odda swoją kopię 'Rewersu' w moje ręce (napisał w dobre, ale wzięłam to do siebie hehe). Potem dostałam od niego (i M.) maila potwierdzającego chęć poświęcenia swojego egzemplarza. Tak się wzruszyłam. Najpierw chciałam zagarnąć Rewers dla siebie, schować go przed światem i udawać, że mnie nie ma, 'kiedy ktoś dzwoni', ale potem się opamiętałam, że przecież pierdolec czytelniczy, excuse my French, powinien mieć swoje granice, a już zupełnie do pionu postawił mnie komentarz nutty, że też by chciała. I w tym momencie nastąpiło olśnienie - powinniśmy mieć tutaj, między blogowiczami, którzy się odwiedzają nawzajem, nasz blogowy book crossing, czyli każdy mógłby wprowadzić jedną fajną pozycję  w obieg, po przeczytaniu wysyłałoby się następnej osobie zgłaszającej chęć otrzymania. Ja mieszkam zagranicą, więc przesyłka do mnie pewnie będzie droższa,  to też zależy skąd, ale gdybym ja puściła w obieg inną pozycję, poniesione koszty każdego wobiec każdego by się wyrównały. Poza tym możnaby było mieć książkę jednak taniej, nawet uwzględniając koszty wysyłek, no i bez zawalania półek kolejnymi pozycjami. Inna sprawa, że ileż można kupować ksiazek naraz? - wiem, wiem, można, ale jednak jakiś rozsądek obowiązuje. Ja na przykład, mieszkając tutaj, nie mogę kupować na Allegro, niektóre pozycje sa poza moim zasięgiem, ale mogę kupić jakąś anglojęzyczną, która znowu będzie duużo droższa, jeżeli chcelibyście ją kupić z Polski z wysyłką stąd.

Co o tym myślicie?

Ja ze swojej strony mogę się zobowiązać, że po przeczytaniu Rewersu prześlę go dalej do nutty (proszę o adres na maila www.kasia.eire@gazeta.pl) i ten sposób greenhistoryk wprowadził jedną pozycję w obieg.

sobota, 02 stycznia 2010
Powariowali? Czy to ze mną coś nie tak?

Jeszcze przed końcem roku, mając na uwadze moje postanowienie, chciałam sobie kupić "Rewers" Andrzeja Barta. Pomyślałam, ze skoro już poprosiłam koleżankę, żeby mi przywiozła kilka książek, to nie mogę jej obciążać nadmiernie i Rewers kupię sobie na pdf, no i taniej będzie... Otóż moi kochani sprawa ma się tak, że niestety naiwna jestem jak dziewica u Jane Austen. Zajrzałam na kilka stron z ebookami i cóż widzę Rewers na jednej z nich - 4M - kosztuje 34.90, na dowód zajrzyjcie TU (cena uważam SKANDALICZNIE WYSOKA). To jest pdf, nie papier, nie ma okładki, nawet nie lrf czyli format na Sony. No dobra pdfy są czytane z polskimi znakami, więc tego akurat czepiać się nie będę, ale myślałam, że ideą jest oszczędzanie, i papieru, i drzew, i pieniędzy czytelników, przecież format przesyłany drogą internetu nie może być droższy, dowód na to TU gdzie kosztuje mniej niż pdf, niż wersja tradycyjna, która wymaga wyprodukowania każdego egzemplarza oddzielnie, a nie jedynie skopiowania go jednym przycisnięciem klawisza. Ja chyba zwariuję. NIC DZIWNEGO, ŻE LUDZIE POBIERAJĄ EBOOKI ZA DARMO Z SIECI !!! Nikt nie lubi być robiony w konia i to w biały dzień! Przecież gdyby cena była przystępna, dużo mniejsza, bo tak być powinno, wielu na pewno szanowałoby prawa autorskie.

Tym sposobem nie mam Rewersu i będę sobie teraz cichutko płakać i głośno desperować.

Na otarcie lez posłucham sobie soundtracka z tego filmu, posłuchajcie i Wy bo jest wyjątkowo piękny. A oto próbka

Dzieki Merry

piątek, 01 stycznia 2010
Kasi.eire dom bez stosików - postanowienie noworoczne

To zdjęcie zrobiłam, kiedy mój księgozbiór, po wielu perypetiach - segregacji i cześciowej (prawie pół) odsprzedaży do antykwariatu, kilkuletniemu leżakowaniu na strychu szwagierki, przewózce w tirze z Polski do Irlandii z międzylądowaniem w UK, gdzie aresztowano tegoż tira, bo współładunek posiadał fajki zamiast podpasek, odczekaniu w kolejce na półki, które specjalnie dla niego zrobił mój mąż (bo nie może tak być, zebyś miała książki w dwóch rzędach, przecież nic nie widać, co posiadasz!) - wylądował wreszcie na półkach i każda najmniejsza książeczka znalazła swoje miejsce. Jeszcze jedno skrzydło stoi w sypialni, bo ja lubię towarzystwo książek i nigdy w życiu nie postawiłabym ich na korytarzu czy 'on the landing'. Chociaz, przy moim tempie kupowania i wiecznemu łakomstwu na nowości, i to mi grozi.

Natchniona książką Susan Hill 'Howards End is on the landing' (padma-jeszcze raz dzięki za podpowiedź, przyjemnośc czytania tej pozycji jest nieograniczona) pognałam kurcgalopkiem do moich półek przejrzeć je uważnie i stwierdziłam co następuje:

- jest tam wiele pozycji, które niecierpliwie przestępują z nogi na noge w oczekiwaniu na ich kolej, a wciąż nowe koleżanki napływają i ich szansa odpływa w bliżej nieznaną przyszłość

- mam nieznośny zwyczaj odwlekania przyjemności w czasie, to znaczy - im książka wydaje mi się bardziej interesująca, tym dłużej odwlekam moment jej czytania, bo wydaje mi się, że jak już skończę, to mój smutek nie będzie miał końca, a poza tym 'co dalej?". Przecież nigdy nie było tak, żeby nie było nic dalej, ale logika nie ma tu nic do rzeczy, to taki postkomunistyczny nawyk, kiedy książki własną krwią się okupywało, ciężko było zdobyć i pogodzić się ze świadomością, że jak się przeczyta, to może długo nic ciekawego się nie trafi. To samo miałam z chińskimi długopisami i gumkami do ołówka, wyglądały pięknie, pachniały pięknie, ja uzywałam jedną obgryzioną, a reszta była na zaś. Hmm, do tej pory mam je nie rozpakowane.

- o wielu książkach zapomniałam, że w ogóle posiadam. To znaczy, gdyby mnie ktoś zapytał, to nawet wiem, gdzie stoją, ale kiedy przychodzi do wybierania nowej pozycji do czytania, jakoś je pomijam, a jest wiele ciekawych, które przywołują bicie serca, o ile je zawuważę.

- ostatnio dużo czasu i enegrii zabiera mi śledzenie nowości. W ogóle mam wrażenie, że te poszukiwania przeszkadzają mi w czytaniu, bo zamiast się zanurzyć w treści i poddać emocjom, ja dostaję gorączki, bo wyszła nowa pozycja i muszę ją koniecznie mieć.

Toteż postanawiam, w ślad za Susan Hill, że w tym roku nie będę kupować ksiązek aż do Bożego Narodzenia. Będę czytać tylko to, co czeka na półkach, wyjątek zrobię dla pozycji z book club, do którego należę i dla powieści jednej fajnej dziewczyny czyli Antoniny, którą mam nadzieję dostać i natychmiast oczywiście przeczytać. Tak więc, mój dom w 2010 roku jest domem bez stosów (Tazbir byłby ze mnie dumy).

Ci, co mnie dobrze znają, wiedzą jakie to dla mnie poświęcenie!

Noworoczną noc spędziłam bardzo miło. Na pięterku urzędował mój syn z trzema kumplami, z którymi się przyjaźni od wczesnych lat podstawówki i tworzą zwartą paczkę. Córka na imprezie z chłopakiem.  Na dole ja z mężem, trochę poczytaliśmy popijając Morgan Spice z Colą, obejrzeliśmy nagrany odcinek Wallandera, a po 12 włączyłam sobie rosyjski serial o Daszy Wasiliewnej (na podstawie powieści Darii Doncowej). Poczytałam jeszcze do 3.30 i z rozsądku poszłam spać, bo jednak trzeba dzisiaj jakoś funkcjonować, cały dom chłopa, obiad jakis zmontować itp.

Życzę Wam wszystkim szczęśliwego Nowego - 2010 - Roku, wielu wspaniałych lektur, dobrobytu i zdrowia.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters
KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!