O książkach najwięcej , również o filmach, muzyce, teatrze i tym, co mi w duszy gra
sobota, 28 stycznia 2012
Biała Lwica Henning Mankell - Wallander odsłona trzecia.
 
Konsekwentnie czytam kolejno opowieści kryminale Mankella i za każdym razem jestem zachwycona.
Trzecia część, w sensie chronologicznym, to 'Biała lwica'. Akcja dzieje się w RPA i w Szwecji, dotyczy planowanego zamachu i spisku z tym związanego, a szkolenie przyszłego zamachowca ma się odbyć na terenie Szwecji przez byłego rosyjskiego KGB-owca.
Trudno pisać o takich powieściach, żeby niczego nie zdradzić, a zachęcić.
Ta akurat powieść jest grubaśna, objętościowo większa niż dwie poprzednie, ale czyta się migiem. Jedyny problem, jaki miałam, ale to już ze mną jest coś nie tak, to fakt, że ja nie bardzo gustuję w opowieściach z Afryki i problemach społecznych tamże. Co mam wiedzieć, żeby nie uchodzić za ignoranta, to wiem, ale nie lubię o tym czytać i roztrząsać tematu. Tutaj umęczyłam się tylko umiarkowanie, czyli dla kogoś nielubiącego takich klimatów, Mankell dokonał rzeczy prawie niemożliwej, czyli przekonał mnie do książki, mimo tematu skazanego na klęskę.
Nie jestem taka niereformowalna, jak myślałam.
W 'Białej lwicy' Wallander się normalnie rozszalał. Czego on tam nie wyprawiał, mamy też kolejna odsłonę historii z ojcem, no i o córce dowiadujemy się troszkę więcej.
Pan Mankell mnie nie zawiódł, sięgnę wkrótce po kolejną część, już się na to cieszę, ale jednocześnie smucę, bo to już czwarta, do końca niby daleko, ale już go widać, a ja tak bym nie chciała tracić tego bohatera na zawsze. No cóż, cieszę się tym, co mam jeszcze przed sobą, ciekawa jestem natomiast, co nowego Mankell wymyśli, może nowego policjanta? Czy ktoś coś wie na ten temat?

Jest to czwarta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki



poniedziałek, 23 stycznia 2012
Miłoszewski na bis - Ziarno prawdy
 
Mam nauczkę, powinnam się już znać siebie na tyle, żeby wiedzieć, że o książce muszę pisać zaraz po jej przeczytaniu, bo zdecydowanie wolę, kiedy emocje biorą górę. Teraz, po prawie dwóch tygodniach, kiedy myślę o tym, co napisać, zaczynam kombinować, ą, ę, że styl taki, że tło społeczne, że bohater ...

Ale nie, nie będę się na nic silić, powiem tylko, że druga część jest świetna.
Sandomierz nie powinien się w ogóle boczyć na autora, bo dopiero teraz wydaje mi się wyjątkowo ciekawy do odwiedzenia, wcześniej tylko był dla mnie piękny, taki pocztówkowy.
Po drugie polubiłam bohaterów dodanych do Szackiego. Jak zwykle niejednoznaczni, trudno być ich fanem, ale jak się człowiek przyzwyczai, to jest ok, a nawet tęsknię.
Ale najbardziej podoba mi się sam Miłoszewski, a właściwie to, co znajduję z autora w jego tekście. Powtórzę się, ale ciekawy z niego facet, a ja nade wszystko lubię rzeczy napisane przez ciekawych ludzi.
Monologi wewnętrzne podane tak, jakby tylko facet sam w myśli coś do siebie powiedział, to mnie zafascynowało, bo przecież nie mam zbyt wielu okazji, a raczej powinnam powiedzieć, że nie mam okazji wcale, w męską duszę zajrzeć.
Nic mi nie przeszkadzało, ani jego obcesowość, ani brutalność, ani świntuszenie. Wszystkiego było dla mnie w sam raz, nie przekroczył granicy dobrego smaku, a nadał powieści cech prawdziwych, bez jakichś wydumanych dialogów i walki wewnętrznej bohatera, która to walka nikogo nie obchodzi, bo jest po prostu z czapy wytrzaśnięta.
Ta książka jest jak rzepa - trzyma się kupy i mocno zasadza się w świadomości czytelnika.
Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną powieść, i kolejną, i kolejną, bo jest to przyjaźń na lata. 

sobota, 14 stycznia 2012
Jedno życie, a tyle treści
 
O książce Danuty Wałęsowej napisano już wiele, każdy ma swoje zdanie, mam i ja.

Książkę udało mi się kupić za pośrednictwem mamy żony kierownika naszej szkoły, nóżką dygnęłam, ładnie poprosiłam (oczy spaniela pomagają) i przywiozła.

Wybrałam zakładkę, nie wiem, czy też tak macie, ale dla mnie to ważne. Tym razem padło na moją ukochaną, od czasu, kiedy ją dostałam od córki (z Chin przywiozła), nie dość, ze z kotem, to jeszcze herbatkowa.

A, że zaczęłam czytać w okresie wielkiej zajętości, czyli zaraz przed świętami, to musiałam ją położyć na stole o tak, jak na zdjęciu wyżej, i jak tylko nadarzyła się okazja, przysiadałam i podczytywałam po kawałku.
Po raz pierwszy mam zagwostkę, jak napisać o książce?
Nie, nie będę krytykować treści, każdy ma prawo do swojego życia i do mówienia o nim, tak jak chce. My możemy czytać lub nie, to jest nasze prawo.  Ani mi przez myśl przeszło tę książkę odkładać, bo mnie pochłonęła bez reszty.
Pani Danuta tę książkę podyktowała dziennikarzowi, a ten, świadomie czy nie, przelał treść na papier niczego nie upiększając, nie dodając jej literackości, dodatkowego sznytu. Oparł się pokusie wygładzania jej po swojemu, przez to jest wrażenie, że to nie tekst do czytania, a rozmowa z sąsiadką, która podejmuje cię na kawie, ale coś tam musi jeszcze dosmażyć, coś zamieszać w garnku, i tak sobie siedzicie w kuchni, a ona opowiada. A sąsiadka to nie byle jaka, więc treść zajmująca.
Ważne momenty z historii naszego kraju widziane oczami kobiety. Tym razem nie wojującej feministki, nie doktora filozofii, nie kobiety biznesu, a matki, żony, pani domu, kobiety, która jak potrafiła, towarzyszyła zaangażowanemu w wielką politykę mężczyźnie i próbowała znaleźć w tym wszystkim siebie.
Na początku denerwowało mnie trochę, że pani Danuta niczego nie pamięta, ciągle to powtarza. Ale potem pogodziłam się z formułą tej książki, z tym 'potokiem myśli' przegadanym na żywo i już tak nie pomstowałam. Bo i po co?  To jest czyjaś historia, jak babo (czyli ja) potrafisz lepiej, to pisz swoją, czyż nie?
Zaimponowała mi Danuta Wałęsowa, tym, że ma takie poczucie godności, w momentach, kiedy łatwo je stracić. Tym, że samoocena rośnie u niej wtedy, kiedy innym mogłaby spadać na łeb na szyję, że w kontaktach z ludźmi bardzo wykształconymi, myślicielami, wielkimi osobowościami, zawsze pozostała sobą, bo ona wiedziała na czym stoi i gdzie stoi. Ona po prostu miała wysoką świadomość swojego miejsca i nigdy nie żałowała, że się tak a nie inaczej jej życie ułożyło. To jest bardzo wielka zaleta.
Nie jest kobietą wykształconą, ale to życie było jej uniwersytetem i doprawdy z tego mogłaby dostać doktorat.
Pewnie, łatwo krytykować, ale jak to mówią tutaj, trzeba by przejść sto mil w czyichś butach, zeby kogoś oceniać, zrozumieć i poznać. Jedno mi tylko nie daje spokoju, pani Danuta pisze o dzieciach, że może mogły dostać więcej uwagi, więcej mogła im tłumaczyć, zamiast tego, zajmowała się  nimi, ale nie rozmawiała o tym, co się dzieje, a wiemy, że działo się dużo. I tak sobie wtedy pomyślałam - czy nie lepiej było w takich okolicznościach, kiedy męża nie było w domu i wcale się nie zanosiło, ze kiedyś 'osiądzie na mieliźnie' - mieć ich mniej, żeby się tak nie zaharowywać, nie eksploatować. Przecież piątka czy czwórka to też rodzina wielodzietna, też zaspokaja potrzebę takiego modelu. No, ale nie moje wybory, nie moja to była codzienna ciężka praca, to i nie krytykuję, tylko tak po babsku się zadumałam.
No i samotność - sub-bohater tej książki. Zaznałam podobnej, tylko na mniejszą skalę, kiedy mąż wyjechał do Irlandii, a ja osiem miesięcy byłam z dziećmi sama. Tylko dwójka i tylko tak krótko, ale w kość dostałam, bo i ludzie potrafili dopiec (mąż zagranicą budził wtedy zazdrość i zawiść), i samotność doskwierała i oczywiście wszystko się wtedy lawinowo psuło w domu i w zagrodzie, do tego dzieci przeżywały nieobecność ojca. Kiedy o tym czytałam w książce, rozumiałam aż nadto, o czym pani Wałęsowa mówi i jak to się odbija na kobiecie.

Treść uzupełniają zdjęcia, fajnie, że było ich tak wiele.
Podobają mi się te wspomnienia, szczere, czasem pewnie aż za (chyba mogła sobie już darować ocenę współpracowników męża, co nie wyszło w treści, powinno zostać przemilczane), ale nie 'zalatywały tabloidem' i to mnie najbardziej do nich przekonuje.
Polecam

czwartek, 12 stycznia 2012
Kto za?

Kochani, jeśli się Wam blog podoba, zagłosujcie. Podobno dochód idzie na zbożny cel. Wolałabym, żeby to było kliknięcie na znaczek na stronie konkursu, ale zasady nie ja ustalałam i jest głosowanie smsowe.

Zeby to zrobić, wyślijcie sms o treści E00049 na numer 7122, bez spacji, gdzie 000 to trzy cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto.
Dzięki 

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Księżyc i Magnolie - reź. Maciej Wojtyszko

To się po prostu w pale nie mieści, jaki można mieć ubaw w teatrze, nie ruszając się z domu.  Przepraszam za język, ale tak mam, jak mnie porwie.
Dzięki telewizji, moja emigracja nie tylko z kraju, ale emigracja z samej siebie i swoich uwielbień i radości, a w tym odseparowanie od teatru prawdziwego, ma mniejsze skutki uboczne. Kiedyś chodziłam do teatru regularnie, wbrew modzie na video i wypożyczalnie, wbrew temu, że mnożenie kanałów telewizyjnych odciągało ludzi od takich rozrywek, wbrew temu, że nie zawsze miała pieniądze i musiałam nieźle czasem kombinować - chodziłam. Dopiero wyjazd z kraju na daleką irlandzką północ mnie złamał w tym względzie. Owszem, jeżdżę czasem do Dublina, ale to już nie to.

Ale nie o tym chciałam.
Księżyc i Magnolie kazał na siebie czekać, bo okoliczności zmusiły do przełożenia spektaklu TV2
na inny dzień. Wiedziałam, o czym będzie sztuka, wiedziałam, że zabawna i dynamiczna, ale nic ponadto. Ale nie miałam pojęcia, że będę się zaśmiewać co kilkanaście sekund, że pod koniec będzie mnie bolała przepona i że będzie mi zdecydowanie za krótko, za mało i dlaczego już lecą napisyyyyyyyy!

Sztuka opisuje pięć szalonych dni, w trakcie których ma powstać od nowa scenariusz Przeminęło z wiatrem, scenarzysta nie czytał książki, więc producent i reżyser przyszłego filmu muszą odegrać przed nim powieść, scena po scenie.

Obsada bardzo mi pasowała, może poza sekretarką, której gry nie pojęłam. Może tak było w scenariuszu, nie wiem, ale zupełnie nie zrozumiałam tego, co ona chciała przekazać? Zresztą może nic, może to był tylko przerywnik?

W recenzji w Polityce Aneta Kyzioł pisze na końcu - "Trudno jednak dociec, po co właściwie powstał". (spektakl)
Pewnie dla jednych, żeby się po prostu pośmiać, a dla innych niosąc przesłanie.
Oprócz tego, ze jest to historia śmieszna, pokazuje też, co może uczynić wiara w to, co się robi. Jak wielka pasja zmienia oblicze sztuki i jak ważne jest wierzyć w swoje projekty.

Nie proś ludzi, żeby uwierzyli w Ciebie, najpierw sam musisz to zrobić, a i oni podążą twoim śladem.

F-E-N-O-M-E-N-A-L-N-A !!! 

Obsada:
Marcin Dorociński (David Selznick) producent
Łukasz Simlat (Ben Hecht) scenarzysta
Redbad Klijnstra (Victor Fleming) reżyser
Aleksandra Bożek (Miss Poppenghul) sekretarka

Tagi: dobre teatr
23:34, kasia.eire , TVManiak
Link Komentarze (8) »
niedziela, 08 stycznia 2012
Implant się przyjął

Czekałam na ten film, ale nie wiedziałam właściwie dlaczego? Córka mi przykazała obejrzeć, ale już od dawna wiadomo, że niektórych filmów, które ją zachwyciły, ja najzwyczajniej nie jestem w stanie oglądać, przeważnie z powodu brutalności lub raczej dosłowności zdjęć. Ja naprawdę nie zawsze muszę widzieć jak wygląda oderwana ręka.
Wszyscy na punkcie tego filmu, już kiedy w kinach, oszaleli, ale ja nadal sceptyczna, bo Matrix też wszystkich omamił, a ja usnęłam dwa razy (w rezultacie nigdy nie widziałam ani jednej części). Gwiezdne wojny prawie całe przespałam w kinie, do tego na ramieniu obcego faceta, który do tej pory leczy się pewnie z tej traumy u psychiatry. Drugą część Władcy pierścieni obejrzałam jedną trzecią, drugą trzecią przespałam na popielniczkę i to przy koledze męża, a dopiero pod koniec otrzeźwiałam. Nawiasem chciałam podkreślić, że szalenie rzadko śpię na filmach, prawie nigdy.
Zasiadłam dzisiaj przed telewizorem zdecydowana nie odpaść przed czasem, wiadro kawy sobie nawet zrobiłam.
Na tapecie "Incepcja".




I powiem krótko i na temat - mało się nie zsikałam pod siebie, bo mi było szkoda każdej minuty, a się tej kawy nażłopałam i mi się od połowy oczywiście chciało iść do toalety. Dawno nie przeżyłam takich emocji na tego typu filmie. Nie, że mi serce siada, bo wojna, że płaczę, bo dziecku albo zwierzęciu się krzywda dzieje, tylko sensacja, nierzeczywista, nie ma się czego bać, czysta przyjemność z oglądania.
Od śledzenia kolejnych poziomów snów zwoje w mózgu mi się zaczęły dymić, cały czas węszyłam podstęp, szukałam wskazówek, żeby zauważyć, kiedy oni mnie będą chcieli przechytrzyć?
Tym razem małżon spał i się budził, a za każdym razem, kiedy go upominałam - NIE ŚPIJ! - on odpowiadał - jestem na poziomie piątym. Pies obok usnął snem twardym, już takim nocnym, nie czuwajacym, też się śmialiśmy, że poziom czwarty zalicza. Tylko syn i ja z gałami na wierzchu podążaliśmy za akcją, a ta jak huragan, jak lawina, jak wylew wody po przerwaniu tamy, zagarnęła nas całkowicie.
Polecam wszystkim, i takim, co nie lubią takich filmów, i takim co lubią, bo on jest po prostu dobry i już.
A Leonardo DC i tak nie lubię. Jakiś taki przebrany za dorosłego teraz. Nigdy się do niego nie przekonam. 

Tagi: dobre
23:59, kasia.eire , Kino domowe
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 stycznia 2012
Nadal zaplątana w 'Uwikłanie' - Szacki jest, a jakoby go nie było. Film

 

Obejrzałam, a jakże.
Niedobrze jest oglądać adaptację książki zaraz po jej przeczytaniu. Szczególnie, że Szackiego mi zamienili na Szacką, a Oleg Kuzniecow to facet o cechach Szackiego książkowego czyli faktycznie go nie ma, natomiast jest Szacki w wersji kobiecej i męskiej, poza tym Warszawa to tak naprawdę Kraków. Kurczę, lubię Kraków, ale komu ta stolica przeszkadzała? I kto wymyślił pozbawić prokuratora jaj?
No nic, ale ciekawa byłam bardzo, poza tym przygotowana na ten cios wcześniej, więc się nie 'prułam' przed telewizorem z nerwów. W ogóle to na luz wzięłam, może i jestem egzaltowana w ocenach, ale też ze spokojem przyjmuję niezgodności adaptacyjne. Tylko mi tych szkoda, co nie czytają wcale i nie mieli okazji zapoznać się z pierwowzorem.

Papryczka w komentarzu do postu o książce napisała, że film kiepski, że az zęby bolą.
Hmm, to ja chyba za grosz gustu nie mam, bo mnie się podobał.

Najbardziej zdjęcia. Fantastyczne - mało kolorowe, momentami prawie czarno białe, czasem sine, jakby prześwietlone. Twarze pół w słońcu, pół w cieniu, niepokojąco, bardzo mrocznie, kamera ostra.  Postaci też tak ubrane czarno, biało, sino. Zadnych tam romantycznych miękkości obiektywu. Tak zrobione, że już samo oświetlenie, ustawienie kamery i sposób jej prowadzenia dodaje dreszczyku i jakoś tak niewygodnie na kanapie. No, ale ja się nie znam, piszę jak czuję. Gdybym była specjalistą, pewnie bym umiała to wszystko lepiej nazwać.
Stroiński w roli psa na ubeków bardzo mi się spodobał. Seweryn jak cię mogę, ale Pieczyński coś mi zgrzytał. To jest za dobry aktor na zgrzytanie. Wiecie, niby zjadliwy, ale piasek w zębach, jakby ostatni kęs pysznej kanapki z jajkiem upadł nam na plaży w piach. A ja go tak kocham.
Bukowski - grał policjanta, który z braku Szackiego mężczyzny, przejął jego cechy, przynajmniej część. Ciachowaty, ale w dziwny sposób. Albo ja się starzeję.
Ostaszewska - pięknista bardzo. Lubię ją, nic mi w niej nie przeszkadza. I uważam, że pięknie zagrała strach i to skorumpowanie ze strachu. Nie przesadziła, tak w sam raz.
Danuta Stenka - równie piękna, tak klasycznie, szlachetnie, chciałabym być tak urodziwa jak ona. Ale ostatnio zauważam niepokojącą manierę, wyciąga szyję tak, jakby na skraju wytrzymałości skóry, jednocześnie opuszczając kącik ust w taki sposób, że wydaje się, że naciąganie skóry szyi, ciągnie usta w dół. Nie mogłam się przestać na to gapić. Przeszkadzało mi to w odbiorze roli. Ja bardzo proszę tę utalentowaną aktorkę, niech nie popada w takie pozy i miny, bo za jakiś czas to się stanie nieznośnie. A tak ją kocham. 
No i Kraków - zupełnie jak Sandomierz z Ojca Mateusza, a wieczorami jak z Miłoszewskiego. Miasto-pocztówka, miasto - miaścicho gangsterów. Raz miękko kolorowe, raz szaro sine. Tyż piknie pokazane.

Czepiam się szczegółów, jeśli w ogóle, a tak ogólnie - podobał mi się.
Sezon na Miłoszewskiego trwa, czytam Ziarno prawdy. Odzyskałam Szackiego, którego autor podobno nie lubi tak bardzo, jak czytelnicy, ale co on tam wie, haha 

wtorek, 03 stycznia 2012
Uwikłana w Miłoszewskiego
 
To jest moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem, akurat ta powieść - Uwikłanie - wyszła już jakiś czas temu, ale ja, z racji przebywania poza krajem, jestem czasem opóźniona w zaliczaniu nowości i stąd te zachwyty, bynajmniej nie odgrzewane, a całkiem świeże.

Zdjęcie autora zapożyczyłam ze strony internetowej wydawnictwa WAB, mam nadzieję, że mnie z tego powodu nie będą ścigać międzynarodowym listem gończym. Lubię wiedzieć, jak wyglądają ludzie, którzy piszą książki, które ja potem zapraszam pod swój dach, do swojej głowy, a na końcu do serca (albo i nie, bo tam trafia tylko jakiś odsetek).
Widuję też czasem pisarza, jako gościa w sobotnim Drugim Śniadaniu Mistrzów u Marcina Mellera, w TVN24, ciekawy facet (oba dwa ciekawi).
No, ale wielu ciekawych już znałam, a pisać nie umieli, więc wcale nie jest to tożsame.

Wzięłam 'Uwikładnie' na tapetę i oszalałam. Wszystko mi pasuje, i prokurator jako główny bohater, i bardzo męski punkt widzenia (bo mój mózg ma płeć damsko-męską), i język, i swoiste poczucie humoru, tempo, i Warszawy tam było w  sam raz (nie lubię topograficznego terroryzmu), no i brawo za to, że nie ma tu powielania tego, co już było u setki innych. W kryminałach o to trudno, bo jak czytelnik tłucze polskie, skandynawskie, amerykańskie i rosyjskie, to mimo woli porównuje je do siebie, a ja tutaj nie miałam nawet takiego przebłysku, a jak próbowałam na siłę, to nic nie znalazłam. Nawet sobie myślałam przed czytaniem, że Szacki ma żonę i córkę, gania po Warszawie, napisane to niedawno, to pewnie mi się będzie z Hagenem kojarzyć cały czas. A figa, ani skojarzeń, ani porównań, Szacki mną zakręcił i liczy się tylko on, haha.

Jak to 40+ szczęśliwie mężata, skorzystałam z okazji, żeby się bezkarnie poślinić 'na widok' Szackiego, wiedziałam, że film nakręcono, więc sobie imaginowałam, jak to też on będzie wyglądał i jak ja się w nim będę, całkiem jak w Janku Kosie, kochać. I tu druga figa, cały kosz zaraz, bo w wersji filmowej Szacki to baba. Wypraszam sobie, a gdzie moje fantazje zaplanowane?
Tak czy siak, zanim jeszcze film, z początkiem roku zamknęłam ostatnią stronę książki z poczuciem wielkiego ukontentowania. Smakowało mi jak ulubiona ryba w Wigilię. Zaraz przygarnęłam do siebie 'Ziarno prawdy', kolejną powieść Miłoszewskiego z Szackim, tym razem w Sandomierzu. Mój ci on, zanim mi na ekranie zniewieścieje, 'zaliczę' faceta bez mrugnięcia okiem.
Tak to ja mogę rok zaczynać :-)

P.S. Słów kilka jeszcze o płci mózgu - jest teoria naukowa, że mózg takową posiada. Zrobiłam sobie testy i wyszło, że u mnie mieszana, stąd pewnie, przy całej kobiecości, uwielbienie dla konkretnych, nie ściemniających facetów

Jest to pierwsza książka przeczytana w ramach wyzwania - Z półki  

sobota, 31 grudnia 2011
Książki przybyłe ostatnim rzutem na taśmę, podsumowań nie będzie, obietnic też nie, za to jedno wyzwanie

Kochani, kończy się ten rok. Nie będę nic podsumowywać, wyznaczać najlepszych i najgorszych książek, co miałam powiedzieć o nich, napisane na blogu. Czy przeczytałam mało, czy dużo, nic mnie nie obchodzi. Najważniejsze, że mam wiele radochy z czytania, że czekają na mnie wspaniałe książki, że polska biblioteka się pięknie rozwija i patrzę raczej w przyszłość niż przeszłość. Aż mi się ręce trzęsą do tego, co na mnie na półkach czeka, tak więc, chociaż nie przystępuję z zasady do żadnych wyzwań, tym razem postanowiłam dołączyć do TEGO:


Zachęca ono do czytania książek zakupionych przed 2012 rokiem, należących do nas. Takiego mi trzeba właśnie.
Będę mogła do niego włączyć te książki, które w wyniku pewnej umowy, bynajmniej nie recenzyjnej, przybyły do mnie od PWN 

 

 


Wzięłam w ręce te o dwudziestoleciu międzywojennym i oszalałam - jakże one pięknie wydane, ciekawe komentarze, piękne zdjęcia. Uczta.
Poza tym ciekawe wspomnienia kobiet z Gułagu. Język angielski dla męża i dla mnie słownik ang-pol i odwrotnie, przydatny będzie do tłumaczeń, na pen drive hasła są umieszczone. Nawet bez dostępu do sieci będę mogła skorzystać.
Niespodzianka wielka, bo sama zamówiłam, ale się nie spodziewałam tak szybko.
Taki koniec roku, to ja rozumiem

Kochani - życzę Wam wspaniałych lektur w 2012 roku, żebyście szczęśliwie, suchą nogą,  przez niego przeszli, jeśli komuś się darzy, niech tak zostanie, jeśli ktoś ma pecha, niech pech zostanie w starym roku. Tak czy tak, niech Wam się darzy. 

środa, 28 grudnia 2011
Miłość we Wrocławiu. D.... mi nie urwało. Parada kubków za to ucieszyła
 
Zbiór opowiadań, którego wspólnym mianownikiem jest miłość w jej wszystkich przejawach, a autorami pisarze polscy. Jacy - widać na okładce.

Powiem tak - sama chciałam, więc nie mam co się teraz wywnętrzać, co gorsza nie mam komu. Pan do mnie napisał, zapytał, czy chcę do recenzji, ładnie dygnęłam nóżką i pięknie poprosiłam. Jeszcze przekonywałam, jak bardzo chcę.
Rzuciłam się na nią jak mój Franek na kość baranią. Miałam dobre nastawienie, ba, nawet ostatnio bardzo mi pasują formy krótkie, opowiadania właśnie.

I co? No właśnie nic. Nie dość, że większości już nawet nie pamiętam (czyli mną nie wstrząsnęło), to jeszcze mam poczucie straconego czasu. Ja przepraszam, to nie jest niewdzięczność, ale taka prawda, co poradzę?

Można powiedzieć, że ten zbiór, całe 266 stron,  przeczytałam dla jednego opowiadania plus bonus w postaci dwóch kolejnych - cuzamen do kupy 68 stron. Reszta to massa tabulette.
Tym opowiadaniem, które mi się podobało najbardziej było - "Oddana" Łukasza Orbitowskiego. Poruszyło mnie, wydało mi się cudownie kompletne i skończone.
"350 przepisów. Jak zrobić z siebie idiotkę. Poradnik" Ignacego Karpowicza rozczuliło i rozbawiło. A "Samobójstwo na Maślicach" Pilipiuka to czysta rozrywka w jego stylu. Reszta wydawała mi się jakby napisana na zasadzie - zamówienie jest, coś tam uszyję. Może tak nie było, ale takie właśnie wrażenie mi pozostało.
Nie chcę Was zniechęcić do czytania tego zbioru, to moje subiektywne wrażenie, wielokrotnie okazuje się, że komuś się podoba coś, co mnie nie i na odwrót, więc Wam pozostawiam decyzję.

A żeby nie było ta marudnie i smętnie, pokazuję Wam piękniste kubaski, które dostałam pod choinkę.
Od córki mój wymarzony z fabryki  Nicholasa Mosse
Jego wyroby są tak drogie, że muszę sobie zbierać po jednym kubku, talerzyku itd. Jakościowo świetne. W użyciu też. 


absolutny oryginał

od Moniki z Błękitnej Biblioteczki taki piękny kubas ze Starbucks. Może ich celem było dostarczenie pokaźnego kubasa do kawy, ale dla mnie to herbata tam jest bardziej adekwatna, taka z miodem i cytryną. 

Ten zestaw to jest prezent od córki i jeszcze-nie-zięcia. białych kubków jest cztery, do tego maszynka do kawy i pyszna kawa, a kubki takie wielkie, bo my lubimy latte. Robimy sobie taraz z gorącym mlekiem ubitym na pianę. Pychota. 


Co molowi potrzebne najbardziej na świecie oprócz książek? Duże kubki, żeby nie latać do kuchni po coś do picia.

A poza tym na zdjęciach widać, że biografia Danuty Wałęsy do mnie dotarła i już jest w czytaniu.



niedziela, 25 grudnia 2011
Nadejszła wiekopomna chwila, papier w strzępach :-)

Paczki otworzone, ciekawość zaspokojona, radość nieopisana, ale za to obfotografowana. Ja nie, bo tonęłam w papierach, zakładkach i książkach, ale moje dziecko mi zdjęcia strzeliło. Mnie tam nie ma, po co Wam trauma na całe życie :-). Ale zdobycze są na zdjęciach jak najbardziej.

Jak obiecałam, nie rozpakowałam, tak jak 'stały' poszły pod choinkę.


Leżą po lewej, dwa pakiety, których nie mogłam otworzyć, bo od razu bym wiedziała, co w środku, szara koperta od Wiewióry, a na spodzie jest granatowa paczuszka od Książkowca.


Na pierwszy ogień poszła ta od Wiewióry, bo  na wierzchu. A w niej piękne wyroby samej ofiarodawczyni, dwie filcowe podkładki pod kubki, do tego filcowe kolczyki piękniste kulki (ja nie wiedziałam, ze z filcu takie cudeńka można zrobić!!!), własnoręczna zakładka, która jest równocześnie kartką świąteczną, no i książka 7 babek, 1 dziadek. Szkoda, że nie pokazałam tego na zdjęciu, ona jest oprawiona w twardą okładkę, a dopiero w srodku jest ta właściwa, książkowa. A do tego piękna wizytówka z koralikiem, która dla mnie też będzie zakładką, bo sznureczek z koralkiem zostawiłam. Wizytówkę odwróciłam, bo nie wiem, czy sobie Wiewióra życzy, żeby widać było jej namiary. Na jej blogu twórczym są cudeńka, jest też strona ze sklepikiem, ale ja o tym nie wiedziałam, bo czytam jej bloga kulinarnego. Kobieta wielu talentów, do tego wielkiego serca, ze się ze mną podzieliła Dziadkiem :-)
Mam nadzieję, że moja paczuszka trafiła w Twoje upodobania.


Druga paczuszka przyjechała do Kate, Irlandzkiej koleżanki, która niestety mieszka daleko ode mnie. Kate swoim zwyczajem, nic nie mówiąc, pewnie po przeczytaniu posta na blogu, wysłała strzał w dziesiątkę, czyli The Sealed Letter. Czytałam Emmy Donoghue The Slammerkin i Pokój i bardzo mi się podoba jej pisanie. Dzięki Kate, śliczna kartka, życzenia i dużo serca w tej przesyłce. Niech Wam się z Cezarem darzy. Kate bloga niestety nie ma, może pomyślisz o tym kochana kuleżanko???


Ta paczuszka poniżej leciała aż zza Oceanu. Madzia wysłała drugą powieść Emmy Donoghue Life Mask. Widziałam wydania brytyjskie i powiem Wam, że się nie umywają do tego amerykańskiego. Ma piękne gładkie strony, kremowe - uwielbiam ten kolor, jesty przyjazny dla oczu, kiedy się czyta. Poza tym pozostawia wrażenie, że się starą książkę czyta. Madziu dziękuję, również w dychę trafiłaś.
Dostałam też kartkę skomponowaną ze zdjęć Magdy pociech, śliczna. Poszła do albumu.


No i ostatnia paczka od Książkowca - Pruszkowska, która jest prawdziwym rarytasem (mam list i klucz, to już mi tylko jednej brakuje, hurra!!!). Do tego Ksiądz Rafał, którego mi się ciągle nie udawało kupić, piękna podkładka z aniołem (już mam ją na biurku przy komputerze), zakładka robótkowa (ta różowa) i całe naręcze pięknych zakładek papierowych. A wszystko w towarzystwie własnoręcznie wykonanej kartki. Ja nie umiem nic rękami, to serdecznie podziwiam. Książkowcu, tak to zapakowane, poukrywane, mimo, że w jednej paczce, że co chwila okrzyki wnosiłam - o tu mam coś, o i tu coś jeszcze ....


Ale radochy mi sprawiliście. Faktycznie nie miałabym żadnej książki (chociaz mnie dziecko nieźle obsztorcowało za to, ze jej nie kazałam nic kupować z książek, a potem przeżywałam, powiedziała, że już mi nigdy nie uwierzy, haha).

Jest też i inny stosik, z tego, co dostali moi bliscy


DVD Maja w Ogrodzie dla męża, bo on ją uwielbia i gdyby nie to, że ona daleko, byłabym zazdrosna. Zresztą może powinnam?
The Alchemist dla Misi
Trzy Indridasony dla Jeszcze-Nie-Zięcia, pod poduszkę dostał Miłoszewskiego Uwikłanie po angielsku
Tancerka Degasa dla Misi
Ingheritance też dla córki
Hypnostist dla Jeszcze-Nie-Zięcia od córki
Trylogia o rycerzach zakonu krzyżowców dla męża ode mnie
A na samy dole dla córki, nie mam sama pojęcia co to jest, haha. Prosiła, zamówiłam na Amazon. Coś dla grafików.

Ot i tak sobie teraz grzebię w tych moich prezentach. Jak co roku, rodzinka rozeszła się po swoich kątach, Posprzątane, jedzenie pochowane, pies coś tam przez sen marudzi, jest już po drugiej w nocy, a ja jeszcze tutaj piszę i się raduję tym dniem.
Mam nadzieję, że u Was też wszystko dobrze. 

sobota, 24 grudnia 2011
Dla Was Kochani na ten czas

Wielkimi krokami zbliżają się święta. Kochani moi blogowi przyjaciele - w Święta Bożego Narodzenia życzę Wam spokojnego, rodzinnego i radosnego świętowania, tak jak lubicie, przy suto zastawionym stole, żeby niczego nikomu nie brakowało. Pod choinką wspaniałych książek oczywiście również też :-)

Po moim poście o książkach pod choinką, a raczej ich bolesnego braku, wywiązała się korespondencja pod wpisem, z której wynikła spontaniczna wymianka. Zaowocowała ona paczkami podniżej oraz moimi dwoma wizytami na poczcie. A teraz pozostaje mi tupać nóżką z niecierpliwości, bo niby wiem, ale nie wiem, co jest w tych paczkach. 

Ja się już nie mogę doczekać. Przyszły pakieciki od Książkowca, Kate (jeszcze nie bloguje, ale kto wie, co bedzie w przyszłości?), Wiewióry i Madzi B. Aggie też przysłała, ale tę paczkę, jak i Mankella od Krysi niefrasobliwie otworzyłam. Usprawiedliwienie mam tylko takie, że nie wiedziałam od kogo, myślałam, że to nie jest prezentowe. Jeszcze Sielanka całkiem niedawno Szczygła mi wysłała. Czyli te trzy, nawet cztery

 


umilają mi czekanie na otworzenie czterech zapakowanych.
Wielka to dla mnie męka tak czekać, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, otworzę dopiero po Wigilii. I tak dobrze, że nie hołdujemy zwyczajowi anglosaskiemu i nie muszę czekać do pierwszego dnia rana.

Na razie paczki wyglądają tak


Poopisywałam sobie je, chociaż wiem, że pewnie w środku są jakieś kartki, nawet sobie ponalepiałam świąteczne krasnale, a co.
Mąż patrzy na mnie i mówi - jak dziecko, jak dziecko.
Lubię to dziecko we mnie, dlaczego miałabym go wyganiać?

I Wam też życzę, żebyście jak najdłużej zachowali dziecięcą radość w ten czas.
A na koniec powiem, że cieszę się, że mam to miejsce i Was obok w innych miejscach książkowych, a czasem u mnie w komentarzach. Gdyby mi ktoś to teraz odebrał, było by mi bardzo źle.
Pozdrawiam 

wtorek, 20 grudnia 2011
Różyczka - reżyseria Jan Kidawa-Błoński. DLA MNIE WSTRZĄSAJĄCY

Obejrzeliśmy go dopiero wczoraj wieczorem, chociaż czekał na płycie już od jakiegoś czasu. Nie wiem, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie widział tego filmu, ale jeśli tak, czym prędzej to uczyńcie, bo szkoda przegapić okazji na dobre kino.

Różyczka – Magdalena Boczarska jest po prostu piękna. A okazji do podziwiania jej wdzięków w tym obrazie dużo. Mimo, że film nie o tym, dużo w nim cielesności, seksu, uczuć, miłości i wielu innych, już nie tak przyjemnych emocji.

No właśnie, emocje. Nie mogę o tym filmie pisać spokojnie. Dobrze, że nie jestem zawodowym krytykiem, że moja kariera i wiarygodność nie na szali dzisiaj, bo gdyby tak było, przegrałabym bitwę. Buzuje we mnie i takie też będzie pewnie to pisanie, nieskładne i pełne uczuciowych gejzerów.

Historia dzieje się w roku mojego urodzenia, w 1967 i ciągnie się aż do masowego wyjazdu obywatelki polskich pochodzenia żydowskiego w 1968 roku. Oficer SB Rożek (Robert Więckiewicz) boi się odkrycia jego tajemnicy, toteż kiedy jego przełożony proponuje mu, żeby za pomocą jego dziewczyny (Magdalena Boczarska), pracującej na Uniwersytecie Warszawskim jako maszynistka, rozpracować tamtejszego wykładowcę i znanego pisarza (Andrzej Seweryn), zgadza się, mam wrażenie nie dlatego, że tak wierzy w potrzebę wykazania się, ale po prostu ze strachu. A może po prostu dlatego, że jest gnidą i tyle? Wiele jest pytań o motywy w tym filmie, nie do końca są one jasne, ani w przypadku oficera, ani tej dziewczyny, która daje się wciągnąć w intrygę. Z miłości? Z głupoty? Jest też profesor, elita intelektualna, który zachwycił się kobietą ewidentnie niedorastającą do jego poziomu, ale też odbiegającą naturą od tych, które ma w otoczeniu, nie ma w niej chłodu i rezerwy, jest za to zachwyt, jest ciekawość świata, jest ciepło, a to wszystko w niezwykle pięknym opakowaniu, a który mężczyzna na to nie daje się złapać? No i bycie mentorem też pewnie jest dla takiego człowieka atrakcyjne. Nie bez znaczenia jest fakt, że ma ona też podejście do jego malutkiej córki, którą wychowuje sam. Te wszystkie czynniki wydają się tłumaczyć akurat jego postępowanie. Można sobie oczywiście zadawać pytanie, dlaczego profesor jej tak bezgranicznie uwierzył, ale to już inna rzecz, myślę, że niektórym ludziom, w tym mnie, w głowie się nie mieści, że ktoś jest zły.

Już początek filmu mnie złapał za gardło. Serce mnie rozbolało od oglądania kolejnych etapów inwigilacji, od obserwowania jak ewoluuje związek Różyczki z esbekiem i w tym samym czasie jak zmienia się jej stosunek do figuranta, czyli profesora. I dylematy moralne, każdy je tu ma, nawet oficerowie SB, przynajmniej niektórzy. I strach w ich oczach, i służalczość i wiara w ustrój, dużo gorsza niż ten strach i służalczość razem wzięte. Miłość profesora, jego fascynacja, momentami żałosna, momentami piękna. I dziewczyna w to wszystko zaplątana, właściwie o niej nic nie wiemy, jakieś strzępy. To wszystko na tle przemian społecznych lat sześćdziesiątych, premiery Dziadów Dejmka w rocznicę rewolucji październikowej, strajki studenckie, walka środowisk intelektualnych, pisarzy, twórców z komuną. Wszystko to pięknie pokazane, dla tych, co nie pamiętają, ważne. Trochę mi przeszkadzało, że poubierani są jednak mało w klimacie tych lat, tak trochę to podpicowane na te czasy, tak jak teraz sobie wyobrażamy lata sześćdziesiąte, a nie takie, jakie kiedyś przaśne były.

Niewiele Wam zdradziłam, chociaż mogłoby się wydawać, że tak, bo ten film jest historią emocjami opisaną, treść, fakty tak, ale to, co tam buzuje jest jeszcze ważniejsze.
Dużo seksu, ale on jest tam po to, żeby pokazać bezradność, albo atawistyczną manifestację siły, albo miłość dojrzałą, albo zagubienie i rozpacz, albo kobiece pragnienia. Aż mnie głowa rozbolała z nadmiaru silnych wrażeń. No i te czasy straszne, chmury nad Polską, komunistyczna machina mieląca ludzi jak na wyroby parówko-podobne, bo przecież to wszystko było takiej marnej jakości, równaj w dół – hasło dnia. I strach, wszechogarniający, chociaż żyjesz niby normalnie, cokolwiek by się nie robiło, mówiło, wymagało to wielkiej odwagi i ostrożności.
Zastanawiałam się niedawno, przy okazji moich wspomnień ze stanu wojennego na codzienniku, kim ja bym była, gdybym była dorosła – działaczem podziemia, czy aparatu partyjnego. Uczciwie jest przyznać się, że się nie wie, jeśli pochodzi się z domu, gdzie o polityce się nie rozmawiało. Teraz wiem, że nie byłabym w stanie wejść w tryby ‘członków z ramienia, zebrań plenum i tego całego bagna’. Na szczęście mam w sobie uczciwość i poczciwość, żeby nie iść tą drogą, jak powiedział klasyk.

Film polecam z całego serca i przepraszam za takie niepozbieranie w tym wpisie, ale jeszcze we mnie ta historia gra, jeszcze przeżywam, mogłabym poczekać, ale wolę nie pisać tego wszystkiego na zimno, bo po prostu nie lubię. Uwielbiam dyskusje pełne emocji nad obejrzanym filmem, szkoda, że nie było ze mną przyjaciół, żeby sobie o tym pogadać po.

Poniższy zwiastun dla widzów powyżej 18 roku życia.

 



poniedziałek, 19 grudnia 2011
The Better Half - Sarah Harte. A tak w ogóle to zatkała mi się rura, a Sherlock Holmes poruszył nieznane struny

 

 
Zawsze chciałam wejrzeć w świat bogatych ludzi w Irlandii i zobaczyć jak to było, a jak jest teraz i co się działo podczas upadku tytanów.Jak w Irlandii przed recesją było każdy wie, wielkie korporacje płacące niewyobrażalne pieniądze specjalistom, deweloperzy budujący za strasznie pieniądze mieszkania i domy, wielkie finanse, nie do końca mądre poczynania (eufemizm na głupotę w zarządzaniu finansami, a nawet na rozpasanie i nierząd w tym zakresie). Wielkie fortuny i klasa najbogatsza, dla której tylko 'niebo było limitem'.
Dygresja - męża kiedyś dorwała cyganka w parku (ups, powinnam powiedzieć obywatelka narodowości romskiej) i go 'ograbiła' ze wszelkich pieniędzy,jakie miał przy sobie (dobrze, że bilet na autobus do domu kupił, bo by nie tylko głodny cały dzień chodził, ale i do domu nie miał jak dojechać), naciągając go na wróżenie. A że chłopak był młody, to sie i dał. Ona mu przepowiedziała, że będzie bogaty, wyjedzie zagranicę i tam zginie w wypadku. Za granicę wyjechaliśmy, to jedyny sposób, żeby sie uchronić od wróżby (przekleństwa? tylko dlaczego, skoro wyciągnęły od niego co chciały, czyli wszystkie pieniądze?), to nie stać się bogatym. I my się rękami i nogami przed tym bronimy, haha. Koniec dygresji.
No właśnie, ona nie całkiem tak po nic była - skoro nie mogę być bogata, to sobie chociaż poczytam o takich co byli, może nawet jeszcze są, ale się z tym kryją, bo to teraz tutaj de mode.
Sarah Harte wie, o czym mówi.

Sama nadal należy do elity, jej mąż - Jay Bourke,  był niezwykle skutecznym przedsiębiorcą, który między innymi otworzył bardzo popularne miejsca w Dublinie, gdzie bywali najbogatsi, jadali tam, pili i lulki palili. Miejsca zaczęły padać wraz z elitą finansową. Żona chciała pomóc mężowi w potrzebie, usiadła i napisała książkę.
Wiele sobie po niej obiecywałam, bo miała dobre recenzje, niestety chyba jednak to jest wynik głaskania po pleckach w towarzystwie wzajemnej adoracji, bo ksiażka jest zaledwie znośna. A właściwie, poza stekiem plotek (podobieństwo do steku bzdur zamierzone), nic nam odkrywczego nie funduje.
Poznajemy w tej powieści grupę kobiet, niepracujących żon obrzydliwie bogatych mężów (każdy niebogaty mówi o takich - obrzydliwie bogaci, hihi), które gdzieś po drodze, wraz z przybywanie kolejnych milionów, domów i samolotów, zagubiły swoją tożsamość. Spotykają się na lunch, po to tylko, żeby sobie wszystkie odmawiać, bo oczywiście nic nie jedzą, żeby zachować sylwetkę. Do tego jedna z nich, główna bohaterka Anita, dowiaduje się, że jej mąż właśnie będzie miał dziecko z kobietą starszą raptem o 6 lat od ich córki. A dowiaduje się tego w poczekalni u ginekologa, podczas niezobowiązującej rozmowy  z obcą kobietą, przypadkiem dodaje dwa do dwóch. Ta scena, dialog, to majstersztyk. Reszta zaledwie poprawna.
Oczywiście jesteśmy świadkami jak jeden mąż za drugim tracą swoje pozycje w biznesie, jak te kobiety to znoszą, co tracą i tak dalej. Śmiem twierdzić, że ta ksiażka sprzedała się tylko dlatego w takim nakładzie, że wszyscy traktowali ją jako 'z kluczem', doszukując się wątków autobiograficznych, którym to pogłoskom zresztą autorka zaprzecza. Nic to, że jej mąż też padl jak mucha w kryzysie, żona odkuła się pisząc tę powieść. a to też jakaś sztuka, żeby wykorzystać umiejętnie moment. Dla rozrywki i smaczków dublińskich polecam, ale dzieła się nie spodziewajcie.

Jeśli idzie o moją zatkaną rurę, to mam na myśli, że rura przekaźnikowa tekst - oko - mózg - emocje mi się zatkała i nie mogę czytać. Moge, ale nie wiem, co czytam. Wieczorem zaliczam kilka rozdziałów, a kolejnego dnia orientuję się, że nie wiem, co czytałam i wracam.
Widzę światełko w tunelu, sięgnęłam znowu do Uwikłania i tak się w tę intrygę uwikłałam, że czuję jak mi się rura odtyka.
Za to obejrzałam wczoraj pierwszą część Sherlocka Holmesa i  jak na osobę, która nie lubi Sherlocka i jego historii, byłam zachwycona ku mojemu zdziwieniu. Do tego, odkąd mi jeszcze-nie-zięć zwrócił uwagę na to, że House jest wypisz wymaluj Holmesem, że na nim wzorowali postać sarkastycznego lekarza, to miałam jeszcze więcej ubawu wynajdując paralele. Aż jestem ciekawa części drugiej.
Tym bardziej mnie ten zachwyt dla nowej wersji dziwi, że ani Downeya Juniora, ani Juda Lowe czy jak mu tam, nie lubię pasjami. A tu ok. Wot siurpryza!

A oto zwiastun drugiej części. Moje dzieci wybierają się na to do kina jeszcze przed świętami, ja chyba jednak nie pojadę, ale film mi się podoba i na pewno go obejrzę na dvd.




03:00, kasia.eire , Czytelnia
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 grudnia 2011
Płatki z nieba - Mingmei Yip. Moje zmagania z tańczącą bokiem i sikającym z wiatrem
 
Wyznanie - ostatnio nie lubię literatury z tego kręgu kulturowego. Nie wiem dlaczego, co się stało, ale tak mnie denerwuje to roztrząsanie problemów poprzez tao, zen i co tam jeszcze. Do tego wszystko to, co da się powiedzieć normalnie, jest jakoś tak udziwnione. I te imiona - nawet nie potrafię powtórzyć, zupełnie jak z filmu Kolskiego - grający z talerza, mówiąca obłokami, sikający z wiatrem i tańcząca bokiem, haha.
No, to się ponatrząsałam. Nic nie poradzę, że jest u mnie dziwna niecierpliwość i bliżej mi teraz do jakiegoś krwawego kryminału, niż do ulotnej delikatności kwiatu lotosu poruszanego na wietrze wraz z lampionami, a w oddali słychać głosy mantry powtarzanej przez 'tę, która gęsi pasała' i 'tego, którego popiół zamienił w łabędzia'.


Wrzuciłam tego audiobooka do mojego empeka i pognałam do 'gminy', z podłączonym sprzęciorkiem w samochodzie do radia. Zasłuchałam się w tej historii i chociaż nadal nie opuściła mnie ta niechęć do 'walczących z cieniami', historia ta zajęła mnie na tyle, że na ten czas przestałam hodować 'chińskie muchy w nosie' i z wielką przyjemnością odsłuchałam  powieści bez marudzenia.

Meng Ning poznajemy w momencie, kiedy wstępuje do klasztoru buddyjskiego. Na razie na chwilę, na próbę, na medytacje i nauki, ale ma gdzieś z tyłu głowy pomysł, żeby zostać mniszką i ogolić głowę. Podczas tej sesji medytacyjnej poznaje Amerykanina, który będzie ważny w tej historii. Cofamy się do dzieciństwa Meng Ning, poznajemy inne postaci dramatu, wyjeżdżamy z nią do Francji i do USA. Oj dzieje się, dzieje, ale jednocześnie jest jakaś niespieszność w tej książce, zaduma, metafora. I ja w tym wszystkim z niecierpliwością do takich klimatów, ale o dziwo dałam się ponieść tej opowieści i nawet w jakiś sposób wyciszyłam, zawiesiłam.
Książka jest o tym, czy wybrać miłość i jakie ma ona oblicza, czy może pójść drogą duchowego rozwoju w odosobnieniu. Jest dużo ciekawostek o życiu klasztornym buddyjskich mniszek, ale też o salonach Manhattanu, obrazki z życia chińskiej prowincji i obyczajowości.
I tak nie wiem, kiedy odsłuchałam ją do końca, a tak się na początku najeżyłam, że mnie 'mówiąca z zamkniętymi ustami' pewnie nie zainteresuje. Ot i niespodzianka.
Nie czytałam poprzedniej powieści tej autorki, coś czuję, że poszukam i też przeczytam, tudzież odsłucham, zależy co pierwsze mi w ręce wpadnie.
Polecam, jak widać na załączonym obrazku - nawet tym, którzy w ogóle lub chwilowo, nie lubią takiego typu powieści.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że audiobook przyleciał do mnie, fruuuu, z Polski od Pani Bogny z Weltbild (Świat Książki). Dziękuję.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog z felietonami i codziennymi zapiskami o wszystkim innym
Na stoliku nocnym czyli właśnie na tapecie
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Tu kupuję
Tu zaglądam w szale surfowania
Ulubione o książkach
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę
free counters


KSIĘGA GOŚCI

Spis moli


Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!